Proszę o radę. Zastanawiam się nad zapisaniem 6-miesięcznej córki na zajęcia z angielskiego. Byłam już na lekcji pokazowej, podobało mi się, czy mam zapisać dziecko, mimo że jest niemowlakiem. Co tym myślicie? Czy ktoś ma podobne doświadczenia?
Ja myślę, że jak masz za dużo wolnego czasu to weź dziecko po prostu na spacer lub poczytaj mu książeczkę. Na pewno da mu to o wiele więcej bodźców do rozwoju niż zajęcia z angielskiego.
A tak z ciekawości - na czym polegają zajęcia z angielskiego dla niemowlaków?
zajęcia są bardzo fajne. dziecko jest z rodzicem, a lektorka, mówiąc cały czas po angielsku, pokazuje, jak można się z dzieckiem bawić. śpiewa się też piosenki. czyli są to takie same zabawy, jak po polsku, tylko że po angielsku. na takich zajęciach można sie też co nieco dowiedzieć o rozwoju dzieci. każda proponowana przez prowadzącą zabawa ma sens, tzn. coś rozwija. czyli wynika z tego, że nie tylko o angielski tu chodzi.
ale martwię się, że zbyt wczesna nauka angielskiego może zahamować naukę języka ojczystego. co myślicie?
ale martwię się, że zbyt wczesna nauka angielskiego może zahamować naukę języka ojczystego. co myślicie?
Może nie tyle zahamować, co trochę opóźnić mówienie. To dość często spotykane u maluchów uczących się języka/ów od urodzenia.
Ja jestem za, zapisuj
Małe dzieci chłoną wiedzę tak szybko i łatwo, że warto im to umożliwić. Tylko czy zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała ćwiczyć z maluchem w domu, jesteś do tego przygotowana?
Ja uważam, że to chore.
6-miesięczne dziecko to jeszcze maleństwo. Mój synek ma 5 miesięcy i nie wyobrażam sobie zapisywania go na język angielski tak wcześnie. Nie lepiej z dzieckiem wyjść na spacer, pokazać coś nowego, potulić się, pośpiewać? Przecież półroczny maluch jeszcze po polsku dobrze nie rozumie, a co dopiero po angielsku...
Ja się zastanawiam jak opracować logistykę takiego przedsięwzięcia.... sześciomiesięczny maluch śpi jeszcze ze dwa razy w ciągu dnia. A już na bank zaśnie podczas dojazdu do miejsca nauki. Potem będzie zazwyczaj głodny, będzie miał pełną pieluchę, rozbudzony będzie marudny. Jeżeli nie będzie marudny to będzie zainteresowany nowym otoczeniem, barwnymi elementami ściany i innymi rzeczami. Na pewno nie będzie skupiał uwagi na prowadzącej, która będzie stała w pewnej odległości od niego i coś tam mówiła.
Ja uważam, że to o wiele za wcześnie.
6-miesięczne dziecko to jeszcze maleństwo.
Też mam wraazenie ze to wyciąganie kasy z nadgorliwych rodziców.
Na dodatek założe się, ze na takie zajęcia przychodzą w 99% rodzice jedynakow wciąż jeszcze na "haju" jaki daje radość z narodzin dziecka.
bo jak widzę wmoim otoczeniu rodziców 2 lub 3 dzieci to już ten "haj" mija i zaczynają do dzieci podchodzić z większym rozsądkiem, a co ciekawsze po kilku latach zupełnie nie widać w zachowwwaniu czy inteligencji dzieci żeby to "push to the limit" w stosunku do pierwszego dziecka dawało jakieś wymierne wyniki i oe pierworodny jakoś wyróżniał się inteligencja w porównaniu do rówieśników czy swojego rodzeństwa.
6-miesieczne niemowlę z ledwoscia, albo nawet wcale jeszcze nie rozróżnia podstawowych pojęc: nazw kolorów, mały-duży, pies, kot - to się dopiero zaczyna mu w główce układac. Słyszy angielskie słowa, ale przecież ich zupełnie nie rozumie i nie może jeszcze zrozumieć bo nie rozumie samych pojęc - to taki sam skutek można osiągnąć puszczajac angielskie piosenki czy bajki do słuchania podczas normalnej zabawy.
No i to co już ktoś wspomniał - jak się nie ma zamiaru uczyć języka również w domu to te dwie czy trzy godziny w tygodniu nic nie dadzą.
Inna rzeczą jest wychowanie wśród dwujezycznych rodziców, a inna próbowanie ze swojego dziecka robić "geniusza na sile".
A 6 miesięcy to czas gdy dziecko rozwija swoje zdolności manualne i może na tym się warto skupić? Przekladanie z rączki do rączki, manipulowanie małymi przedmiotami, ćwiczenie paluszkow - to jest naturalny etap rozwojju w tym okresie życia, a nie angielski
Takie dziecko uczy się przez CAŁY CZAS, nawet gdy "bezmyślnie" gapi się z wózka na spacerze.
Wystarczy zauważyć, ze w krajach, gdzie angielski nie jest językiem narodowym, ale jest powszechnie używany angielskiego nie uczy się niemowląt, ale normalnie zaczyna naukę w szkole/przedszkolu i to wystarcza by potem posługiwać się językiem z łatwością w dorosłym życiu.
A posyłanie niemowlęcia na angielski to trochę jakby dać mu zestaw figur szachowych do zabawy z nadzieja, ze dzięki temu kiedyś wyrośnie ma szachmistrza ![]()
Tjaaa.. to może jeszcze na szermierkę wysłać niemowlaka, bo lepiej się rozwinie fizycznie? ![]()
E tam za wczesnie. Nigdy za wczesnie na nauke. Ale po co za to placic?
Nie mozesz po prostu pokazujac mu ksiazeczke sama mowic po angielsku jaks ie co nazywa?
Nie mozesz co jakis czas przez np pol godziny mowic do niego po angielsku?
I tak, to prawda, ze dzieci dwujezyczne czesto pozniej zaczynaja mowic. Ale tez prawda taka, ze potem od razu mowia plynnie w obu jezykach. W sensie - plynnie na tyle na ile wiek im pozwala ![]()
E tam za wczesnie. Nigdy za wczesnie na nauke. Ale po co za to placic?
Nie mozesz po prostu pokazujac mu ksiazeczke sama mowic po angielsku jaks ie co nazywa?
Nie mozesz co jakis czas przez np pol godziny mowic do niego po angielsku?
Słuszna uwaga
Ale jest też inna korzyść z takich zajęć - dzieci nie mają potem problemu z pójściem do przedszkola. Więc jeśli Autorkę stać - a to zresztą nie są żadne wygórowane kwoty - to podwójnie warto ![]()
Podobnie jak poprzedniczki uważam, że wysyłanie tak małego (niemówiącego) dziecka na zorganizowane lekcje języka jest bez sensu. Jednak, jak zauważyła Iceni, można - i myślę, że warto - puszczać dziecku bajki po angielsku, by osłuchiwało się z językiem. Daje to efekt podobny, jak wychowanie w dwujęzycznej rodzinie (w której do malucha po prostu mówi się w dwóch językach). Jednak nie sądzę, by mówienie do dziecka po angielsku w wykonaniu osoby, dla której angielski nie jest językiem ojczystym, mogło przynieść dobry efekt - w ten sposób dziecko nie uczy się prawidłowej wymowy.
To jeszcze zalezy jak ktos mowi po angielsku ![]()
To jeszcze zalezy jak ktos mowi po angielsku
Najczęściej ktoś, kto zaczął się uczyć angielskiego dopiero gdzieś tam w toku życia, nie mówi jak osoba anglojęzyczna od urodzenia ![]()
pennylane napisał/a:To jeszcze zalezy jak ktos mowi po angielsku
Najczęściej ktoś, kto zaczął się uczyć angielskiego dopiero gdzieś tam w toku życia, nie mówi jak osoba anglojęzyczna od urodzenia
A myslisz, że lektorka jest native Speaker'em ? Nie sądzę.
16 2013-10-25 09:54:05 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-30 11:18:13)
Feme napisał/a:ale martwię się, że zbyt wczesna nauka angielskiego może zahamować naukę języka ojczystego. co myślicie?
Może nie tyle zahamować, co trochę opóźnić mówienie. To dość często spotykane u maluchów uczących się języka/ów od urodzenia.
Ja jestem za, zapisuj
Małe dzieci chłoną wiedzę tak szybko i łatwo, że warto im to umożliwić. Tylko czy zdajesz sobie sprawę, że będziesz musiała ćwiczyć z maluchem w domu, jesteś do tego przygotowana?
Dokładnie dzieci w tym wieku chłoną wszystko z niesamowitą szybkością. Lektorka mówiła, że można ćwiczyć w domu, ale nie trzeba, bo przecież rodzic może nie znać wystarczająco dobrze angielskiego. To, co trzeba robić, to puszczać dwa razy dziennie płytę, na której jest nagrany materiał przerabiany na lekcjach.
Powód edycji - usunięcie treści reklamowych. Mod. Vinnga
Lektorka mówiła, że można ćwiczyć w domu, ale nie trzeba, bo przecież rodzic może nie znać wystarczająco dobrze angielskiego. To, co trzeba robić, to puszczać dwa razy dziennie płytę, na której jest nagrany materiał przerabiany na lekcjach.
