niewiem1104 napisał/a:To co piszesz jest piękne ale czy... realne? Czy można tak kochać?
Mogę się cieszyć, że życie tej osoby się układa, przecież z powodu rozstania nie będę jej życzyć źle ale odchodząc zabrała mi część jakiegoś szcześcia, więc jestem nieszczęśliwa - jest to jakąś formą cierpienia.
Owszem miłość jest w pewien sposób egoizmem, ale to przecież o to chodzi. Nie kochamy kogoś z powodu samego jego isteniania, kochamy kogoś bo ma jakiś udział w naszym życiu. Kochamy za to, że jest partnerem, przyjacielem, bliską osobą. Kochamy za wspólnie spędzony czas, za to co dla nas robi. Za jecho zachowania, za jego cechy, za to, że daje nam szczęście - jest daleko z kimś innym więc daje to szczęście komuś innemu, nie mi. Czy w takim wypadku mam być szczęśliwa?Przecież to szczęście nie jest już moje. Wtedy dalej kochasz (może przez całe życie) ale to nie jest szczęśliwa miłośc, to po prostu boli.
Sama nie wiesz, niewiem1104, jak bardzo potwierdzasz moje słowa. Popatrz na swoje słowa.
Piszesz, że odchodząc "zabrała mi część jakiegoś szczęścia", ale to szczęście było zapewne tylko złudzeniem, skoro tak łatwo można je było zabrać. To było Twoje wyobrażenie dotyczące przyszłości. W dodatku było w tym "szczęściu" więcej egocentryzmu (Ty byłaś centrum tego szczęścia) i egotyzmu (Ty byłaś ważniejsza niż ta druga Osoba). Tymczasem egoizm, który jest dla mnie pojęciem określającym miłość siebie (ego u Freuda określa sferę świadomą, symbolizuje realizm i wolę) jest podstawą miłości do Kogoś na mocy zasady "a bliźniego swego jak siebie samego" (zasada dla wierzących) lub zasady etycznej"Postępuj wedle takich tylko zasad, co do których możesz jednocześnie chcieć, żeby stały się prawem powszechnym" (imperatyw kategoryczny Kanta, akceptowany przez niewierzących). Z tego wynika, że w imię naszej wolności akceptujemy wolne decyzje innych Osób, łącznie odejściem. Ba, żadna miłość nie daje gwarancji, że ktoś nie odejdzie poprzez śmierć, więc nierealne jest oczekiwanie, że będziemy zawsze razem. Nie oznacza to jednak, że w dniu śmierci ukochanej Osoby mamy ja przestać kochać. Wystarczy poczytać wątek "Śmierć Męża - jak sobie poradzić", aby zobaczyć, że miłości śmierć nie zabiera, choć zabiera możliwość bycia razem ponad wszelką wątpliwość zabierając także możliwość widzenia i spotkania.
http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?pid=1639901#p1639901
Tak, to o to chodzi, aby egoizm zasilał miłość, a nie przeradzał się w egocentryzm lub egotyzm. Ale potem napisałaś coś, co świadczy o braku miłości (nie używam dodatkowego określenie "Prawdziwa miłość", bo dla mnie miłość jest prawdziwa, jeśli jest tym uczuciem, o którym piszę, a nie wyobrażeniem o tym uczuciu, polegającym na roztkliwianiu się nad sobą, szukaniu motylków w brzuchu, a nie motylków w sercu).
niewiem1104 napisał/a:Nie kochamy kogoś z powodu samego jego istnienia,
Właśnie dokładnie odwrotnie: KOCHAMY DLATEGO, ŻE ISTNIEJE i że mieliśmy to szczęście go poznać i spotkać. Gdyby nie istniał, to byśmy nigdy nie poznali uczucia do Niego.
niewiem1104 napisał/a:kochamy kogoś bo ma jakiś udział w naszym życiu. .
Odejście wcale nie musi zmniejszać tego udziału miłości w naszym życiu. Często zachodzi takie zjawisko, ale tylko dlatego, że to nasz żal, nienawiść, niechęć, niszczą to uczucie. Natura nie zna próżni, więc na miejscu oczyszczonym z miłości zaczynamy sadzić negatywne uczucia, a tam gleba jest bardzo żyzna, więc wyrastają szybko i bujnie.
niewiem1104 napisał/a:Kochamy za to, że jest partnerem, przyjacielem, bliską osobą. Kochamy za wspólnie spędzony czas, za to co dla nas robi. Za jecho zachowania, za jego cechy, za to, że daje nam szczęście - jest daleko z kimś innym więc daje to szczęście komuś innemu, nie mi. Czy w takim wypadku mam być szczęśliwa?Przecież to szczęście nie jest już moje. Wtedy dalej kochasz (może przez całe życie) ale to nie jest szczęśliwa miłośc, to po prostu boli.
W tym miejscu zdefiniowałaś najlepiej merkantylny, kupiecki, interesowny schemat postępowania. "Ty mi coś, jak Ci coś. A jak Ty mi nie, to ja Ci też nie." Kochanie za coś innego niż istnienie jest handelkiem. Przy czym sami często wymagamy, żeby być kochanym za samo istnienie. O tak. Ale żeby samemu kochać kogoś za to, że istnieje, to już nie, bo to się nie opłaca. Takie uczucie jest kwintesencją interesowności, a ponieważ słowa zawsze odzwierciedlają prawdę o znaczeniach, więc często takie uczucie ogranicza się go używania INTERESU, ogranicza się do sfery seksualnej, cielesnej, płciowej. A potem zawiedzenie, bo niby coś się wymieniało, czymś się handlowało, ale ta wymiana była nastawiona na bieżącą konsumpcję bez rozwoju i perspektywy na przyszłość. Takie podejście zawsze podszyte jest przedmiotowym traktowaniem i często mówi się "Zmienił na nowszy model", bo tym się już najeździł.
Iceni, mam nadzieję, że odpowiedziałem także na Twoje wątpliwości. Nie można pisać o czymś, czego się nie poznało. Potwierdzenie tej prawdy znajdziesz u Antoniego Kępińskiego: "Nigdy nie dowiem się, co oznacza miłość, gdy sam tego nie przeżyłem".
Twój umysł jest podzielony, dlatego rozdzielasz teorię od realnej praktyki. Pokaż mi monetę o jednej stronie, a uwierzę w realność tego podziału. Według mnie sprawa wygląda tak: teoria i praktyka są jak dwie strony tek samej rzeczywistości i są nierozłączne, należy jednak zauważyć, że dobrej teorii zawsze odpowiada dobra praktyka, a zlej teorii odpowiada zawsze zła praktyka. Nie domagaj się od fałszywej monety, aby miała taką samą wartość jak prawdziwa, skoro ona tylko imituje wartość tamtej monety, wygląda podobnie, ale nie jest.
Z tym miodem to Ci się udało: czyżbyś nigdy nie jadła miodu? Czyżby miód był dla Ciebie czymś nierealnym? A może jadłaś tylko sztuczny i stąd Twoje zastrzeżenia.
Realność moich przeżyć i moich słów nie musi oznaczać tego samego w Twoim życiu, bo dla każdego realne jest tylko to, co sam jest w stanie osiągnąć. Zarzucając komuś brak realizmu kwestionujesz zdobycie Mont Everestu tylko dlatego, że Ciebie tam nie było. Zdobywanie życiowych szczytów nie ma nic wspólnego z sielanką i sztucznym miodem.
Miłość wcale nie jest uczuciem łatwym i niewymagającym. Wręcz przeciwnie. Uczymy się kochać całe życie. Tyle, że u jego kresu nadal odczuwamy to samo, co na początku.