Jutro minie 2,7 roku od naszego ślubu. Mężowi to wystarczyło aby przestać mnie kochać, ja jestem jego drugą żoną. Przed ślubem przez 3 lata był cudownym partnerem, potem cudownym narzeczonym, potem cudownym mężem... mniej więcej rok od ślubu wszystko zaczęło się walić, zaczęło zmieniać się jego zachowanie.
Sytuacja była skomplikowana bo przed ślubem przez ponad rok nie miał pracy, w czerwcu 2011 wzięliśmy ślub a miesiąc później wyjechał na 3 mies do Anglii żeby zarabiać pieniądze i równolegle szukaliśmy mu pracy w Polsce. W październiku wrócił, dostał świetną pracę zgodną z oczekiwaniami ale zaczął mieć migreny. Zrobił badania, dostał tabletki które usunęły migreny ale poza tym zamieniły go niemalże w warzywo. Jedyne na co miał siłę to chodzić do pracy a potem leżeć. Po 9 mies na moją prośbę odstawił tabletki, poczekaliśmy miesiąc żeby całkowicie przestały działać, niestety cały czas było z nim źle(apatia, brak chęci do życia, nerwowość) , poszedł więc do psychiatry który kazał mu uzupełnić serotoninę i mąż zaczął brać Seroxat, rozpoczął też psychoterapię. Cały czas było źle, nie był tym moim kochanym facetem którego poślubiłam. Był wycofany, małomówny, niechętny wszystkiemu. Zaczął bardzo angażować się w pracę, w styczniu 2013 powiedział że nie wie co do mnie czuje, od czerwca 2013 przestał się do mnie odzywać, wyprowadziłam się z domu we wrześniu bo już nie mogłam znieść tego jak mnie olewał a w sumie to on mi wykrzyczał że albo ja się wyprowadzę albo on, a że mieszkaliśmy w jego mieszkaniu, wiadomo było że to ja mam się wynieść. A wczoraj powiedział w rozmowie telefonicznej że mnie nie kocha i chce jak najszybciej "tą sprawę rozwiązać" . Tą sprawę czyli nasze małżeństwo.
W stosunku do mnie ma same zarzuty, z częścią z nich się zgadzam bo nie jestem ideałem. Że nie miał we mnie partnerki w finansach bo on musiał się o wszystko martwić a ja się kasą nie interesowałam, że nie potrafiłam zaakceptować jego dziecka poprzedniego małżeństwa i byłej żony. Zgadzam się z tymi zarzutami-częściowo. Fakt że mam trudności w rozmawianiu o pieniądzach, nie płaciłam czynszu i rachunków bo on to opłacał, ale dlaczego mi nie powiedział że mu to nie pasuje? skoro ja byłam tak nieodpowiedzialna i głupia że nie poczuwałam się do tego co teraz uważam za oczywiste bo nie płaciłam swojej części, dlaczego o tym nie mówił? że mu ciężko, że jest zbytnio obciążony. Oczywiście robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam, dbałam o dom i o niego bo to normalne.
Co do przeszłego życia- owszem, jak rozmawiał z byłą a rozmawiał codziennie to byłam zła, bo zazdrosna. Dziecko akceptowałam tyle że jak syn przychodził do nas do domu, kładł nogi na stół i rzucał do męża "przynieś mi sok" to mówiłam mężowi na stronie że syn chyba potrafi sam się obsłużyć i że on nie musi wokół niego latać. Syn ma teraz 15 lat. Oczywiście że teraz widzę że mogłam postępować inaczej, mogłam być bardziej otwarta dla jego dziecka, powinnam interesować się finansami i dawać mężowi oparcie, powinnam, fatalnie czuję się z tym że tak nie zrobiłam. Ale tłumaczę mu że ludzie będąc ze sobą się docierają, uczą się siebie nawzajem, i jeśli mają dobrą wolę to związek się udaje.
Mąż nie chce być ze mną bo powiedział ze stracił do mnie zaufanie i nie będzie się "kolejny raz narażał na to że będzie się źle czuł w związku". Że on już nie zaryzykuje.
Nic z tego nie rozumiem.
Wynika z tego że on od samego początku czuł się w naszym związku źle tyle że tego nie okazywał, nie mówił o tym, był kochający i po prostu wspaniały. Potem zaczęło go to uwierać i zamiast rozwiązać problem to on się od niego - czyli od naszego małżeństwa- odcina.
Żyję tylko siłą rozpędu.