...Czyli zwykłe naciąganie na kasę rodziców
"Nie musisz robić nic tylko puszczaj naszą płytę:
![]()
Ja uważam, że to chore.
6-miesięczne dziecko to jeszcze maleństwo. Mój synek ma 5 miesięcy i nie wyobrażam sobie zapisywania go na język angielski tak wcześnie. Nie lepiej z dzieckiem wyjść na spacer, pokazać coś nowego, potulić się, pośpiewać? Przecież półroczny maluch jeszcze po polsku dobrze nie rozumie, a co dopiero po angielsku...
Czuję się całkiem dobrze;-)
"Potulić, pośpiewać" - na tym właśnie polegają zajęcia, czyli to samo, co po polsku, tylko po angielsku.
Tak się zastanawiam, że może takiemu maluchowi wszystko jedno skoro nie rozumie, czy mówimy do niego po polsku czy po angielsku.
19 2013-10-25 10:16:55 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-30 11:19:34)
A 6 miesięcy to czas gdy dziecko rozwija swoje zdolności manualne i może na tym się warto skupić? Przekladanie z rączki do rączki, manipulowanie małymi przedmiotami, ćwiczenie paluszkow - to jest naturalny etap rozwojju w tym okresie życia, a nie angielski
![]()
Takie dziecko uczy się przez CAŁY CZAS, nawet gdy "bezmyślnie" gapi się z wózka na spacerze.
Poczytałam sobie o tej metodzie spam uczenia niemowlaków i tam właśnie było napisane to, o czym piszesz. W czasie zajęć rozwija się właśnie te zdolności manualne i wiele wiele innych, teraz już dokładnie nie pamiętam. Oprócz śpiewania są właśnie takie zabawy.
Nie wiem, czy kojarzycie może "zabawy fundamentalne"? to program wspierania rozwoju dzieci od 0 do 6 lat. Książeczki podają podstawowe info o rozwoju dziecka, wskazówki, jak się bawić z dziećmi, jak tworzyć bliskie relacje, etc. Bo maluchy uczą się poprzez zabawę.
no i te lekcje w spam bardzo mi się z tymi zabawami fundamentalnymi skojarzyły. Interesowałam się nimi przy moim pierwszym dziecku. Pomysły tam zawarte są naprawdę świetne! i się sprawdzają.
no, ale oczywiście zawsze pozostaje wątpliwość, czy my tych naszych dzieci na siłę nie przestymulujemy. czy za dużo bodźców rozwojowych nie zahamuje ich rozwoju. Bo przecież nie wiemy, co z nich w przyszłości wyrośnie. do tej pory nie było aż tylu możliwości, by rozwijać dziecko. zgadzam się, że jest to swego rodzaju eksperyment. w dodatku eksperyment na żywym organizmie.... stąd moje wahania...
Feme, jeżeli chcesz zapisać dziecko na takie zajęcia, jeżeli masz na to czas i pieniądze, jeżeli to da Ci poczucie że jesteś lepsza matką to zapisz dziecko na takie zajęcia.
Bo widzę, że to co mówiła lektorka trafia Ci do przekonania. Tylko co miała innego mówić?
21 2013-10-25 10:24:19 Ostatnio edytowany przez Iceni (2013-10-25 10:31:24)
Słuchaj, nikt ci nie zabrania - skoro jesteś tak przekonana o wspaniałości tej metody nauczania, to idż i zapisz dziecko na zajęcia. Ale skoro jesteś przekonana, to po co pytasz o to na forum?
Tak, jak napisałam na początku - ja mogę się założyć, ze na tych zajęciach będą w 99% rodzice jedynaków. Bo przy pierwszym dziecku rodzice "głupieją" i mają parcie na "uszczęśliwianie" dziecka czasem tracąc zdrowy rozsądek.
Myslisz, ze ile dziecko (niemowlę!) się nauczy słuchając czegoś przez dwie czy trzy godziny w tygodniu? Każdy z nas słuchał angielskich piosenek od dziecka - ile dzieci zrozumiało dzięki temu zasady gramatyki?
Owszem, dziecko może się OSŁUCHAĆ z językiem, ale bez CZYNNEGO udziału to nie jest nauka, tylko słuchanie.
Chcesz - idź. Ale ja jestem przeciwna takim zajęciom. Bo to jest zarabianie pieniędzy na naiwności, a może bardziej na nadziei rodziców.
Na zachodzie, w takiej Norwegii, w Holandii, Beligii itp pewnie też uczą takimi metodami, ale mimo to olbrzymia większość dzieci uczy się angielskiego dopiero po pójściu do szkoły i o dziwo to im wystarcza by biegle mówić po angielsku w dorosłym zyciu.
Ale znajdą sie tacy "specjaliści" co wmówią nadopiekuńczym rodzicom, że to za mało, że zacznij uczyć dziecko w przedszkolu, będzie mu łatwiej, nauczy się szybciej. OK. Powstały kursy dla przedszkolaków. No to znaleźli się kolejni "genialni" nauczyciele, którzy poszli kolejny krok do przodu, skoro można uczyć dzieci w przedszkolu, to dlaczego nie zacząc jeszcze wcześniej? Zacznijmy uczyć dzieci w żłobku! Na pewno będą mądrzejsze od tych, które się uczą tradycyjnie...
Ale to już nie wystarczy! Zacznijmy uczyć dzieci ZANIM pójdą do żłobka! To dopiero angielski będzie im wchodził!
To może ja odkryję nowa metodę? Zaczynam uczyć dzieci w okresie płodowym! Oferuję kursy każdej matce! Bedę przez godzinę nawijać do brzucha, a mama musi tylko puszczać w domu płytkę z nagraniami.
Paranoja....
_______
Poczytałam sobie o tej metodzie uczenia niemowlaków i tam właśnie było napisane to, o czym piszesz. W czasie zajęć rozwija się właśnie te zdolności manualne i wiele wiele innych, teraz już dokładnie nie pamiętam. Oprócz śpiewania są właśnie takie zabawy.
Nie wiem, czy kojarzycie może "zabawy fundamentalne"? to program wspierania rozwoju dzieci od 0 do 6 lat. Książeczki podają podstawowe info o rozwoju dziecka, wskazówki, jak się bawić z dziećmi, jak tworzyć bliskie relacje, etc. Bo maluchy uczą się poprzez zabawę.
no i te lekcje bardzo mi się z tymi zabawami fundamentalnymi skojarzyły. Interesowałam się nimi przy moim pierwszym dziecku. Pomysły tam zawarte są naprawdę świetne! i się sprawdzają.
no, ale oczywiście zawsze pozostaje wątpliwość, czy my tych naszych dzieci na siłę nie przestymulujemy. czy za dużo bodźców rozwojowych nie zahamuje ich rozwoju. Bo przecież nie wiemy, co z nich w przyszłości wyrośnie. do tej pory nie było aż tylu możliwości, by rozwijać dziecko. zgadzam się, że jest to swego rodzaju eksperyment. w dodatku eksperyment na żywym organizmie.... stąd moje wahania...
I do tego potrzebne są ci zajęcia?
Jak zrozumiałam to twoje DRUGIE dziecko? I do pierwszego nie potrzebowałaś kursów żeby wiedzieć jak ćwiczyć z nim paluszki? Jak go przytulać?
Coś z nim nie tak, ze poczułaś potrzebę pójścia na kurs?
Czy po prostu masz nadmiar wolnego czasu i wyszukujesz preteksty, by się z domu wyrwać, bo ci się nudzi? I jesteś gotowa nawet, żeby zapłacić za coś, co i tak sama robisz w domu za darmo? ![]()
Ja się zastanawiam jak opracować logistykę takiego przedsięwzięcia.... sześciomiesięczny maluch śpi jeszcze ze dwa razy w ciągu dnia. A już na bank zaśnie podczas dojazdu do miejsca nauki. Potem będzie zazwyczaj głodny, będzie miał pełną pieluchę, rozbudzony będzie marudny. Jeżeli nie będzie marudny to będzie zainteresowany nowym otoczeniem, barwnymi elementami ściany i innymi rzeczami. Na pewno nie będzie skupiał uwagi na prowadzącej, która będzie stała w pewnej odległości od niego i coś tam mówiła.
Jeśli chodzi o logistykę, to szkołę mamy bardzo blisko. 10 min. spacerkiem. zajęcia są rano, w spaniu nam to nie przeszkadza.
Oczywiście, że nie na prowadzącej ma skupiać uwagę, ale na mamie, tacie, tej osobie, która z nim przyszła. Lektorka ma lalkę, na której pokazuje, co mamy robić z dziećmi. na początku to dość śmieszne było, ona z tą lalką. no i muszę przyznać, że krępujące, bo w obecności nowo poznanych ludzi, którzy tam przyszli ze swoimi dziećmi, trzeba całować, głaskać, przytulać, masować, etc. swoje maluszka. z tym w sumie mam problem. co innego robić to w domu, w intymnej atmosferze, a co innego w szkole na zajęciach, mówiąc do niego po angielsku. rodzic najpierw musi pokonać własną barierę językową, jeśli taką ma.
