Nie wiem od czego zaczac...w glowie mam tyle tego wszystkiego ze naprawde nie wiem gdzie jest logiczny poczatek. jestesmy ze soba 2 lata....w ciagu tych dwoch lat bywalo bardzo roznie - skrajnie dobrze badz skrajnie zle...niestety na ten moment przypominam sobie jedynie te zle rzeczy, ciagle wzajemne wypominanie sobie wszystkiego, ponizanie sie i proszenie o wybaczenie (zawsze z mojej strony pomimo, iz nic nie zrobilam). Powinnismy byli to wszystko zakonczyc juz po 2-3 miesiacach jednak ciagniemy to nadal. Wiekszosci przypadkow to ja prosilam by sporbowac "jeszcze raz" jednak bywalo tez tak, ze to on płakał i prosil o jeszcze jedna szanse...niestety gdy teraz o tym wspominam twierdzi ze nie przypomina sobie takiej sytuacji. Przez cale dwa lata walcze o niego, o jego uwage, o to by udowodnic mu iz to o co mnie oskarza jest nieprawda(brak zainteresowania itp) o to by mu "nie podpasc" znosze jego humory i fochy jak przyslowiowej baby. Ma bardzo ciezki charakter o czym mowia takze inni ludzie, potrafi w ciagu pol godziny przejsc przez 3 zupelnie inne typy nastrojow, bywa ze kladzie sie spac w swietnym humorze a wstaje rano zmierzly i zgorzknialy, kiedy taki jest ja chodze "jak na szpilkach" ostroznie dobieram kazde slowo zeby tlyko go nie zdenerwowac. Meczy mnie to, a gdy o tym wspominam wpada w gniew i przez najblizszych kilka dni chodzi zły na mnie w efekcie czego zawsze musze łagodzic sytuacje. Sprawa jest niby prosta - olej zwiazek w ktorym nie jestes szczesliwa...ale to nie takie łatwe gdy sie w tym wszystkim siedzi...bywaja chwile kiedy go nienawidze, ale w takich momentach przypominam sobie jaki wspanialy potrafi byc, wiem ze nie ejst zlym czlowiekiem i za to go przeciez kocham...pol roku temu zgodzilam sie na wyjazd do anglii...nie wiem dlaczego to zrobilam majac za soba poltorej roku ciaglych klotni...mieszkamy tutaj i pracujemy razem, on pokrywa wiekszosc rachunkow bo zarabia o wiele wiele wiecej ode mnie...i to (poza brakiem sil psychicznych) powstrzymuje mnie od odejscia...jesli sie rozstaniemy strace prace, nie bede miala gdzie pojsc, powrot do polski nie wchodzi w gre, to bylaby dla mnie (kolejna) zyciowa porazka i upokorzenie...boli mnie fakt iz chociazby najmniejsza, ale jednak czescia powodow dla ktorego z nim jestem sa pieniadze...choc przeciez kocham go...chce z nim byc ale nie z takim jaki jest ostatnio...a ostatnio niestety ale w 99% pokazuje te swoje zle cechy o ktorych wczesniej pisalam...czuje sie nie kochana, wogole nie zwraca na mnie uwagi, sam stwierdzil ze sie wypalil w tym wszytskim...ciezko w to oprostu uwierzyc kiedy pare godzin pozniej mowi ze "kocham cie ale nie jest mi latwo"...gdy chce z nim o tym wszytskim porozmawiac ciagle cos wymysla ze "nie teraz bo idziemy do pracy', "nie teraz bo chce spac" alo poprostu krzyczy ze "ile mozna rozmawiac" czuje sie psychicznym wrakiem, nie mam juz sily zeby o niego walczyc...o niego i o to zeby bylo normalnie...
niedawno przypadkiem znalazlam rachunek za pierscionek zareczynowy...data zakupu dwa miesiace temu...czyli wtedy kiedy miedzy nami bylo bardzo bardzo dobrze (zaraz po tym jak prosil bym nie odchodzila po akcji jaka wywinal ze swoja byla (nie zdradzil mnie fizycznie ale czuje sie zdradzona psychicznie)) jako ze jestem osoba ktora nie potrafi kryc emocji zapytalam go o moje 'znalezisko' stwierdzil ze owszem, chcial sie oswiadczyc ale przemyslal sprawe i stwierdzil ze biorac pod uwage jak bylo miedzy nami przez ostatnie 2 lata musialby byc popie*&^ony zeby sie ze mna zenic a potem brac rozwod...
taka chora historia...