Samotność w związku. - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Samotność w związku.

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 44 ]

Temat: Samotność w związku.

Witam,

Nie wiem czego oczekuję pisząc tu o tym co czuję, nie wiem czy oczekuję czegokolwiek ale czuję, że muszę wyrzucić z siebie to wszystko. Może nic się nie zmieni, może nawet nikt nie odpowie na mój post a może znajdzie się ktoś, kto zechce poświęcić krótką chwilę temu co tu napiszę.

Mam 26 lat, we wrześniu tego roku minął 2 lata mojego małżeństwa a ja czuję w nim taką pustkę. Płaczę kiedy to piszę bo od jakiegoś czasu nie radzę sobie z tym wszystkim. Zacznę od początku poznaliśmy się 5 lat temu (ja i mój obecny mąż). Sprawy między nami potoczyły się szybko i jeśli ktokolwiek wierzy w coś takiego można by to nazwać miłością od pierwszego wejrzenia. Zamieszkaliśmy ze sobą po pół roku a pobraliśmy się po 3 latach. Wszystko było ok w każdej kwestii- w życiu zawodowym i w życiu prywatnym, w kwestii okazywania uczuć, również w łóżku. Wszystko do czasu.... jakiś czas po ślubie wszystko zaczęło się zmieniać, powoli, stopniowo z biegiem czasu. Pierwszą oznaką było to, że mąż przestał mnie całować. oprócz buziaków tzw "babcinych" nigdy i w żadnych sytuacjach tego nie robiliśmy. Z czasem seks stał się mechaniczny i bardziej przypominał może nie tyle obowiązek co chęć zaspokojenia potrzeby bez zbędnych czułości i pieszczot ( mówiąc w prost wyglądało to tak, że nasz seks sprowadzał się do włożenia, dojścia, wyjęcia i snu), bez jakiejkolwiek gry wstępnej, która przygotowałaby moje ciało do tego co się działo. Było mi przykro, tym bardziej że kiedyś potrafiliśmy całymi dniami nie wychodzić z łóżka i cieszyć się sobą. Kochać się, spać, oglądac filmy na dvd, znów się kochać, przytulać i pieścić.  Podjęłam próby rozmów, nie oskarżając, nie mówiąć "Ty robisz źle to i to..." a bardziej opisując moje uczucia "czuję się źle kiedy ...". Były obietnice poprawy, zapewnienia, że to wszsytko nie dzieje się specjalnie aż w końcu zaczęłam słyszeć, że on "taki już jest i się nie zmieni", że "nigdy nie lubił zbędnej czułości" itd.
Był czas kiedy było odrobinę lepiej, na krótko.
Po jakimś czasie oprócz ograniczenia czułości pojawiło się unikanie seksu. Nie całkowite ale seks stawał się coraz rzadszy, kiedyś robiliśmy to codziennie , czasami co drugi dzień z czasem było 2 razy w tygodniu, raz w tygodniu, potem raz na 2 tygodnie itd... za każdym razem słyszałam" jestem zmęczony.." odpuszczałam i płakałam w poduszkę wiele razy.
Teraz jest chyba jeszcze gorzej. A raczej nie chyba tylko na pewno. Jestem w ciąży, nie kochaliśmy się już od miesiąca. Nasze kontakty ograniczają sie do rozmów na temat rachunków do zapłacenia, tego co na obiad, zakupów i krótkiego streszczenia tego co było w pracy. potem zjada kolację i znów jest zmęczony. Zasypia po 15 minutach kiedy położymy się do łóżka. wraca następnego dnia wieczorem i schemat się powtarza.

Nie mam już na to wszystko siły. Odsunęliśmy się od siebie tak bardzo, że nawet nie wiem jak mam z nim rozmawiać a kiedy zaczynam jakąkolwiek rozmowę słysze, zę przesadzam, ze znów sobie coś wymyśliłam itd. Długo nie dam tak rady. Różne myśli przychodza mi do głowy. Może on kogoś ma? może znudziłam mu się tak bardzo, że nie chce nawet próbować odbudować czegokolwiek?
Boję się , że po urodzeniu dziecka będzie jeszczed gorzej. Jestem zupełnie załamana.
Prosze pomóżcie.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Samotność w związku.