Lektorka ma lalkę, na której pokazuje, co mamy robić z dziećmi. na początku to dość śmieszne było, ona z tą lalką. no i muszę przyznać, że krępujące, bo w obecności nowo poznanych ludzi, którzy tam przyszli ze swoimi dziećmi, trzeba całować, głaskać, przytulać, masować, etc. swoje maluszka. z tym w sumie mam problem. co innego robić to w domu, w intymnej atmosferze, a co innego w szkole na zajęciach, mówiąc do niego po angielsku. rodzic najpierw musi pokonać własną barierę językową, jeśli taką ma.
A nie.... to zmieniam zdanie!
Jeżeli masz kłopoty z publicznym okazywaniem uczuć WŁASNEMU DZIECKU to idź koniecznie. Pal licho skuteczność angielskiego -to w tym wypadku sprawa drugorzędna....
no, ale oczywiście zawsze pozostaje wątpliwość, czy my tych naszych dzieci na siłę nie przestymulujemy. czy za dużo bodźców rozwojowych nie zahamuje ich rozwoju.
Językiem obcym, a nawet dwoma, na pewno nie
Ale jeśli to mają być tylko zajęcia z lektorką plus puszczanie jakiejś płyty, to spektakularnych efektów bym nie oczekiwała. O wiele lepsze by było ćwiczenie z mamą, choćby zwykłe całowanie całego ciałka podczas przewijania i nazywanie całowanego miejsca. Ogólnie uczenie tak małych dzieci ma sens tylko w przypadku, gdy choć jeden rodzic zna język, a ćwiczyć należy codziennie.
Tak jest Babo - żadna Pani cudów dziecka nie nauczy dwa razy w tygodniu, moim zdaniem codziennie możesz ćwiczyć z dzieckiem sama, jak pisze Baba oraz puszczać dziecku bajki czy piosenki w obcych językach - nie jest to jakieś wielkie odkrycie.
coś wam zacytuję
pewnie to znacie
ale w filozofii ten tekst niezły jest tym bardzoej w kontekście angielskiego dla pólrocznego dziecka
Dzieci tamtych rodziców
Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominany z nostalgią lata 80.
Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się
pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni
maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
Nie chodziliśmy do pywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.
Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk,
zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
Pies łaził z nami - bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od presy" i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
Mogliśmy dotykać inne zwierząta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, Każdy dzieciak to wiedział.
Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać,
mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.
Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.
Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.
Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas ?dobrze? wychować.
To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
________________________________________
Dodam jeszcze, że najważniejsza jest regularność i radość z nauki
Polecam audiobooki z bajkami, klocki i puzzle ze słówkami. Dziecko trzeba "otoczyć" językiem, bo to procentuje, nawet jeśli w pierwszej chwili myślimy: "Co, niemowlę ma słówka czytać?"
Nauczycielka nie ma na mysli zasypywac maluszkow nowymi slowkami zapisanymi na kartce ktore musza wykluc na nastepna lekcje
tu chodzi o nauke poprzez zabawe, bo tak dziecko uczy sie najlepiej nie meczac umyslu. Dzieci jak to dzieci kochaja zabawe, i dorosli nie zawsze zdaja sobie sprawe z faktu, ze w tym samym czasie dzieci nabywaja nowe umiejetnosci i sie ksztalca. Tak samo jak w jezyku polskim tak i po angielsku nauczycielka bedzie spiewala piosenki, i angazowala w to rodzicow. W okresie dziecka od 0-5 roku zycia dziecko jest w stanie posiasc bardzo duzo umiejetnosci i nauczyc sie wiele dlatego nawet nauka obcego jezyka od najmlodszych lat jest zalecana.
Duzo dzieci z ktorymi spotykam sie na codzien wychowuja sie w dwujezycznych rodzinach gdzie taki 3 latek jest w stanie rozumiec i mowic w 2 jezykach ( wiadomo, ze nie plynnie ze wzgledu na jeszcze nie rozwiniete slownictwo) ale dzieci ucza sie tego naturalnie.
Moim zdaniem - chodzenie na takie zajecia z maluchiem na pewno mu nie zaszkodzi, ale tez nie jest konieczne. Kazdy rodzic indywidualnie do tego podchodzi.
A moja córka ma już prawie 9 miesięcy i jestem pewna, że naukę angielskiego zacznie dopiero wtedy, kiedy w miarę dobrze zacznie mówić po polsku.
Czyli w wieku około 2,5 roku- 3 lat.
Nie uważam, aby wcześniej było jej to do czegokolwiek potrzebne.
Trochę to komiczne wszystko...Angielski dla niemowląt.
Wolałabym zabrać swoją pociechę na basen czy spacer w plener.
Dla mnie strata pieniędzy.
Niedługo zaczniemy uczyć niemowlęta grać na instrumentach lub malować obrazy.
Nie, nie. Ja pozostawię dzieciństwu mojej córki swobodę. Na naukę ma jeszcze czas i jeszcze dość będzie jej miała w swoim życiu.
Według mnie to zamiast zabierać niemowlęta na kursy językowe to lepiej zainwestować te pieniądze we własną naukę, a wtedy można w domu samej uczyć z o wiele lepszym skutkiem i systematycznością niż jakieś tam lekcje dwa czy trzy razy w tygodniu.
31 2013-10-26 00:21:18 Ostatnio edytowany przez KW201 (2013-10-26 00:23:12)
Nie wiem co dają takie zajęcia, ale opowiem Ci historię z własnego życia. Mojego (dziś 23 letniego) syna angielskiego uczyłam sama na równi z polskim. Efekty , no cóż dziś obydwoma językami posługuje się wymiennie , znając je w równym stopniu. Skoczył studia informatyczne z wykładowym angielskim. Uważam , ze uczenie dziecka języka od najmłodszych lat daje super efekty. Zaznaczam, że na dłuższy pobyt do kraju anglojęzycznego mój syn pojechał dopiero po maturze ( na 3 miesięczne wakacje do USA). Do tej pory z powodzeniem szlifował język w kraju, także moja rada ucz dziecko najszybciej jak się da, W razie pytań, pisz.
coś wam zacytuję
pewnie to znacieale w filozofii ten tekst niezły jest tym bardzoej w kontekście angielskiego dla pólrocznego dziecka
Dzieci tamtych rodziców
Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominany z nostalgią lata 80.
Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się
pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni
maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
Nie chodziliśmy do pywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.
Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk,
zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
Pies łaził z nami - bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od presy" i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
Mogliśmy dotykać inne zwierząta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, Każdy dzieciak to wiedział.
Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać,
mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.
Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.
Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.
Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas ?dobrze? wychować.
To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
________________________________________
Przeżyłam swoje dzieciństwo w latach 80 i czegoś tu opisanego nie było u mnie ani u moich koleżanek i kolegów.Cieszę się,że chodziłam na lekcje skrzypiec i nie jadłam piasku.Co do psa- nikt nie jest zadowolony gdy pies biega bez smyczy.Pies także czuje się bezpieczniej,zwłaszcza w nowym środowisku na smyczy.Kto ma psa,wie o czym piszę.No,jeszcze warto wspomnieć,że rola rodziców nie kończy się na spłodzeniu i podrzuceniu dziecka na ulicę by ta wychowywała.Ani w latach pięćdziesiątych ani w osiemdziesiątych ani w dwutysięcznych na tym kończyć się ich rola nie powinna.
33 2013-10-26 09:14:46 Ostatnio edytowany przez lena812 (2013-10-26 09:15:48)
End_aluzja napisał/a:coś wam zacytuję
pewnie to znacieale w filozofii ten tekst niezły jest tym bardzoej w kontekście angielskiego dla pólrocznego dziecka
Dzieci tamtych rodziców
Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.
Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominany z nostalgią lata 80.
Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się
pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni
maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
Nie chodziliśmy do pywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.
Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk,
zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
Pies łaził z nami - bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od presy" i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
Mogliśmy dotykać inne zwierząta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, Każdy dzieciak to wiedział.
Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać,
mówić Dzień dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień dobry wymusić.
Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.
Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.
Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.
Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas ?dobrze? wychować.
To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!
________________________________________Przeżyłam swoje dzieciństwo w latach 80 i czegoś tu opisanego nie było u mnie ani u moich koleżanek i kolegów.Cieszę się,że chodziłam na lekcje skrzypiec i nie jadłam piasku.Co do psa- nikt nie jest zadowolony gdy pies biega bez smyczy.Pies także czuje się bezpieczniej,zwłaszcza w nowym środowisku na smyczy.Kto ma psa,wie o czym piszę.No,jeszcze warto wspomnieć,że rola rodziców nie kończy się na spłodzeniu i podrzuceniu dziecka na ulicę by ta wychowywała.Ani w latach pięćdziesiątych ani w osiemdziesiątych ani w dwutysięcznych na tym kończyć się ich rola nie powinna.
i ja przeżyłam dziecinstwo w latach 80,większość z tego to prawda
większośc ludzi których znam co wychowali się w tamtym okresie mówi że miało szczęśliwe dziecinstwo
teraz nie wszystkie dzieci mają takie
i to nie jest tak że lataliśmy jak bezpańskie psy, bo byliśmy doglądani przez rodziców...
