Dziewczyny doradźcie co mam zrobić...
Pokłóciłam się z moim partnerem... streszczę sytuacje... Od piątku źle się czułam, tak jak bym złapała jakiegoś wirusa żoładkowo-jelitowego, w sobotę było do południa ok a szłam do koleżanki na taki babski wieczór, czułam się w miarę ok, coś się zjadło coś się wypiło... wróciłam do domu i już tak kolorowo nie było, znowu ból brzucha i złe samopoczucie.. porozmawiałam z moim partnerem przez telefon, słyszał że się źle czuje... na następny dzień mieliśmy się spotkać, nie widujemy się jakoś często z uwagi na prace 2-3 razy w tygodniu ale przeważnie jest to weekend... z uwagi na to, że byłam u koleżanki mieliśmy się spotkać w niedziele... Napisał mi smsa, że skoro źle się czuje to, to spotkanie chyba nie ma sensu, i żebym mu napisała co zadecydowałam żeby mógł sobie zaplanować coś jak byśmy się nie widzieli... ja się ucieszyłam, że tak podszedł do sprawy bo przeważnie jak coś się stało, że nie mogliśmy się spotkać to był zły choć on to nazywa smutkiem... no i ja mu napisałam, że rzeczywiście źle się czuje i żebyśmy przełożyli to spotkanie na następny dzień... (oboje mieliśmy wolne) po czym on mi odpisał, że szkoda że nie pomyślałam, żeby się odrazu zacząć się leczyć jak były objawy...ja się przyznam że myślałam, że mi to po prostu przejdzie... no i tu się zaczęło... sms w stylu skoro wiedziałam że się mamy w niedziele widzieć, po co tyle jadłam u tej koleżanki i piłam (wypiłam 2 lampki wina...) skoro wiedziałam, że jestem 'chora', dlaczego nie byłam w aptece, że on zawsze jak wie, że się ma ze mną spotkać to się pilnuje albo odmawia... same pretensje... no i zaczęło między nami wrzeć...
Bo o co chodzi... owszem gdyby to był jedyny możliwy dzień na spotkanie, to bym całkiem do tej sprawy inaczej podeszła... ale przecież kurde mogliśmy się normalnie na luzie spotkać na następny dzień, bez ciśnienia... no i zaczęło się, że jemu bardziej zależy a mi to zwisa... przecież tak nie jest... mam wrażenie, że ja chyba trochę inną miarą mierze problemy... dla mnie gdyby o niego chodziło, gdyby on był na moim miejscu nie byłoby żadnego problemu... a dla niego jest to problem ogromny... no i tak mieliśmy się dzisiaj widzieć a on milczy cały dzień... ja też milczę bo nie czuje się jakoś winna... Czasami mam wrażenie, że on mnie trochę za bardzo przytłacza, naciska, ogranicza... źle mi z tym... kiedyś mu o tym powiedziałam, to też było źle bo on się stara, tak strasznie mnie kocha a ja mu mówię takie rzeczy..., że tego nie doceniam... a tak poza tym to jest naprawdę spaniałym mężczyzną...
Co mam zrobić kochane... doradźcie proszę...