Skoro tak źle, to po co ta ciąża?

3 Ostatnio edytowany przez Niepewna003 (2013-06-14 19:30:59)

Odp: Samotność w związku.

Remi- Skoro nie ma chęci pomocy i odpowiedzi to po co to pytanie? aby zaspokoić ciekawość czy aby mi "dołożyć" ? ja prosiłam o obiektywne spojrzenia na kwestię małżeństwa a nie ocenianie i pytania o ciążę.

Mimo wszystko dziękuję za wpis i zainteresowanie

4

Odp: Samotność w związku.

Kobieto, Twoje malzenstwo wydaje sie na ostatnich nogach. Ja bym tu na cuda nie liczyla. Remiego pytanie bylo do rzeczy. Co Ty ta ciaza chcesz zdzialac?

5

Odp: Samotność w związku.
adlernewman napisał/a:

Kobieto, Twoje malzenstwo wydaje sie na ostatnich nogach. Ja bym tu na cuda nie liczyla. Remiego pytanie bylo do rzeczy. Co Ty ta ciaza chcesz zdzialac?

Skąd założenie, że chciałam coś zdziałać i było to celowe? Nie chciałam..., zaszłam w ciąże biorąc tabletki antykoncepcyjne. O.O
Mimo wszystko chcę urodzić to dziecko i już je kocham.

6

Odp: Samotność w związku.
Niepewna003 napisał/a:

Remi- Skoro nie ma chęci pomocy i odpowiedzi to po co to pytanie? aby zaspokoić ciekawość czy aby mi "dołożyć" ? ja prosiłam o obiektywne spojrzenia na kwestię małżeństwa a nie ocenianie i pytania o ciążę.

Mimo wszystko dziękuję za wpis i zainteresowanie

Było źle, a ty zaliczyłaś wpadkę?

7

Odp: Samotność w związku.

OK. Pytalam, bo czasem kobitki mysla, ze tak malzenstwo uratuja.

A co Ty chcesz zrobic? Bo ja tu wiele opcji nie widze. Mozesz tylko ultimatum mu postawic, ze albo sie cos zmieni, albo moze sobie wieczory spedzac nad papierami rozwodowymi.

8

Odp: Samotność w związku.
Remi napisał/a:
Niepewna003 napisał/a:

Remi- Skoro nie ma chęci pomocy i odpowiedzi to po co to pytanie? aby zaspokoić ciekawość czy aby mi "dołożyć" ? ja prosiłam o obiektywne spojrzenia na kwestię małżeństwa a nie ocenianie i pytania o ciążę.

Mimo wszystko dziękuję za wpis i zainteresowanie

Było źle, a ty zaliczyłaś wpadkę?

Cóż za ironia prawda? Nie dość, że było źle to jeszcze na domiar złego (mam wrażenie tak do odbierasz) zaszłam w ciążę.

9

Odp: Samotność w związku.
adlernewman napisał/a:

OK. Pytalam, bo czasem kobitki mysla, ze tak malzenstwo uratuja.

A co Ty chcesz zrobic? Bo ja tu wiele opcji nie widze. Mozesz tylko ultimatum mu postawic, ze albo sie cos zmieni, albo moze sobie wieczory spedzac nad papierami rozwodowymi.

Właśnie biję się z myślami co teraz począć. Zastanawiam się czy rozmowa da cokolwiek, czy znów usłyszę, że to nie tak jak mówię i coś sobie wymyśliłam? Myślę też, że może się powtórzyć scenariusz taki, że nie będzie chciał powiedzieć prawdy właśnie ze względu na ciążę (do której się poczuwa i twierdzi, ze cieszy się na myśl o dziecku).

Chciałabym sama sobie najpierw jakoś to wszystko poukładać w głowie. Nie podejmować pochopnych decyzji :-/ Ciężko mi z tym wszystkim.