34 2013-10-26 09:26:40 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-30 11:21:26)
Ale jeśli to mają być tylko zajęcia z lektorką plus puszczanie jakiejś płyty, to spektakularnych efektów bym nie oczekiwała. O wiele lepsze by było ćwiczenie z mamą, choćby zwykłe całowanie całego ciałka podczas przewijania i nazywanie całowanego miejsca. Ogólnie uczenie tak małych dzieci ma sens tylko w przypadku, gdy choć jeden rodzic zna język, a ćwiczyć należy codziennie.
Czyli pewnie najlepsze efekty dadzą zajęcia spam, puszczanie płyty i mówienie po angielsku na co dzień.
coś wam zacytuję
pewnie to znacieWiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na Milicję, żeby zakablować rodziców.
Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.
________________________________________
Na całe szczęście nikt mnie w latach '80. w ten sposób nie wychowywał. Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że zmieniły się obyczaje. Nie wyobrażam sobie, jak można czegokolwiek uczyć za pomocą: paska i łomotu. Jak ktoś wspomniał powyżej, nie po to ma sie dzieci, żeby je podwórko wychowywało.
36 2013-10-26 09:41:34 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-30 11:21:53)
Według mnie to zamiast zabierać niemowlęta na kursy językowe to lepiej zainwestować te pieniądze we własną naukę, a wtedy można w domu samej uczyć z o wiele lepszym skutkiem i systematycznością niż jakieś tam lekcje dwa czy trzy razy w tygodniu.
Dla mnie te zajęcia to właśnie inwestowanie we własną naukę, bo dużo można się dowiedzieć o rozwoju dziecka. Szkoły Helen Doron uczą dzieci od przeszło 25 lat, jak wyczytałam na stronie, mają ogromne doświadczenie i pewnie wiedzą, co robią.
Nie urodziłam się z instrukcją obsługi niemowlaka, potrzebuję pomocy, podpowiedzi, pomysłów na to, jak mogę się z maleństwem bawić w domu, a jeśli do tego dochodzi jeszcze nauka angielskiego, to dla mnie brzmi to dobrze.
Te zajęcia w spam to w pewien sposób przedłużenie szkoły rodzenia.
KW201 dzięki za przykład z własnego życia:-) takie przykłady najbardziej przekonują i upewniają we własnych wyborach.
37 2013-10-26 11:52:39 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2013-10-26 11:57:15)
Iceni napisał/a:Według mnie to zamiast zabierać niemowlęta na kursy językowe to lepiej zainwestować te pieniądze we własną naukę, a wtedy można w domu samej uczyć z o wiele lepszym skutkiem i systematycznością niż jakieś tam lekcje dwa czy trzy razy w tygodniu.
...Szkoły Helen Doron uczą dzieci od przeszło 25 lat, jak wyczytałam na stronie, mają ogromne doświadczenie i pewnie wiedzą, co robią.
Nie urodziłam się z instrukcją obsługi niemowlaka, potrzebuję pomocy, podpowiedzi, pomysłów na to, jak mogę się z maleństwem bawić w domu, a jeśli do tego dochodzi jeszcze nauka angielskiego, to dla mnie brzmi to dobrze.
.
A czemuż to jedna opcja ma wykluczać drugą?
Dlaczego zamiast a nie oprócz?
Otóż dzieci uczą się najłatwiej języków w pierwszym roku życia, tyle, że nie w schemacie LEKCJI a rozmowy codziennej ![]()
Wszak żadna tajemnica, że w rodzinach wielojęzycznych dzieci opanowują wszystkie stosowane w domu języki niejako "z automatu"? Żadnego PRZESTYMULOWANIA nie zaobserwowano ![]()
Dlatego może warto zwracać się do dziecka przy każdych okolicznościach w 2 językach?
Ja tam doprowadzałam córkę do furii, zwracając się do niej po angielsku przy lada okazji ("Are You hungry" np. zamiast "zgłodniałas?"), tudzież pisząc do niej po angielsku sms-y, gdy była w podstawówce. Niemniej, teraz jest w klasie najlepsza z tego języka
a na dodatkowe lekcje nie chodziła z braku kasy. Nie wszystko musi przychodzić z "zewnątrz" - najwięcej uczy jednak dom rodzinny
ale jak można łączyć jedno z drugim to chyba EFEKT najlepszy (a dla dziecka najciekawszy).
Ps. właśnie przyszła sześciolatka z pytaniem czy kostka rubika to cube? (przyznam, że musiałam sprawdzić) ale zasianie ciekawości u dziecka chciałam w tym przypadku podkreślić ![]()
Proszę o radę. Zastanawiam się nad zapisaniem 6-miesięcznej córki na zajęcia z angielskiego. Byłam już na lekcji pokazowej, podobało mi się, czy mam zapisać dziecko, mimo że jest niemowlakiem. Co tym myślicie? Czy ktoś ma podobne doświadczenia?
Podobało się tobie, ok, a czy dziecku też się podobało? bo to chyba jest najważniejsze.
Jeśli chcesz to zapisz dziecko, nikt ci przecież nie zabroni.
Co złego w tym, że ktoś zapisze swoje 6 miesięczne dziecko na lekcje angielskiego?
Jak ktoś chce, to niech sobie nawet zapisze noworodka. Niech wyjdzie ze szpitala z dzieckiem, i od razu na lekcję angielskiego, a co, niech się uczy od pierwszych dni życia.
A tak poważnie, to uważam że to już lekka przesada.
Rozumiem zapisać dziecko w wieku przedszkolnym 3,4 lata, ale 6 miesięczne dziecko?
femme, gojka?/
a skąd wiecie, że chodzi o lata osiemdziesiąte?/
jak podejrzewam - urodziłyście się w latach osiemdziesiątych...
a ja mówię o dzieciakach, które się 'wychowywały w latach osiemdziesiątych- czyli urodziły się w sieedemdziesiątych
ten tekst to nie są żadne zalezenia wychiowawcze
to nie jest żaden opis metod wychowawczych opierających się o lomot i stare wiedźmy"
to jest opis stylu zycia, którego wy nie zrozumiałyście
stylu zycia, który polegał na tym, że
naszymi najlepszymi przyjaciółmi i kolegami byli koledzy i koleżanki z sąsiedztwa, z którymi chodziliśmy tez do szkoły.. a nie środowisko szkolne, hemretyczne, do którego zawożą wspólczesne dzieci ropdzice codziennie 5 kilometrów od domu - w ramach którego każde spotkanie z koleżanką lub kolegą wymaga wzmożonej organizacyjnie logistyki pomiędzy zajętymi dorosłymi, którzy musza nas przywieźć, odebrać, uzgodnić to między sobą.
bylismy bezpieczni i zaopiekowani, ponieważ jesli w wakacje o 14 bvyłam o koleżanki z sąsiedztwa i był obiad - to oczywistym było, że ten obiad zjem z nimi.. a jesli u mnie na podrówku była akurat banda dzieciaków, a mamk serwowała zupę - to załapali się wszyscie głodomory, które zgłosiły akces na zupę
byliśmy bezpieczni i zaopiekowani, ponieważ gdybym wyleciałą na ulice, albo rozmawiała z kims obcym - NIE MUSIAŁABY mnie widzieć mama, żeby zareagować - KAŻDY z dorosłych z sąsiedztwa czuł się za nas tak samo odpowiedzialny
byliśmy bezpieczni i zaopiekowani - bo jak zdarłam sobie kolano - to sąsiadka nakłądała plaster i odkażała.. nikt nie sprowadzał pogotowia, nie wzywał rodziców z pracy i nie uruchamiał ubezpieczenia na wypłatę odszkodowania
nasi rodzice nie przejmowali się tym, żebyśmy w wieku 6 miesięcy uczyli się języka, bo nie MIELI SCENARIUSZA NA ZYCIE DLA NAS ROZPISANEGO - nie byliśmy wyrazem ich ambicji i celów życiowych - ale bylismy ich dzieciakami, które w zyciu dokonają swoich włąsnych wyborów
nikt nie woził nas na zajęcia przez całe popołudnia - jesli chcieliśmy w jakiś uczestniczyć -MOGLIŚMY to robić i mogliśmy być samodzielni - BO BYŁO BEZPIECZNIE
zasady były proste i obowiązywały - nie czyń drugiemu co tobie nie miłe, nie jesteś pepkiem świata, podziel się z siostrą.....
zasady były proste i obowiązywały - nauczyciel wiedział co robi, jak się nie uczyłeś, to dostawałeś laczka - tak tak.. winien był uczeń, a nie źle uczący nauczyciel, rodzice nie zapewniający korepetycji, czy dyslektyzm, dysgrafia, dyscoś tam i ADHD...
