Otóż jestem trochę w pogmatwanej, dla mnie przynajmniej niezrozumiałej sytuacji.
Od jakiegoś czasu spotykam się z kolegą dość często. Wyskoczymy nieraz wspólnie na jakis obiad, sok czy też zapalić papierosa i pogawędzić trochę. Są dni kiedy widzimy się u mnie obejrzeć jakiś film.
Od jakiś dwóch tygodni, ta zwykła relacja czysto kolażeńska zaczęła się trochę komplikować.
Mianowicie, doszło do pocałunku i to niejednego. Mi później było dość niezręcznie ale starłam się jakoś wykaraskać z tej sytuacji gdyż nie wiedziałam na czym to wszystko stoi.
Doszło pomiędzy nami do rozmowy. On powiedział : iż mimo że mnie bardzo lubi, nie chce się wiązać bo nie jest na to gotowy i że nasza relacja dobrzy by było gdyby zostało tak jak jest. Na dodatek ustaliliśmy iż nigdy więcej nie dojdzie do pocałunków.
Jak na złość, kolejny raz gdy oglądaliśmy film złamaliśmy naszą zasadę. Znowu doszło do pocałunków. Ja już nie zaczynałam kolejny raz tematu " o co chodzi w tym naszym koleżeństwie? " Czekałam byc może na jego ruch, jednak się nie doczekałam.
Później nadal były spotkania, wspólne obiady itd.
Otrzymałam zaproszenie na mała prywatkę u znajomych. Moi znajomi powiedzieli że fajnie by było gdybym wpadła z NIM. Zaproponowałam mu to, on się zgodził, poszliśmy na tą prywatkę razem.
Podczas owego spotkania doszło między nami do rozmowy : ON nie szuka miłości, nie szuka dziewczyny, ale sam nie wie co między nami jest.
Po prywatce poszliśmy do mnie, ustaliliśmy to wczesniej gdyż rano następnego dnia mieliśmy wspólny wyjazd jednym samochodem a żeby już nie krążyć z rana w korkach po całym miescie, tak będzie najprościej. Ta noc skomplikowała jeszcze bardziej nasze koleżeńskie relacje.
Doszło między nami do czegoś więcej niż tylko pocałunków (on był trzeźwy, ja tylko po lampce wina wiec myślę że alkohol tu nie zagrał nadrzędnej roli). Po tym wszystkim oboje zadaliśmy to samo pytanie : "Kurcze co my robimy ? " Powiedzialam wprost, że pewnie teraz nie bedziemy mogli już się normalnie spotykać ani patrzeć na siebie jak dawniej, on temu zaprzeczył, że wcale tak nie musi być.
Gdy wstałam powiedziałam mu że męczy mnie sumienie (niestety tak mam, dla mnie czysto- koleżeńskie relacje kończą się gdy dochodzi do czegoś wiecej niż buziaka na cześć) a ON powiedział ze jego sumienie nie męczy. Zachowywaliśmy się normalnie, podczas podróży zapytał tylko "chrapałem w nocy ?" odpowiedziałam że "tak", on wtrącił z uśmiechem " ale do tego sie można przyzwyczaić" ![]()
Nie wracaliśmy już wiecej do tematu zeszłej nocy.
Sama nie wiem jak powinnam do tego podejść, jak zrozumieć tą cała sytuację, czy zrobić krok, czy moze lepiej zakończyć tą sytuacje i znajomość mimo iż bardzo dobrze się oboje rozumiemy .
Chociaż czasem wspomina zdarzenie z wyjscia z kolegami kiedy to własnie stwierdzili "my sie boimy kobiet".