Ja jestem za wspólnymi posiłkami. Dzieci działają na nas kojąco, my sami łagodniejemy, kiedy widzimy te nasze dwie mordki do wykarmienia, poprawia nam się humor. Nawet kiedy między nami jest napięcie, przy stole topniejemy- a dobre jedzenie temu sprzyja!
Z dzieciakami tata sobie żartuje (najczęściej z mamy
) i nerwy mijają.
Poza tym mam wrażenie, że nasi chłopcy chętniej jedzą w naszym towarzystwie- ciekawe, że jajecznicy ze szpinakiem nie zjedzą w tygodniu, nie smakuje im i tyle, ale podczas wspólnego niedzielnego śniadania owszem-i to większe porcje. Ale to pewnie dlatego, że w dobrym towarzystwie jedzenie smakuje bardziej, niż gdyby miało się jeść samemu.
A co do problemów i smutków- od tego mamy czas wieczorem- najczęściej przed snem. Przy stole czujemy, że jesteśmy blisko ale nie poruszamy ciężkich tematów..bo nawet się takie nie nasuwają. Myślę, że to raczej chodzi o całokształt.. Tzn twierdzę tak na podstawie swoich obserwacji- u mnie w domu tego nie było, ja nigdy nie miałam takiego kontaktu z rodzicami, jak moi chłopcy mają z nami. Nigdy nie jadaliśmy przy wspólnym stole,a Wigilia, czy zebrania rodzinne (ko,unie etc) były dla mnie istną katorgą, czułam się skrępowana i "na celowniku". Mój starszy synek tak nie ma- czuje się kochany, potrafi pogadać z każdym, swobodnie si e zachowuje. Nie wiem, co wyrośnie z młodszego, bo ma dopiero półtora roku, ale... wiele uczy się poprzez naśladownictwo, szczególnie starszego brata.
Jest więc nadzieja
Ostatnio mama powiedziała: potrafisz dotrzeć do swoich dzieci, ja tego nie potrafiłam. Ja myślę raczej, że ona wtedy nie wiedziała, że można inaczej.
Tak czy inaczej- jadajmy wspólnie, od tego już krok do rodzinnego ciepła 