DZIŚ ONE NIE OBOWIĄZUJĄ - poczytajcie wątek o zdradach, o kochankach, o motywacjach - dzisiaj jak ja czegoś chcę to mi się należy - narcyzm, egocentrym i egotyzm....
to były czasy WOLNOŚCI -wolności wyborów, drogi przed nami, wolności, jaką dawały nam nasze włąsne zdolności i plany
mój syn ma 17 lat
byłam zawsze przekonana, że największą krzywdą, jaką mogłabym mu wyrządzić - byłoby planowanie mu zycia, organizowania czasu, nabijania głowy wiedzą i nauką ...
mój syn wybierze taką drogę, jaką będzie chciał
ma 17 lat i WIE - że to od niego zależy, co w życiu zrobi - nie od tego, ile ja mam pieniędzy i za co zapłacę
ma 17 lat i wie - że sam ponosi konsekwencje swoich działań i decyzji
ma 17 lat - i chociaż nie chodził na basen w niemowlętctwie, na angielski od urodzenia, na rytmikę od roczku, na tenisa, jazde konną, dodatkowe zajęcia muzyczne i korepetycje ze wszystkiego - jest chłopakiem o wysokich kompetencjach społęcznych, naturalnym liderem i mądrym chłopakiem - bo tego uczy się w zabawie.. a nie na zorganizopwanych przez dorosłych zajęciach
ma 17 lat i wie, że w niego wierzę
ma 17 lat i wie, że sam decyduje o sobie - ale wie też, że jestem po to, by mu pomóc, gdy będzie tego chciaŁ, BY GO WSPIERAĆ, GDY BĘDZIE TEGO potrzebował...
wie, że może na mnie liczyć
ale NIE REALIZUJE mojej misji i wizji na zycie
ma swoją
i z tego jestem dumna
nie pozbawiłam go zdolności samostanowienia o sobie
\
wiecie dlaczego to piszę??
bo codziennie przez moje biuro przetacza się masa młodych osób, z ukończonymi dwoma kieruunkami studiów, znającą perfekt języki, wychowywane tak, jak wy to robicie, angierlski najwczesniej, i ładowanie malutkich dziecięcych akumulatorków praktycznie od urodzenia... jest tylko jeden problem MOTYWACJA
zapytajcie ich -jakie mają plany na życie, czego pragną, jak widzą siebie za 10 lat.. co chcą rozwijać, co osiągnąć..
wiecie jak z nimi jest??
oni się bardzo dobrze widzą - w pewnym materialnym otoczeniu- dom najlepiej, super fura, dwójka zdolnych pieknych i mówiących dwoma językami dzieciaczków, modna rasa psów i pełna garderoba jak w seksie w wielkim mieście....
ale w sensie duchowym, rozwojowym, osobistym -NIE WIEDZA O SOBIE NIC - bo przez ostatnie 25 lat ZAIWANIALI - nie mając oddechu na zastanowienie się- kim jestemn, czego chce dla siebie, jaki jestem...
na ile jestem taki, jakiego chcą widzieć rodzice, a na ile jestem inny????
WOLNOŚĆ -to słowo klucz -wolnośc wyboru, wolność od konieczności, wolnośc bycia sobą i kształtowania siebie
nie zapominajcie o tym dla swoich dzieci
BO NIE WIECIE JAKIE SĄ I CZEGO POTRZEBUJĄ - tak samo, jak wasi rodzice nie wiedzieli tego o was- chociaż oczywiście chcieli jak najlepiej...
tylko ta droga, którą wybieramy sami - to droga pełna sukcesów.
40 2013-10-29 12:12:50 Ostatnio edytowany przez gojka102 (2013-10-29 21:37:19)
End Aluzjo
no więc Twoje podejrzenia nie są zupełnie uzasadnione.Ja wiem co napisałam.Chodziło mi o wychowanie dzieci w latach osiemdziesiątych bo w tych też latach i ja byłam dzieckiem czyli...urodziłam się w latach siedemdziesiątych.
To sranie psami gdzie popadnie,nie dbanie o nic prócz własnego balkonu kojarzy mi się ideą komunizmu: wszystko jest wspólne więc jest niczyje.Pamiętam,jak babcia opowiadała,że przy starej kamienicy,w której się urodziłam były ogródki ogrodzone płotkami,Mieszkańcy pielęgnowali tam drzewka,kwiaty,były ławeczki i...furtka.
Pewnego dnia przyszli smutni panowie z dyrektywą,że płot trzeba rozebrać.Po rozebraniu płotu zostały połamane ławki,drzewka i ja to tak już zapamiętałam.Ludzie srali psami i kotami do ogródka i nikt tam już nie wchodził.
Ja miałam okropnych sąsiadów,którzy darli się na dzieciaki,że za głośno się bawią na placu zabaw albo,że depczą trawnik(bo trawnik to świętość).Nikt by mi plastra nie przykleił tylko jeszcze by się wydarł,że po co tak biegam jak nakręcona.Nikt mi zupy nie dawał prócz mamy bo mama dopilnowała bym się po cudzych domach nie szwendała,szczególnie w porze obiadu( bo nie każdego stać było lub nie miał tyle czasu by gotować dla pułku wojska).
Trudno stwierdzić czego potrzebuje pięcio,sześcio czy nawet ośmiolatek.Mam dziecko w tym wieku i widzę jak co chwilę zmieniają się upodobania,zainteresowania,priorytety.Dlatego ja jej pokazuję wiele rzeczy by miała możliwość wyboru.Ale moje dziecko,jak każde zapewne w jej wieku,ma chwile zniechęcenia i znudzenia.Gdybym jej ulegała przestałaby chodzić do szkoły muzycznej już po pól roku bo okazało się,że trzeba pracować i że nie jest ona takim geniuszem,który weźmie instrument i zagra przecudnie utwór,który po raz pierwszy widzi na oczy.W tym roku powiedziała mi,że dobrze,że jej ze szkoły nie wypisałam bo jej się podoba i bardzo lubi swojego nauczyciela.I cieszę się,że to powiedziała bo ma talent i warto go rozwijać.
Ja też widzę mnóstwo ludzi z mojego rocznika,dla których zrobienie matury było niemal nadludzkim wysiłkiem,nie znają żadnego języka obcego i wciąż szukają pracy za granicą w miernym skutkiem z powodu tej właśnie nieznajomości.Widze ludzi,którzy nagle zostali zwolnieni z pracy i okazuje się,że do żadnej innej nie mają kwalifikacji.Więc rejestrują się w pośredniaku i dorabiają tam gdzie chcą ich przyjąć na czarno...
Ja też widzę mnóstwo ludzi z mojego rocznika,dla których zrobienie matury było niemal nadludzkim wysiłkiem,nie znają żadnego języka obcego i wciąż szukają pracy za granicą w miernym skutkiem z powodu tej właśnie nieznajomości.Widze ludzi,którzy nagle zostali zwolnieni z pracy i okazuje się,że do żadnej innej nie mają kwalifikacji.Więc rejestrują się w pośredniaku i dorabiają tam gdzie chcą ich przyjąć na czarno...
Gojka, ja myslę. że End Aluzji zupełnie nie o to chodziło. Nie jest zawsze tak, że wszystko jest czarne albo białe. Nauczysz dziecka angielskiego, będzie mieć pracę. Nie nauczysz, nie będzie. Dasz mu 10 zajęć dodatkowych i nie ugniesz się i nie pozwolisz zrezygnować, bo to dla jego dobra i przecież ma realizować swoje pasje (a ma ich kilka, bo mu wybrałaś
- nie mówię tu personalnie o Tobie, tylko o matce dziecka, która tak zakłada). Ja mówię biegle po angielsku, mam dobry akcent a zaczęłam się uczyć w wieku lat 6. To nie jest tak, że nie dając dziecku multum dodaktowych zajęć od noworodka bezpowrotnie pozbawia się go szansy na jako - takie godziwe zycie, bo bez tego pozostanie tylko miernotą pośród tłumu.
Ja rozumiem przesłanie postu End Aluzji, byłam sama zadbanym dzieckiem, rodzice się starali, ale nie latali za mną po podwróku, żebym nie podarła rajtuzek, do szkoły chodziłam z buta, mieliśmy sąsiedzką paczkę dzieciaków i nie zapowiadaliśmy się do nich z wizytą ani oni do nas
chodziłam do zwykłej podstawówki, sama pokochałam czytanie książek i literaturę, nie chodziłam nigdy na żadne korki, a naprawdę uważam, że wyrosłam na mądrą i poukładaną osobe, mam fajną pracę i kochanego męża
więc nie ma zerojedynkowych rodziców - tych super i tych be. Nie ma jedynej słusznej drogi rozwoju dla małego dziecka.
Co więcej, moim zdaniem, żyjemy w czasach, kiedy wiele firm żeruje na głupocie rodziców, pokazując im, że za określoną ilość złotówek mogą usłac dziecku życie różami, kiedy jeszcze jest w pieluchach, bo ono samo już nic robić nie będzie musiało, bo wszystkie umiejętności nabierze w okresie, kiedy jeszcze o tym wiedzieć nie będzie (akcent, takie takie
) ). Dlatego ja akurat nie popieram metody Helen Doron, która doi kasę rodziców dając to, co chcący rodzic sam może zrobić w domu ![]()
Co więcej, moim zdaniem, żyjemy w czasach, kiedy wiele firm żeruje na głupocie rodziców
Drogą luźnych skojarzeń - przeszłam się kiedyś z ciekawości z córką na takie zajęcia z angielskiego, nazwę może litościwie przemilczę, i wyszłam dławiąc się ze śmiechu. Otóż na LEKCJI POKAZOWEJ, czyli lekcji, podczas której, wiadomo, należy zrobić wszystko, żeby przyciągnąć klienta... otóż na tej lekcji nie zadbano nawet o to, by podzielić dzieci na stosowne grupy wiekowe. Moja wtedy dziewięciomiesięczna córka miała się uczyć razem z sześciolatkami
A pożal się Boże "nauczycielka" zaczęła rozdawać karteczki z rysunkiem tęczy i słówkami oznaczającymi poszczególne kolory ![]()
Moja córka, która od urodzenia miała bardzo bogaty zasób minek i gestów, pozwalających jej okazać komuś, co o nim sądzi, wzięła karteczkę do buzi, przeżuła ją, patrząc nauczycielce z politowaniem w oczy, po czym splunęła tęczową papką na dywan i nakryła się nóżkami ze śmiechu ![]()
Niestety, tego typu firmy mają - i będą miały - wzięcie wśród osób, które nie mają pojęcia o językach obcych, a w dobrej wierze chcą dla dziecka jak najlepiej...
