Z X znaliśmy się od gimnazjum, trafiliśmy do jednej klasy gdyż "los chciał" że poszedł akurat do gimnazjum położonego w mojej miejscowości, on mieszkał w sąsiednim miasteczku. To było później wiele razy "romantycznym" argumentem że to Bozia, Kupidyn i wszyscy aniołowie razem wzięci sprawili że jesteśmy razem, i nasz związek przez to musi być wyjątkowy, bo taki wybrany i nieprzypadkowy. Tam się poznaliśmy, i praktycznie przez całe gimnazjum byliśmy przyjaciółmi, mimo wszystko wydawało mi się że nas nie ciągnie do siebie, i miałam czas żeby go dokładnie poznać. Czas mijał, dobrze nam się spędzało go razem, aż do 2 klasy liceum. Wtedy zaczęły się odprowadzania na autobus z niesieniem teczki, dłuższe przytulania na powitanie, takie tam podchody, sama zaczęłam w nim dostrzegać że jest kimś więcej niż przyjacielem dla mnie, aż pewnego dnia powiedział mi, że mnie kocha. Tak z zaskoczenia, nie zdążyłam nawet namyślić się nad porządną odpowiedzią kiedy zmieszany zmienił temat, ale dwa tygodnie później spotkaliśmy się i odpowiedziałam mu, już w bardziej spokojnej sytuacji, że możemy dać sobie szansę. Naprawdę sądziłam, że po tylu latach, mimo że szczenięcych, byłam w stanie poznać kogoś, z kim byłam i tak bardzo blisko. Początek związku był piękny, radość, motylki, chociaż on upierał się że na razie nie chce żeby ktokolwiek o nas wiedział, bo zawsze byliśmy znani jako przyjaciele, i że jak się rozstaniemy, czy jednak uznamy że to nie to, żeby nie budzić sensacji (łyknęłam to, byłam na prochach zafundowanych mi przez mój własny upojony zakochaniem mózg). W sumie to była dodatkowa dawka emocji, jak Romeo i Julia, czy inna namiętnie zakochana para. To był mój pierwszy związek, jego też, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, i na rozmowach, i na bardziej intymnych rzeczach, nawet odważył się pocałować mnie przed własnym domem, co było dla mnie jak awans klasowy, na "coś wartego narażenia na ujawnienie". Wiem że pewnie stukacie się w głowę czytając to i myślicie jak w ogóle mogłam się na to godzić, zawsze miałam baaardzo niską samoocenę, jestem DDD, rodzina nie zapewniała mi wsparcia i byłam przyzwyczajona do przemocy, więc taki ochłap zainteresowania powodował u mnie radość jak z wygranej na loterii, że jednak dla kogoś mam jakąś wartość, że może nie jestem tak beznadziejna jak mi zawsze mówiono, skoro ktoś jednak się mną zainteresował. I tak się to rozwijało przez kilka miesięcy, uzależniłam się od niego, bo nie można tego na pewno nazwać dojrzałym związkiem, uzależniłam od niego swoją samoocenę, był dla mnie jakimś Panem któremu trzeba jak najlepiej służyć, żeby nie odszedł i nie zostawił mnie znów samej, miałam wrażenie że nie przeżyję tego, jak się okaże że jednak nie jestem dla nikogo warta zainteresowania się. Nigdy przed nim nie byłam na randce, nigdy nie dostałam walentynki, żadnych wieści w podstawówce że "ktośtam Cię kocha", jak to bywało zwykle kiedy dzieci odkrywały że mogą uznawać że są zakochane w koleżankach i kolegach bo ta jest ładna, miła, i pożyczyła temperówkę, i to chyba też miało wpływ na to, że nie czułam się godna(!) bycia dumną, odrębną, świadomą swoich zalet kobietą, że nigdy nie znajdę miłości skoro nikt nigdy się mną nie zainteresował. A później zaczęło się psuć. Nagle, niespodziewanie. Leżymy sobie w łóżku, przytuleni, za miesiąc mieliśmy świętować rok naszego bycia razem, więc spytałam jak sobie wyobraża swoją przyszłość. Odpowiedział, że chciałby mieć żonę, ale nie mnie, założyć z nią rodzinę, mieć własny dom, dobrą posadę... Uznałam, że sobie ze mnie żartuje. Ale, okazało się że nie. To była nasza pierwsza poważna kłótnia, po której powinnam była go zostawić, ale byłam pewna że nie mówi poważnie. od tego momentu zaczęło być coraz gorzej. Na początku miał do mnie pretensje, że się obraziłam o to że chce się ożenić z kimś innym, no bo przecież nie ze mną, nic sobą nie reprezentuję, nie jestem odpowiednia dla kogoś kto pochodzi z dobrego domu i ma świetne perspektywy na przyszłość. To była zmiana jak w Jeckyllu i Hydzie. Nie