Witam,
nie mam komu się wygadać, ponieważ przez swój 3,5 roczny związek niemal nie mam znajomych, a przyjaciółka mnie nie rozumie, wg niej powinnam uciekać od niego jak najszybciej.
Jesteśmy ze sobą 3,5 roku, mam 25 lat, on też. Jak zaczęliśmy się spotykać, nie sądziłam, że będzie z tego coś poważnego, raczej chciałam spróbować jak to jest być w związku (to mój pierwszy chłopak), wiedząc, że nie jest to mój wymarzony partner. Z czasem jednak zakochałam się w nim, dostrzegając jego zalety. Przez pierwszy rok było pięknie, potem zaczęły się schody. Nie podobali mi się jego znajomi, uważam, że to towarzystwo patologiczne, zajmujące się tylko piciem, dziwkami i narkotykami. Po wielu kłótniach i awanturach, nie utrzymuje już z nimi takiego kontaktu, spotyka się tylko raz na jakiś czas. To poszło też w drugą stronę - ograniczał mój kontakt z koleżankami, chociaż było ich niewiele i były to "porządne" dziewczyny, jednak był zazdrosny nawet o nie. O kolegach nie mam co wspominać, uciął mój kontakt z nimi - przez zazdrość. Spędzamy ze sobą każdą wolną chwilę, długo podobało mi się to, ale ile można - w końcu zaczęło męczyć, chciałam odmiany, ale zorientowałam się, że nie mam już nikogo bliskiego oprócz niego...
Zaczęłam też zauważać, że wiele nas różni, przede wszystkim światopogląd...Niestety często uważam, że jego zachowanie jest prostackie i chamskie.
Dodam, że nie ukończył szkoły, ma kiepską pracę, ja skończyłam studia i zaczęłam pracę w poważnej firmie, zarabiając więcej od niego, co bardzo go razi i podejrzewam, że dlatego nienawidzi mojej pracy, mam wrażenie, że stara się dewaluować moje sukcesy, nie cieszy się razem ze mną.
Co do naszych rodzin - ja z szczęśliwej, kochającej się rodziny, dość zamożnej, wszyscy wysoko wykształceni, on - z rozbitego małżeństwa, ojciec hazardzista, już nie żyje, matka zakochana w synusiu idealnym, pazerna tylko na kasę, mnóstwo kłótni w rodzinie, skłócone rodzeństwa itp. Ale powtarzałam sobie, że przecież rodziny się nie wybiera, a on niekoniecznie musi być taki sam:) Z biegiem czasu, wydaje mi się, że rodzina ma bardzo duży wpływ na człowieka i niestety dzieci często powielają wzorce od rodziców...
Rozstawaliśmy się kilka razy, tylko raz z jego inicjatywy. Za każdym razem wracaliśmy do siebie po kilku dniach, nie mogąc bez siebie wytrzymać...To on chodził za mną, prosił, obiecywał gruszki na wierzbie, a ja się łamałam. Część z tych obietnic spełnił, bardzo się poprawił przez okres naszego związku, ale to niestety dalej nie jest osoba, którą chciałabym mieć przy sobie na całe życie:(
Tylko dlaczego nie potrafię się z nim rozstać, wiedząc, że nic z tego nie będzie? Czasem wydaje mi się, że to ze mną jest coś nie tak i odrzucam kochającego chłopaka na rzecz wymyślonego ideału. Ostatnio powiedział, że już wie, że jestem jego jedyną miłością i chce ze mną spędzić życie, a ja wiem, że z mojej strony jest odwrotnie...Obarcza mnie winą za wszystkie nasze niepowodzenia i - tak jak kiedyś byłąm pewna swoich racji, dziś przez to jego gadanie zaczynam się zastanawiać czy to nie po mojej stronie jest wina. Czuję się strasznie, z jednej strony jest dla mnie bardzo ważny, to mój pierwszy chłopak, jestem do niego przywiązana, z drugiej strony coraz częściej nie mogę na niego patrzeć i denerwuje mnie każdy jego ruch i słowo - nawet żarty, które kiedyś śmieszyły mnie do łez teraz wydają mi się prymitywne i głupie.
Jeśli ktoś dotarł do końca tego wywodu, to bardzo proszę o wyrażenie opinii na temat tej sytuacji. Co powinnam zrobić? Uciekać czy próbować to wszystko jakoś naprawić? Choć uważam, że nie ma już ratunku...
Pozdrawiam