Wiecie jak ja to widzę??
Ja mam takie poczucie ze rodzice we mnie wierzyli. Wiedzieli ze jestem dzieckiem i jako dziecko musze mieć czas na zabawę przyjaciół rozwój. Wierzyli ze codziennie sie uczę. Ze kazdy dzien mnie rozwija. Ufali mojej przyszłości. Chociaz przyszło mi dorastac w czasach zarówno stanu wojennego jak i rodzącego sie kapitalizmu.
Ale moi rodzice wierzyli ze to ja musze dorastac dojrzeć sama i podjąć swoje decyzji.
Myśle ze byli pewni ze to nie od ich planow na mnie. Ich czasu na wozenie mnie na zajęcia dodatkowe. Od liczby godzin angielskiego. Rytmiki.... Muzyki i tak dalej....
Nie od tego bedzie zależeć to co najważniejsze.
Czy bede umiała być sZczesliwa. Czy zrozumiem co to jest szczescie. Czy bede umiała o nie dbać.
Nie żebym miała zajebista prace i robiła karierę... Nie żebym miała na botoks i aparat na zeby. Nie żebym miała wypasiona chatę w stylu nowoczesnym.
Ale żebym była sZczesliwa.
Zeby to dzieciństwo pełne swobody i radości nauczyło mnie ze zycie to nie obowiązek kierat i forsa za ktora wszystko kupie.
Ale codzienna radość.
Jak mozna nauczyć sie śmiać?? Tylko w zabawie.. Nie na lekcjach.
End Aluzjo
widzę,że dorastanie w tym okresie naznaczyło Cię też czymś okropnym.Że nauka to lekcje-nudne,męczące.nieciekawe.Że przy nauce się nie śmiejesz bo i nie ma z czego.Ten pogląd pokutuje w społeczeństwie ludzi wychowanych w tych latach.
I być może dlatego nie rozumieją,nie wyobrażają sobie,że można uczyć przez zabawę,że ta zabawa może być swietna i że dziecko może jej cały czas chcieć.
No bo jak dziecko może nie chcieć słuchać utworów klasycznych,które są skoczne,wesołe,rytmiczne a do tego mama jako "nauczycielka" tańczy przy nich razem z dzieckiem? Lub nawet zagra mu to na jakimś instrumencie a dziecko będzie wybijać rytm kołatką,trójkątem czy tamburynem?
Ja tak bawiłam się właśnie z moim dzieckiem.I nie wyglądało na znudzone i smutne- uwierz.Tak też pracują specjaliści z maluchami na zajęciach umuzykalniających.
Gojka. Nie chodzi o to- jak zapewniam czas mojemu dziecku. Ale w jakim celu to robię.
Ale mało która matka decyduje się na wczesną edukację po to, by coś dziecku narzucić. Czy po to, by zwiększyć szanse pociechy na rynku pracy.
No właśnie Babo,
nie myślałam by zwiększyć szanse mojego malucha na rynku.Robiłam z nią to co sama umiałam.Nie posyłałam na zajecia.Sama ją umuzykalniałam,sama uczyłam angielskiego,sama uczyłam czytać.Jakoś tak,może bezpodstawnie przyszło mi do głowy by uczyć ją tego bo ja to umiem.Gdybym umiała szyć,haftować czy piec ciasta też bym ją tego uczyła.
End aluzjo- ja uczyłam tego moje dziecko bo je TO BAWIŁO.To taki cel sam w sobie-fajne,zabawne spędzanie czasu z dzieckiem.Pokazywanie mu tego co mnie samą interesuje.
Teraz moja córka chce uczyć się takich rzeczy,których ja nie nie umiem więc chodzi na zajęcia.
Ale mało która matka decyduje się na wczesną edukację po to, by coś dziecku narzucić. Czy po to, by zwiększyć szanse pociechy na rynku pracy.
Ale mało która matka decyduje się na wczesną edukację po to, by coś dziecku narzucić. Czy po to, by zwiększyć szanse pociechy na rynku pracy.
no dobrze
rozumiem, że chcę za[pewnić mojemu dziecku świetną zabawę, idealne warunki do rozwoju, stymulacje w rozwoju i tak dalej....
dlaczego dołączam do tego "naukę języka""?/
żeby sie jak najszybciej tego języka nauczyło..
dlaczego?
żeby posiadło umiejętnośc szybciej niz inni, lepiej, łatwiej
po co?
żebvy posiadło umiejętnośc, która mu się przyda
po co się przyda??
żeby w przyszłości miało lepiej, fajniej, suprzej niż inni
żeby miało lepszy start lepsze wejście na rynek pracy, mogło studiowac gdzie chce
po co ma studiować gdziekolwiek??
żeby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy
ja rozumiem, że daję dziecku wszystko co najlepsze
rozumiem, że korzystam ze wszystkich ofert..
ja rozumiem, że chcę jak najlepiej
ja rozumiem, że dziecko jest moim oczkiem w głowie....
ale pytanie brzmi -ile w tym mysleniu o dziecku jest "mojego scenariusza sukcesu" a ile obserwacji i podążania razem z dzieckiem do celu
napisałam wam, dlaczego to napisałam
poniewaz w moim otoczeniu egzystuje cała masa młodych ludzi, którzy mimo super studiów, języków - nie wierzą w siebie, nie mają na siebie planów, nie znają siebie
oni się wiele NAUCZYLI
ale niewiele WIEDZĄ
Ale mało która matka decyduje się na wczesną edukację po to, by coś dziecku narzucić. Czy po to, by zwiększyć szanse pociechy na rynku pracy.
BaboOsiadła, a jakie sa najczęstsze zajęcia dodatkowe wybierane przez rodziców dla dzieci? Języki. I nie po to, żeby rozumiały bajki w oryginale, ale właśnie po to, żeby dzieci później w dorosłym zyciu były konkurencyjne na rynku pracy...
dlaczego dołączam do tego "naukę języka""?/
żeby sie jak najszybciej tego języka nauczyło..
dlaczego?
żeby posiadło umiejętnośc szybciej niz inni, lepiej, łatwiej
po co?
żebvy posiadło umiejętnośc, która mu się przyda
po co się przyda??
żeby w przyszłości miało lepiej, fajniej, suprzej niż inniżeby miało lepszy start lepsze wejście na rynek pracy, mogło studiowac gdzie chce
po co ma studiować gdziekolwiek??
żeby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy
(...)
ale pytanie brzmi -ile w tym mysleniu o dziecku jest "mojego scenariusza sukcesu" a ile obserwacji i podążania razem z dzieckiem do celu
Niezupełnie ![]()
Owszem, chcę, żeby moje dziecko miało w przyszłości dobrze, fajnie i super. Podarowałam córce znajomość języków, bo akurat miałam taką możliwość - tak, jak inne matki karmią piersią, ufając, że dają dziecku zdrowie na całe życie, tak i ja dałam córeczce coś, co uważam za jedno z najwspanialszych bogactw na świecie.
Dlaczego akurat w niemowlęctwie? Dlatego, że mózg tak małego dziecka jest niebywale chłonny. Nauka, prowadzona oczywiście przez zabawę, a nie męczenie niemowlaka
, jest dla maluszka praktycznie nieodczuwalna - w późniejszym wieku moja pociecha musiałaby spędzić nad tym samym materiałem długie, żmudne godziny wkuwania, zapewne jeszcze po czasie spędzonym w szkole - to dopiero jest męka i marnowanie dzieciństwa.
Po co to wszystko? Wcale nie po to, by córka mogła studiować. Uważam, że w dzisiejszych czasach o wiele lepszą opcją jest zawodówka (serio) - jeśli już rozmawiamy o tym, co ja sądzę. A i tak to moja córeczka zdecyduje, co i jak będzie robić w przyszłości. No, może tylko jej chęć pracy w korporacji wywoła moje gorliwe protesty, bo nie ma nic gorszego dla młodego człowieka.
Nie mam dla dziecka "scenariusza sukcesu". Nie mam dla niej w ogóle żadnego scenariusza (no, może jakiś tam malutki, polegający na tym, czego ciekawego ją jeszcze nauczę, ale żadna z tych rzeczy nie wiąże się z karierą).
Po prostu dałam dziecku coś, co mogłam, a z czego albo skorzysta, albo nie. Córka jest jeszcze za mała, by miała swój własny cel, dlatego od czasu do czasu, w formie sprawiającej jej przyjemność, podrzucam jej różne ciekawe i przydatne umiejętności - i, jak wspomniałam, albo jej się przydadzą, albo nie.