10

Odp: Samotność w związku.

To nie ironia, ale życie. Prawdopodobnie chciałaś tą ciążą bardziej faceta zbliżyć. Uda się to cel zostanie zrealizowany, nie uda się, to zostanie dziecko i alimenty na dziecko, które mogą dać spokojne życie.
Zawsze na plus.

11

Odp: Samotność w związku.

Nie ma sie co bic z myslami. Daj ultimatum.

Ale pomysl, nawet z dzieckiem, chcesz byc razem z facetem, ktoremu zwisasz, samotna, zle traktowana? Czlowiek, ktory kocha tak sie wobec zony nie zachowuje jak Twoj maz.

12

Odp: Samotność w związku.

Nie chcę trwać w czymś co nie ma przyszłości. Wiem, że bez rozmowy nic samo nie minie i nic się nie zmieni. Zastanawiam sie tylko czy nawet po postawieniu ultimatum wszystko co będzie robił nie będzie sztuczne, wymuszone, na siłę... czy może warto spróbować porozmawiac jakoś delikatnie o wizycie u psychologa. Może potrzebny jest ktoś z zewnątrz, kto spojrzy na to wszystko trzeźwym okiem.

Bo czy bez pracy nad tym wszystkim da coś ultimatum? dla mnie stawianie ultimatum to trochę jak groźba, jak stawianie warunku- albo się nagle wszystko zmieni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki albo do widzenia.

13

Odp: Samotność w związku.

Nic sie nie zmieni jezeli mu nie przedstawisz swojego punktu widzenia wyraznie (ktory moze zawierac takze sugestie malzenskiej terapii), ale decyzja zalezy od Twojego meza. Nikogo do zmian zmusic nie mozna.

Zobaczysz jak zapytasz.

14

Odp: Samotność w związku.

Brak mi jest słów na to wszystko. Dziś po pracy piwko z kolegami, powrót do domu i już oczywiście śpi (" jest zmęczony" ). Nigdy nie czułam się taka samotna sad

15

Odp: Samotność w związku.

Szczerze? Ja przyszlosci tu nie widze. Meczycie sie razem i tyle. Sluchaj, moj facet wrocil dzis o 7, po 12 godzinach w kancelarii, padajacy jak zajechany osiol, a chetnie sie ze mna potulil, poprzekomarzal, wycalowal, chociaz jestesmy ze soba dlugi czas.

16

Odp: Samotność w związku.

Nie rozumiem jak tak drastycznie wszystko może się zmienić? jak to jest możliwe, że przed ślubem było wszystko (jak pisałam) wręcz idealnie. Czy ja jestem tego powodem, xzy zrobiłam coś nie tak?
Może gdybyśmy znali się krócej, gdyby nasze życie wyglądałoby inaczej, sprawy potoczyłyby się szybciej mogłabym powiedzieć, że dostatecznie się nie poznaliśmy, nie wiedzieliśmy wzajemnie jacy jesteśmy, nie dopasowaliśmy się... Ale co myśleć w takiej sytuacji? przed ślubem żyliśmy ze sobą 3 lata, było wszystko dobrze. Powiem więcej miałam wrażenie, że rozumiemy się bez słów i jest moim najlepszym przyjacielem. Czuję się teraz jakby mi wbił nóż w plecy.

17

Odp: Samotność w związku.

Zmienia sie. Moj byly narzeczony po rekach mnie calowal na poczatku. Jak wprowadzilismy sie razem, powoli zaczal mnie ograniczac, zabraniac mi kontaktow ze znajomymi, ponizac, uderzac w twarz. Ten sam facet- kompletnie inny czlowiek. Masakra. Wychodzi z czlowieka jego prawdziwe "ja".

Wspolczuje Ci. Ile masz lat?

18

Odp: Samotność w związku.

zacznij od siebie.
Postaraj sie byc taka jak na poczatku zwiazku. Badz czula, przytulaj sie do niego, wyrozumiala, interesuj sie jego sprawami, rozmawiaj po przyjacielsku, bez wymowek. Moze to pomoze. Tylko to dlugi proces. Nie oczekuj, ze wszystko sie od razu zmieni. Walcz o niego i o wasz zwiazek. Zycze powodzenia i wytrwalosci.