jestem w stanie do tej pory tego zrozumieć, jego zaczęło bawić to, że robi mi krzywdę, a ja się na to godzę. Uznałam, że to na pewno coś źle jest ze mną(!). No bo skoro mi jest z nim dobrze, a jemu ze mną nie, no to pewnie we mnie się coś zmieniło, że już mu nie pasuję. I zaczęłam robić dla niego wszystko, poświęcać całą siebie. Siedzenie do nocy i słuchanie jego żalów, że mu źle, że rodzice go nie kochali, że ma depresję, że na pewno nigdy nie osiągnie życia jakie chce, a po pierwsze że musi się ze mną rozstać, chociaż mnie kocha, ale on nie może ze mną być, bo jest katolikiem a ja ateistką, i to jest przeciw jego wierze, musi znaleźć sobie porządną religijną kobietę, żeby móc z nią założyć rodzinę. To bolało, bardzo. Ale tak go kochałam, że próbowałam zmienić w sobie wszystko, ale co robiłam dla niego, to on uznawał że i tak jest źle, chodziłam z nim do kościoła, ale "on wiedział że tak naprawdę nie wierzę, i on nie może żyć w oszustwie, i narażać mnie na złe samopoczucie". Nie odeszłam też dlatego, że to była sprytna mieszanka, najpierw nawrzeszczeć, obrazić, doprowadzić do płaczu, a potem stwierdzić że jednak mnie kocha, i tak na zmianę, aż sama nie wiedziałam co mi wolno powiedzieć a co nie, całkowite zlasowanie mózgu i wiary w swoje własne odczucia. Jak ja powiedziałam mu coś zbyt ostro, to ja go przepraszałam że na niego krzyczę, jak on mi, to... Ja go przepraszałam, że go sprowokowałam. Byłam uzależniona od niego, a on zobaczył że może sobie pozwalać na wszystko. Aktualnie mamy po 19 lat, ja jestem na studiach, on kończy technikum. Planowaliśmy wspólne mieszkanie na studiach, co było dla mnie jasnym punktem, że może jak będziemy bliżej siebie (za to że jestem kilkadziesiąt km od domu, bo się przeprowadziłam na studia też mi się dostało, że przeze mnie tracimy bliski kontakt i on czuje się opuszczony) to będzie między nami lepiej, dopóki nie obrzydził mi i tego mówiąc, że "bardzo pociesza go perspektywa zdania matury, żeby mieć wspólne cztery ściany, łóżko, i musieć patrzeć na mnie codziennie". Zaczął przeklinać, awanturuje się codziennie, i wszystko okazuje się moją winą. Dłuuugo, bardzo długo myślałam, że jestem w stanie mu pomóc, że jak ja go zostawię, to się pogrąży całkowicie, ale nie jestem już tego pewna. Czuję się jak przedmiot do wyładowania agresji. Nie kończy się tylko na krzykach, ostatnio został zaproszony na ślub swojego kuzyna, z osobą towarzyszącą. Powiedział mi o tym, cały dzień był wyjątkowo miły, ucieszyłam się że poznam jego dalszą rodzinę, że przedstawi mnie im oficjalnie. Na koniec dnia usłyszałam że cały dzień był dla mnie cukierkowo miły, i że swoim zachowaniem radosnym mu pokazałam że mi tylko na tym zależy a nie na nim samym, że chciał sprawdzić czy na to polecę, i faktycznie miał rację że nie obchodzi mnie on i to że jest mu źle przez problemy które ma bo myślę tylko o sobie, i że powinnam powiedzieć że wiem nie chce mnie prezentować rodzinie skoro nie planuje ze mną przyszłości, zamiast się cieszyć szansą. Sama się sobie dziwię że nadal przy nim jestem, z przyzwyczajenia, ze strachu, z tej wiecznej niepewności jaki ma dziś humor, czy okaże mi trochę miłości czy jeszcze nie zasłużyłam. Nie chcę przy nim dłużej zostać, ale boję się odejść. Dziewczyny, macie jakąś poradę, historię, dobre słowo, coś co pozwoli mi uwierzyć że tu faktycznie coś jest nie tak, że to nie jest tylko moja wybujała wyobraźnia i marudzę czując się źle? Wiem że może przedstawiam historię subiektywnie, też nie jestem święta, ale wiem że bardzo mi na nim zależało, nigdy go nie obraziłam wyzwiskami, czuję się wyżuta ze wszystkiego przez wieczne siedzenie przy nim, pisanie do nocy przez co zasypiałam na zajęcia, ale on taki potrzebujący, odwiedzanie go tłukąc się autobusem z trzema przesiadkami podczas gdy on jak już prawie byłam na miejscu pisał mi że jednak nie chce, nie ma czasu, i mam się nie zjawiać, naprawdę czuję że straciłam na niego kawał czasu bez jakiegokolwiek szacunku ani wdzięczności z jego strony. Proszę, powiedzcie mi, co jest nie tak?