A dlaczego języki? Angielski czy niemiecki to nie banalna pozycja w CV, podwyższająca naszą wartość na rynku pracy o 200 zł. Języki to podróże, samodzielność, przyjaciele na całym świecie, dostęp do rzeczy, których nie ma w Polsce, to bycie obywatelem świata, czucie się wszędzie jak u siebie, możliwość cudownej przygody z couchsurfingiem, to cudowne zabytki, to wspaniała literatura w oryginale...!
I nie po to, żeby rozumiały bajki w oryginale, ale właśnie po to, żeby dzieci później w dorosłym zyciu były konkurencyjne na rynku pracy...
A skąd wiesz? ![]()
BaboOsiadła, taka jest motywacja większości rodziców (przecież nigdzie nie napisałam, że wszyscy...). Bo będzie można wyjechać za granicę za pracą... bo tam zawsze trawa jest zieleńsza....
Ja jestem chyba dziwnym rodzicem, bo wcale mnie nie martwi to, że moi synowie nie pałają chęcią do nauki języków obcych. Chociaż zdaję sobie sprawę z korzyści jakie niesie umiejętność posługiwania się językami (chociażby to, że pracując można czytać fachową literaturę w innych językach) to samolubnie chcę żeby mieszkali w Polsce. Żeby byli blisko.
A tak trochę z innej beczki.... stawiacie na języki obce a ile z rodziców dba o to, żeby dziecko umiało się ładnie wypowiadać się w języku ojczystym?
samolubnie chcę żeby mieszkali w Polsce. Żeby byli blisko.
A to, to ja też. Dla mnie już dwa różne miasta to za daleko ![]()
A tak trochę z innej beczki.... stawiacie na języki obce a ile z rodziców dba o to, żeby dziecko umiało się ładnie wypowiadać się w języku ojczystym?
Ja dbam, bardzo. To się zresztą łączy jedno z drugim przecież.
Cóż, wczesna nauka języków obcych nie jest naszym pomysłem ;P robiono to już SETKI lat temu
Gdyby ktoś nie pamiętał, to przez kilkaset lat PODSTAWĄ edukacji była laaciną, klasyczna greka i francuski. To właśnie dopiero powojenne pokolenia odrzuciły ten zwyczaj jako zwyczaj "pański", który w socjalizmie był źle widziany.
Kiedyś zamiaast kursów zatrudnialo się francuską guwernantkę lub guwernera. A przecież oni zaczynali od nauki języka. Bo to otwierało możliwości do dalszej edukacji.
Pytanie tylko czy zajęcia dwaa razy w tygodniu zastąpią guwernantkę ![]()
Ja osobiście zastanawiam się na ile nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna, na ile to uspokajanie sumienia rodzica (że robi więcej niż inni, że daje dziecku wszystko, co może) na ile to moda a na ile naciaganie rodziców na kasę, bo młody rodzic to "łatwy obiekt" ![]()
Myślę, że przede wszystkim należy kierować się zdrowym rozsądkiem.
Ostatecznie jeżeli ktoś ma ochotę by jego dziecko zaczęło szkołę w wieku poniżej roku - to jego sprawa. Ma to nawet sens - bo takie dziecko jest w pewien sposób "królikiem doświadczalnym" skuteczności tej metody.
Jeżeli za 20 lat okaże się, ze pokolenie naszych dzieci staje się multi-języczne, to znaczy, ze szlak został przetarty.
A jak nie, to nie... I tyle ;P
bbasia napisał/a:A tak trochę z innej beczki.... stawiacie na języki obce a ile z rodziców dba o to, żeby dziecko umiało się ładnie wypowiadać się w języku ojczystym?
Ja dbam, bardzo. To się zresztą łączy jedno z drugim przecież.
No właśnie wydaje mi się że niekoniecznie.....
Tak patrząc po postach na tym forum (nie tylko w tym wątku), to część postów osób opisujących siebie jako osoby z wyższym wykształceniem i znające języki jest napisane z pogwałceniem zasad pisowni języka polskiego. Zarówno ortograficznych jak i gramatycznych i stylistycznych.....
Także język mediów coraz mniej jest językiem polskim.....
Ja osobiście zastanawiam się na ile nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna
Jest naprawdę BARDZO skuteczna. Serio serio, to żadne wymysły.
No właśnie wydaje mi się że niekoniecznie.....
Tak patrząc po postach na tym forum (nie tylko w tym wątku), to część postów osób opisujących siebie jako osoby z wyższym wykształceniem i znające języki jest napisane z pogwałceniem zasad pisowni języka polskiego. Zarówno ortograficznych jak i gramatycznych i stylistycznych.....
No cóż, bywa. Mogę pisać tylko o sobie, a dla mnie poprawna polszczyzna to mus (co nie znaczy, żem alfa i omega
).
Iceni napisał/a:Ja osobiście zastanawiam się na ile nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna
Jest naprawdę BARDZO skuteczna. Serio serio, to żadne wymysły.
BabaOsiadła, a skąd wiesz? (nie pytam złośliwie, żeby nie było....
)
BabaOsiadła napisał/a:bbasia napisał/a:A tak trochę z innej beczki.... stawiacie na języki obce a ile z rodziców dba o to, żeby dziecko umiało się ładnie wypowiadać się w języku ojczystym?
Ja dbam, bardzo. To się zresztą łączy jedno z drugim przecież.
No właśnie wydaje mi się że niekoniecznie.....
Tak patrząc po postach na tym forum (nie tylko w tym wątku), to część postów osób opisujących siebie jako osoby z wyższym wykształceniem i znające języki jest napisane z pogwałceniem zasad pisowni języka polskiego. Zarówno ortograficznych jak i gramatycznych i stylistycznych.....
Także język mediów coraz mniej jest językiem polskim.....
Hmm,ja znam nawet osoby,które twierdzą,że piszą artykuły do gazet a robią takie byki,że włos się jeży:).
Być może jestem purystką językową ale fakt robienia błędów w dorosłym życiu nie świadczy dobrze o człowieku.Dlatego też dbam o to bardzo by moje dziecko obciachu sobie nie robiło.
Co do gramatyki i stylistyki droga Basiu- piszesz za długie zdania i troszkę się przez to gubisz.Sama zauważysz gdzie na pewno:)
No nie, popadanie w przesadę w żadna stronę nie jest dobre. Mam kolegę, który pisze świetne opowiadania a orłem ortograficznym ani gramatycznym nie jest - od tego są właśnie korektorzy w wydawnictwach - doskonała znajomość języka za to zero pomysłu i kreatywności pisarskiej.
Oczywiście każdego polonistę będzie byle jaki błąd kłuć w oczy, ale to tzw zboczenie zawodowe
No ale nie o tym tu mowa:D perfekcyjna znajomośc języka - czy ojczystego, czy obcego nie jest przeciętnemu człowiekowi potrzebna - ważne, żeby porozumiewać się bez problemu.
I mówić ciekawie
treśc bywa czasem ważniejsza niż forma ![]()
BabaOsiadła napisał/a:Iceni napisał/a:Ja osobiście zastanawiam się na ile nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna
Jest naprawdę BARDZO skuteczna. Serio serio, to żadne wymysły.
BabaOsiadła, a skąd wiesz? (nie pytam złośliwie, żeby nie było....
)
![]()
Z doświadczenia mojego (uczę córkę) i moich koleżanek. Dwuletnie dzieci posługują się swobodnie kilkoma językami (oczywiście na tyle, na ile to możliwe w przypadku takich szkrabów, nie twierdzę, że używają zdań wielokrotnie złożonych
). Wszystko, podkreślam, dzięki domowej edukacji w formie wesołej zabawy, zanim mnie ktoś znów ochrzani za sadyzm i posyłanie biednego bobaska na kursy i szkolenia od rana do wieczora ![]()
60 2013-10-30 15:37:52 Ostatnio edytowany przez bbasia (2013-10-30 15:39:30)
Ale jak na przykład zapytasz wskazując na psa co to jest, to w jakim języku Ci córka odpowiada? I czy mówi pies raz po polsku a raz po angielsku?
Rozumiem, że z córką ćwiczysz codziennie. A z córką koleżanki? Czy jeżeli to jest jednak rzadziej to czy jest różnica?
ups... druga część pytania nieaktualna. Jeszcze raz przeczytałam Twoja wypowiedź i pytanie dotyczące córki koleżanki straciło sens...
Ale jak na przykład zapytasz wskazując na psa co to jest, to w jakim języku Ci córka odpowiada? I czy mówi pies raz po polsku a raz po angielsku?
Rozumiem, że z córką ćwiczysz codziennie. A z córką koleżanki? Czy jeżeli to jest jednak rzadziej to czy jest różnica?
ups... druga część pytania nieaktualna. Jeszcze raz przeczytałam Twoja wypowiedź i pytanie dotyczące córki koleżanki straciło sens...
Tak, codziennie, ale tak na luzaku, po parę minut. Np. jak idziemy na spacer, to pokazuję różne ciekawe rzeczy, tylko nazywam je po niemiecku. Nie wymagam, żeby córka natentychmiast
te słówka powtarzała, tylko tak sobie gadam w przestrzeń, ale wiem, że wszystko wpada do małej główki i zostaje - córka zaskakuje nas potem po tygodniu/miesiącu słowem, które usłyszała raz, wtedy, na tym spacerze. Naprawdę, mózgi malutkich dzieci są niesamowite ![]()
Jak zapytam po polsku, odpowiada po polsku. Jak po niemiecku - po niemiecku. Sama z siebie, tzn. gdy nikt jej nie pyta, mówi normalnie, po polsku. Mąż jest od angielskiego, jak zapyta po angielsku, córka odpowiada po angielsku, jak po polsku, to po polsku. Rozumie pytania, polecenia, bajki i książki w obu językach obcych. Nie odważyłabym się sama uczyć tak małego dziecka więcej niż jednego języka obcego - właśnie z obawy, że Małej zacznie się mieszać, więc nie wtrącam się do angielskiego, a mąż mi do niemieckiego.