19

Odp: Samotność w związku.

Hej niepewna,
pewnie nie uwierzysz, ale gdy czytałam Twój pierwszy post, zastanowiłam się czy to czasem nie o mnie, bo kiedyś byłam w bardzo podobnej sytuacji. Byłam w związku 5 lat, w tym przez 4 lata w zasadzie bez seksu. Seks raz na 4 miesiące i tylko dlatego, że go o niego błagałam (bo "jestem zmęczony/śpiący" etc.), pocałunków zero (bo "przecież wiesz, że nie lubię się całować"), gry wstępnej zero (bo "przecież wiesz, że nie lubię czułości"). Przez ostatni rok tego związku byłam wrakiem, wpadłam w wielkie kompleksy i w ogromną depresję. Z domu wychodziłam tylko po pieczywo.. Niby poza tym w naszym związku było ok, dobrze się dogadywaliśmy, ale ten jeden aspekt potrafił mnie tak wykończyć jako kobietę, że w końcu go rzuciłam. A było mi cholernie ciężko, bo on miał w sobie coś takiego, że czułam się od niego jakby zależna, a wręcz uzależniona, wbił mi do głowy, że nigdy nie znajdę nikogo lepszego od niego i że jeśli go kiedyś rzucę, zostanę starą panną. Gdy go rzuciłam, był więc w takim szoku, że do tej pory nie może się z tym pogodzić i od pół roku błaga mnie, bym do niego wróciła i przysięga poprawę. Tyle że ja mu setki razy zwracałam uwagę, że jest mi z nim źle, jestem samotna i czuję się niekobieca skoro mój własny facet potrafi przez pół roku mnie nie dotknąć.. A on nic sobie z tego nie robił, twierdził, że się czepiam. Na początku po rozstaniu było mi źle, ale jedyne co mogę teraz powiedzieć, to to, że nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa. Nabrałam pewności siebie, rozwijam się, chodzę na randki. Myślę, że gdyby mnie teraz spotkał, byłby w głębokim szoku, bo przy nim byłam chodzącym kołtunem. tongue
Kochana, ja miałam na szczęście klarowną sytuację - nie byliśmy ani małżeństwem, ani nie mieliśmy dziecka. Było mi ciężko, ale zebrałam w sobie całe resztki siły i kobiecej dumy i udało mi się. Jeśli mam być szczera, na pewno wiele się w Twojej kwestii nie zmieni. Nie namawiam Cię do rozstania oczywiście, ale boję się, że za parę lat możesz sobie pluć w brodę, gdy uzmysłowisz sobie, że Twój mąż jest dokładnie taki sam, a Ty wciąż nocami płaczesz w poduszkę, czując się samotnie, a mając przy swoim boku śpiącego męża (tak, znam to, przysięgam, mój nawet nie zauważał, że płaczę, tylko kazał mi iść do łazienki się wysmarkać;). Jedyne co Ci mogę doradzić, to rozmawiaj z nim, ale bądź stanowcza i zdeterminowana. Tak żeby uświadomił sobie, że Ty właśnie dajesz mu szansę, a jeśli ją zmarnuje, nie będziesz mieć oporów, by wziąć z nim rozwód. Najgorsze co może być to facet, który jest tak pewny kobiety, że totalnie się nie stara - po co skoro już ją mam i nigdy mnie nie zostawi. W moim przypadku rozmowy nic nie dały, człowiek chciał się zmienić dopiero jak go rzuciłam, wcześniej nie docierało nic. Ale może w Twoim przypadku będzie lepiej, mam taką nadzieję.
Aha, i rozmawiaj o swoich problemach z kimś, to naprawdę dobra rada. Z przyjaciółką, z siostrą, kolegą, z kimkolwiek. Ja przez lata dusiłam to w sobie, bo wydawało mi się, że to zbyt intymne sprawy, ale dopiero rozmowy z zaufanymi mi osobami otworzyły mi oczy i dodały siły i odwagi. Poza tym, gdy dochodzi do rozwodu, należy jakoś udowodnić winę męża. Gdy małżeństwo rozpada się z wyłącznej winy męża, kobieta dostaje alimenty na życie. A trzeba mieć na to dowody, np. właśnie świadków. Przepraszam za brutalną prawdę, ale w życiu naprawdę różnie bywa, a tu na forum już jedna dziewczyna miała taki problem, że nawet nie ma jak w sądzie udowodnić tego, że mąż kochał się z nią raz na pół roku, bo z nikim o tym nie rozmawiała...
Życzę powodzenia, siły i odwagi! smile