Przecież Wy w tym związku stosujecie, przepraszam za wyrażenie, techniki sadów-maso.
Dzięki za odzew. Tak, wiem że to zdecydowanie nie jest normalne, ale można to uznać za przemoc psychiczną? Czy zwykłe kaprysy?
4 2013-12-22 12:46:08 Ostatnio edytowany przez flogger (2013-12-22 12:46:57)
Dziewczyno uciekaj od niego. Szkoda Twoich nerwów i czasu. On w końcu i tak Ciebie zostawi jak pozna inną więc nie ma to żadnej przyszłości.
Jakby Cię kochał nie zachowywałby sie w ten sposób, ma Ciebie za swoja zabawkę która jest jak ją potrzebuje, a jak nie to odstawia z powrotem. Moja ex traktowała mnie podobnie, moje starania nic nie dawały w końcu i tak mnie zostawiła.
Odpuść bo nic nie zmienisz.
Tak, to jest przemoc psychiczna. Widać, że sama dużo zrozumiałaś:
...zawsze miałam baaardzo niską samoocenę, jestem DDD, rodzina nie zapewniała mi wsparcia i byłam przyzwyczajona do przemocy, więc taki ochłap zainteresowania powodował u mnie radość jak z wygranej na loterii, że jednak dla kogoś mam jakąś wartość, że może nie jestem tak beznadziejna jak mi zawsze mówiono, skoro ktoś jednak się mną zainteresował...
...naprawdę czuję że straciłam na niego kawał czasu bez jakiegokolwiek szacunku ani wdzięczności z jego strony...
Więc nie trać już więcej czasu. Bardzo dobrze zrobiłaś, że wyjechałaś na studia, z dala od egoistycznego X i od toksycznej rodziny. Z czasem nabierzesz dystansu, a w dodatku poznasz nowych znajomych. Przyłóż się do nauki, sukcesy na studiach pomogą Ci uwierzyć w swoją wartość.
Kolejny wątek, który wychodzi poza moje zdolności pojmowania.
Jestem z rodziny patologicznej, mam zaniżoną samoocenę, ale nigdy nie pozwoliłabym żeby facet traktował mnie jak szmatę.
Straszne.
7 2013-12-22 15:26:55 Ostatnio edytowany przez Filoletowa (2013-12-22 15:28:36)
Twój przyjaciel ma spore problemy, a ty weszłaś w nie jak w masełko. Rozumiem, że twoja przeszłość w domu rodzinnym zostawiła swój ślad.
To co dobre, to to, że zauwazyłaś co się dzieje, pranie mózgu, szantaże, przemoc emocjonalna. To świadczy o tym, że masz w sobie moc ![]()
Mądra dziewczyna z ciebie. Ufaj sobie. Jeśli czujesz się żle, czujesz, że coś zabiera ci godność,to ufaj tym uczuciom. Nikt nie będzie większym specjalistą od ciebie i twojego życia, niż ty sama.
Powodzenia!
Z Twojego postu, autorko, wynika że jesteś świetną, inteligentną dziewczyną. Masz przyjemny, gawędziarski styl pisania, nie robisz błędów. Jestem przekonana, że znajdziesz kogoś lepszego. Nie trzymaj się kurczowo kogoś, kto Cię nie chce.
po prostu, tak szybko jak tylko się da, spier... (uciekaj). Życzę dużo siły i stanowczości bo widzę, że jesteś zaczadzona i słaby w tym momencie masz kontakt z rzeczywistością.
Jak widzisz większego wyboru nie masz musisz zostawić go i znaleźć kogoś kto by cię szanował, to nie jego fanaberie a psychoza, takiego typa nie zmienisz przypomina mego ex a on jak odszedł ode mnie to szybko znalazł nową ofiarę, która jednak szybko od niego uciekła więc szuka kolejnej.
Tego typu ludzie nie wiedza co to jest miłość, oni tylko myślą kategorią swojego ego bo to egoiści, egocentrycy, psychopaci.
Po co Ci gościu, który uważa się za lepszego od Ciebie. I zaręczam Ci, że "dobry katolik"
1. nie współżył by z Tobą w wieku nastu lat
2. nie poniżałby Ciebie
3. nie przeklinałby i nie awanturował
Ja jestem w odwrotnej sytuacji - mój partner to ateista a ja jestem dość konserwatywną katoliczką. Nie przeszkadza to nam, żeby wzajemnie szanować swoje przekonania i poglądy. Nie uważam się z tego tytułu za kogoś "lepszego", ale za kogoś kto z tego tytułu (bycia katolikiem) ma dodatkowe obowiązki.
Jeżeli jest tak jak piszesz, to Twój facet jest smarkaczem. Ty studiuj i nie zajmuj sobie nim głowy ....