Czyli jest to coś na kształt rodziny dwujęzycznej.
Ale według mnie to się bardzo różni od zajęć powiedzmy dwa razy w tygodniu po godzinie. I to, że się puści płytę codziennie też nie ma znaczenia. Bo brakuje tu interakcji pomiędzy lektorem a dzieckiem. Bo ta płyta leci sobie w tle ....
A może się mylę......
Może niech autorka wątku, jeżeli się zdecydowała na te zajęcia, za rok napisze czy są jakieś efekty takiej nauki.
to jest opis stylu zycia, którego wy nie zrozumiałyście
stylu zycia, który polegał na tym, że
naszymi najlepszymi przyjaciółmi i kolegami byli koledzy i koleżanki z sąsiedztwa, z którymi chodziliśmy tez do szkoły.. a nie środowisko szkolne, hemretyczne, do którego zawożą wspólczesne dzieci ropdzice codziennie 5 kilometrów od domu - w ramach którego każde spotkanie z koleżanką lub kolegą wymaga wzmożonej organizacyjnie logistyki pomiędzy zajętymi dorosłymi, którzy musza nas przywieźć, odebrać, uzgodnić to między sobą.
bylismy bezpieczni i zaopiekowani, ponieważ jesli w wakacje o 14 bvyłam o koleżanki z sąsiedztwa i był obiad - to oczywistym było, że ten obiad zjem z nimi.. a jesli u mnie na podrówku była akurat banda dzieciaków, a mamk serwowała zupę - to załapali się wszyscie głodomory, które zgłosiły akces na zupę
byliśmy bezpieczni i zaopiekowani, ponieważ gdybym wyleciałą na ulice, albo rozmawiała z kims obcym - NIE MUSIAŁABY mnie widzieć mama, żeby zareagować - KAŻDY z dorosłych z sąsiedztwa czuł się za nas tak samo odpowiedzialny
byliśmy bezpieczni i zaopiekowani - bo jak zdarłam sobie kolano - to sąsiadka nakłądała plaster i odkażała.. nikt nie sprowadzał pogotowia, nie wzywał rodziców z pracy i nie uruchamiał ubezpieczenia na wypłatę odszkodowania
nasi rodzice nie przejmowali się tym, żebyśmy w wieku 6 miesięcy uczyli się języka, bo nie MIELI SCENARIUSZA NA ZYCIE DLA NAS ROZPISANEGO - nie byliśmy wyrazem ich ambicji i celów życiowych - ale bylismy ich dzieciakami, które w zyciu dokonają swoich włąsnych wyborów
nikt nie woził nas na zajęcia przez całe popołudnia - jesli chcieliśmy w jakiś uczestniczyć -MOGLIŚMY to robić i mogliśmy być samodzielni - BO BYŁO BEZPIECZNIEzasady były proste i obowiązywały - nie czyń drugiemu co tobie nie miłe, nie jesteś pepkiem świata, podziel się z siostrą.....
zasady były proste i obowiązywały - nauczyciel wiedział co robi, jak się nie uczyłeś, to dostawałeś laczka - tak tak.. winien był uczeń, a nie źle uczący nauczyciel, rodzice nie zapewniający korepetycji, czy dyslektyzm, dysgrafia, dyscoś tam i ADHD...DZIŚ ONE NIE OBOWIĄZUJĄ - poczytajcie wątek o zdradach, o kochankach, o motywacjach - dzisiaj jak ja czegoś chcę to mi się należy - narcyzm, egocentrym i egotyzm....
Jeśli się miało dobrych sąsiadów, to pewnie tak było. Potrafili się zaopiekować.
Dziś jest inaczej, bo czasy się zmieniły. Media wciąż dostarczają nam info o porwaniach, pedofilach, wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców, etc.. Głupiejemy od tego i nasze poczucie bezpieczeństwa automatycznie spada. Dlatego trudno mi wypuścić dziecko samo na podwórko.
Nie było bezpieczniej wtedy. Mniej po prostu wiedzieliśmy. Ówczesnej władzy zależało na tym, żeby przedstawiać życie w naszym komunistycznym kraju jako życie niemalże w raju. To Zachód był zgniły i niebezpieczny.
A co do ADHD, dysleksji, etc. to wcale nie są współczesne wymysły. Mamy lepsze narzędzia diagnostyczne, coraz więcej wiemy o naszym mózgu, dzięki temu jesteśmy w stanie pomóc dzieciom z dysfunkcjami. Wcześniej te dzieci były w szkole gnębione, krytykowane, a w efekcie znerwicowane. Nikt nie potrafił im pomóc, oskarżano je o lenistwo, niską inteligencję, etc.
Narcyzm, egoizm, egotyzm to nie wymysł naszych czasów. Popatrz na samą nazwę "narcyzm" - pochodzi od imienia chłopca - Narcyza - z mitologii greckiej, który zakochał się we własnym odbiciu. Jak widać, już starożytni mieli problem z egoizmem, dlatego powstał ten mit, tłumaczący skąd się on wziął.
64 2013-10-31 11:14:13 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-31 11:50:47)
Co więcej, moim zdaniem, żyjemy w czasach, kiedy wiele firm żeruje na głupocie rodziców, pokazując im, że za określoną ilość złotówek mogą usłac dziecku życie różami, kiedy jeszcze jest w pieluchach, bo ono samo już nic robić nie będzie musiało, bo wszystkie umiejętności nabierze w okresie, kiedy jeszcze o tym wiedzieć nie będzie (akcent, takie takie
) ). Dlatego ja akurat nie popieram metody xxxxx, która doi kasę rodziców dając to, co chcący rodzic sam może zrobić w domu
Zdecydowanie nikt nie żeruje na mojej głupocie! Nie czuję się dojona z kasy! Mam kasę, to wydaję ją na co mi się spodoba. A podoba mi się właśnie metoda spam.
Nie mogę tego samego robić w domu z dzieckiem, bo nie mam takiej wiedzy. Nie czuję się kompetentna. Potrzebuję pomocy, wskazówek, pomysłów na zabawy i to właśnie dostaję na zajęciach spam.
Tak, zapisałam dziecko w wieku 6-miesięcy i bardzo się cieszę z tej decyzji. Sama z przyjemnością chodzę na te zajęcia. Płyty są super! Piosenki to gotowe pomysły na zabawy z maluszkiem. Lektorka wszystko dokładnie pokazuje na zajęciach, jak się bawić, etc.
Widzę po starszym dziecku, że dzieci w tym wieku są niesamowicie chłonne. Uczą się przez naśladownictwo. I zupełnie nie mają bariery językowej - mówię o starszym dziecku. Łapią też doskonały akcent. Dzięki słuchaniu płyt, ćwiczą słuch. A dzięki powtarzaniu, ćwiczą swój aparat artykulacyjny.
65 2013-10-31 11:34:11 Ostatnio edytowany przez vinnga (2013-10-31 11:51:12)
BabaOsiadła napisał/a:Iceni napisał/a:Ja osobiście zastanawiam się na ile nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna
Jest naprawdę BARDZO skuteczna. Serio serio, to żadne wymysły.
BabaOsiadła, a skąd wiesz? (nie pytam złośliwie, żeby nie było....
)
Skąd wiadomo, że nauka 6-miesięcznego dziecka jest skuteczna?! No, jak to. Noworodek nie chodzi, nie gada, nie gryzie, etc. W ciągu pierwszego roku swojego życia uczy się: mówić, chodzić, gryźć, etc. Tego wszystkiego przecież się dopiero uczy od pierwszego dnia życia.
Poza tym tak sobie myślę, że my w Europie, wyjątkowo mówimy tylko jednym językiem. Na Filipinach obowiązują trzy języki urzędowe: angielski, filipiński i hiszpański. W Tajlandii tajskim mówi się tylko w jej centralnej części, na pozostałym obszarze mówi się odrębnymi językami tajskimi. I tamtejsze niemowlęta sobie jakoś radzą, prawda?
Ktoś tu słusznie zauważył, że dawniej w Polsce języków uczyły guwernantki. Dzieci nie żyły w dwujęzycznych rodzinach, a mówiły biegle w kilku językach dzięki temu. Pamiętacie Izabelę Łęcką z "Lalki", która żeby jej Wokulski nie rozumiał, obgadywała go w jego obecności po angielsku? To tylko jeden z licznych literackich przykładów. A jak wiadomo literatura odzwierciedla życie.
Hmmm... swoją drogą to ciekawy temat, czy nauka angielskiego poprzez słuchanie płyt i chodzenie za zajęcia metodą spam (tu nie ma wspólnych zajęć dla 9-miesięcznych maluchów i kilkulatków, jak ktoś wcześniej wspominał) może pełnić rolę takiej współczesnej guwernantki?