Nie wiem co mam sądzić o moim chłopaku.
Żeby nie mieszać w to emocji przedstawię kilka faktów:
2 lata temu jego kolega ukradł mi z domu i-phonea (tak, błąd, że go wpuściłam, nie wiedziałam, że kradnie).
Byłam w szoku: nigdy nic podobnego się u mnie w domu nie zdarzyło i od tej pory uważam.
W międzyczasie ten kolega poszedł siedzieć za kradzieże, przebolałam stratę, chociaż samej mnie nie było stać na kupienie
czegoś tak drogiego (to był prezent).
Ok.
2 miesiące temu po imprezie u mnie w domu mój chłopak, który zobowiązał się wynieść worki po sobie zostawił mnie o 6 rano w domu
samą, bo zadzwoniła jakaś koleżanka, która potrzebowała pomocy w przeniesieniu pralki. Całość posprzątałam sama mimo ręki w gipsie:
jakoś dałam radę jedną ręką to ogarnąć sama. Oczywiście nie tak się umawialiśmy i powstała na ten temat różnica zdań, ale ok, jakoś
przełknęłam tę zniewagę.
Dzisiaj pod moim balkonem stały jakieś 2 wulgarne dziewczyny i gdy mój man wyszedł na balkon - zaczęły go wołać.
Były pijane. Zapytałam się, czy chcą z nim rozmawiać, a one zaczęły mnie wyzywać. Odpyskowałam coś im i pytam się mena o co chodzi.
Okazało się, że jedna z nich to dziewczyna tego, który mnie okradł.
Czyli mój chłopak pomaga dziewczynie człowieka, który mnie skrzywdził.
Nie wiem, czy to te święta tak na mnie wpłynęły nerwowo, czy też oburzyło mnie to zachowanie: zagotowałam się w środku i zrobiłam dziką awanturę.
Nie, nie jestem o nią zazdrosna (jest brzydka i gruba, zupełnie nie w jego typie), ale poczułam się potraktowana idiotycznie.
Już pal licho, że ta dziewczyna zapewne miała niezły ubaw (najpierw jej chłopak mnie okradł, a później mój olał mnie na rzecz wyniesienia jej pralki) -
czy to, jak on się zachował jest w ogóle normalne?
Czy normalne jest utrzymywanie stosunków koleżenskich, a nawet pomaganie osobom, które skrzywdziły partnera?
Czy może ja przesadzam?
Chłopak powiedział, że przesadzam, że jestem złośnicą i zachowuję się jak moja matka, gdy jestem zła (co uznaję za najgorszy wariant),
staram się nie być toksyczna jak ona, ale dzisiaj niestety straciłam panowanie nad sobą i krzyczałam.
Czy to jest w porządku, że on się nadal z nimi zadaje, że nie zwrócił nawet uwagi na kradzież, że nie stanął w mojej obronie (to rozumiem, mógł
się bać), ale czy to jest normalne? Czuję się potraktowana jak śmieć.
Czy może ze mną coś jest nie tak? Czy ja przesadzam?
Nie umiałabym podać ręki człowiekowi, który skrzywdziłby osobę, którą kocham.
Uważam, że on swoim zachowaniem pokazał im, że ani ja ani on nie zasługujemy na szacunek.