Witam wszystkich
Kiedy Wyprowadzałem się z akademika by zamieszkać na stancji byłem na 5 roku, pracowałem w zawodzie. Trafiłem na mieszkanie gdzie oprócz mnie mieszkało jeszcze 3 dziewczyny, w tym dwie koleżanki które wprowadziły się mniej więcej w podobnym czasie co ja. Jak się później dowiedziałem, jednej z koleżanek strasznie się spodobałem, kilka miesięcy później (a niecałe 3 lata temu) umówiliśmy się na pierwszą randkę. Ona wręcz za mną szalała, natomiast ja nie byłem do końca zdecydowany, i uświadomiłem jej to. Mimo to spotykaliśmy się, przy czym, ja się nie wyprowadziłem z tego mieszkania. Czułem że powinienem, bo wygląda to co najmniej dziwnie, jednak tego nie zrobiłem.
Po upływie sześciu miesięcy od naszej pierwszej randki, zmieniłem prace i mieszkanie również (pozostałem w tym samym mieście). W tedy poczułem jak bardzo brakuje mi mojej kobiety. Jeździłem praktycznie codziennie na 2 koniec miasta czasem tylko po to by się przytulić i dać buziaka, mimo iż pisałem w tym czasie prace magisterską i nie miałem zbyt wiele czasu. Po kilku miesiącach dziewczyna musiała zmienić mieszkanie i oboje zgodni byliśmy co do tego ze chcemy zamieszkać razem. I tak się stało, przeprowadziła się do mnie. W tym samym czasie mój ówczesny pracodawca rozwiązał ze mną kontrakt, więc byłem bez pracy. Znalezienie następnej nie trwało długo, bo po około tygodniu już byłem na okresie próbnym. Mimo to, przeżyłem całą tą sytuacje dość mocno. Ogólnie jestem emocjonalny. Kilka tygodni później, mój ojciec miał zawał, co spowodowało że praktycznie codziennie byłem w szpitalu, wracałem do domu bardzo późno, a do tego wieczorami chciałem się doszkalać bo bałem się że mogę jeszcze stracić prace (jak się okazało niepotrzebnie). Nasz związek na tym mocno ucierpiał. Często byłem przybity, zmęczony i nie miałem ochoty na nic. Po tym jak ojciec wyszedł ze szpitala, dziewczyna powiedziała mi że chce odejść - świat runął. Mówiła że nie wie czy chce ze mną być. Mimo to udało mi się ja zatrzymać na następne dwa lata. Między czasie ona straciła prace, mocno ją wspierałem i pomagałem w tym czasie. Później wynajęliśmy kawalerkę, wydawało się że wszystko jest ok.
Odkąd mieszkaliśmy w kawalerce (tj ostanie 6 miesięcy) myślałem poważnie nad zakupem pierścionka zaręczynowego, planowałem go wręczyć na początku tego roku, na naszych 'wakacjach'. Końcówka roku była ciężka dla nas. Zarówno ja jak i dziewczyna mieliśmy sporo pracy. Często pracowaliśmy w domu wieczorami. Mimo to wydawało mi się że wszystko jest ok. Przed świętami wręczyliśmy sobie gwiazdkowe prezenty. Jednak po świętach podczas szczerej rozmowy okazało się że ona nie wie czy chce spędzić ze mną resztę życia, że mnie chyba nie kocha.
Sylwestra spędzałem już sam, a zaraz po nim, zabrała swoje ostanie rzeczy.
Jestem totalnie załamany. Próbowałem ją zatrzymać, jednak na nic się to zdało. Swoją decyzję argumentowała że przytłaczam ją swoimi problemami, narzekaniem i że nie poszedłem do psychologa o co prosiła. Twierdziła że mnie już chyba nie kocha.
Nie wiem co ze sobą zrobić. Straszne ją kocham. Była dla mnie potwornie czuła. Nawet od swoich rodziców nie otrzymałem tyle miłości co od niej. Rozmawialiśmy o naszych przyszłych dzieciach...
Pewno powiecie że niezły bajzel.. jednak potrzebuję słowa otuchy, nie radzę sobie.
Strasznie się boję że to była miłość mojego życia, boję się też że nie będę potrafiła znaleźć innej kobiety, zawsze miałem z tym problem. Mam skończone 26 lat.