20

Odp: Samotność w związku.

Co prawda nie mam doświadczenia ani w małżeństwie, ani w byciu w ciąży (jakolwiek niegramatycznie to zabrzmi), ale wydaje mi się, że nie po to się wychodzi za mąż żeby się tak przy pierwszym kryzysie poddawać.

Słyszałam kiedyś, że w związku możesz zmienić tylko siebie, bo nie jesteś w stanie zmusić do tego drugiej osoby. Z drugiej strony zmieniając siebie oddziałujesz na tą drugą osobę. Nie chcę Ci mówić co powinnaś zrobić, ale polecam książkę "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" (możesz ściągnąć w pdf). Jeżeli Ci w niczym nie pomoże to przynajmniej się zrelaksujesz trochę i poprawi Ci humor, bo jest świetnie napisana.

Życzę żeby wszystko się ułożyło smile

21

Odp: Samotność w związku.

Oczywiście, EB, masz rację, nie można przekreślać wszystkiego przy pierwszym kryzysie i trzeba próbować to naprawić. Tyle że ja byłam w prawie identycznej sytuacji, też przez 5 lat i mówię z własnego doświadczenia - rozmawiałam z nim milion razy, stawałam na rzęsach, ale to wszystko zupełnie nic nie dawało. Nic do niego nie docierało. Zadeklarował, że się zmieni dopiero, gdy go rzuciłam. Więc doradzam Niepewnej, by zachowywała się w taki sposób, żeby do niego dotarło, że w każdej chwili jest skłonna go zostawić, jeśli sytuacja się nie zmieni. Może, gdy poczuje się zagrożony, zacznie się starać, tak jak mój były.. To jest jedyna szansa. I doskonale rozumiem Niepewną, bo takie traktowanie przez faceta może poważnie zrujnować kobiecie życie, jej samoocenę i dobre samopoczucie. Tak się po prostu nie da żyć, doskonale o tym wiem. Więc, Niepewna, głowa do góry, tylko rozmawiaj, rozmawiaj, rozmawiaj, ale jeśli będzie trzeba, powiedz mu wprost, że jesteś skłonna wziąć rozwód, na 99% to zadziała, bo facet na pewno Cię kocha, tylko zwyczajnie rozleniwił się i przestał się starać..

22

Odp: Samotność w związku.

Może jakaś terapia małżeńska?

Odp: Samotność w związku.

może Cię zdradza...

Odp: Samotność w związku.
nowoczesna kobieta napisał/a:

może Cię zdradza...

Ja też bym się zastanowiła nad tą kwestią.
Nie jest normalne, żeby młody dwudziestoparoletni facet w ogóle  nie miał potrzeb seksualnych i nie chciał uprawiać seksu. Generalnie jak facet nie chce uprawiać seksu z kobietą to dlatego, że albo przestała mu się ona podobać(zmieniła się, zaniedbała etc.), albo realizuje swoje seksualne potrzeby gdzie indziej. Nie znam innych sytuacji w przypadku mężczyzn.

25

Odp: Samotność w związku.

Dziewczyny, przysięgam wam, że jeśli facet nie chce seksu, to naprawdę niekoniecznie oznacza to zdradę. W moim przypadku facet mnie nie zdradzał i dam sobie za to głowę uciąć, nie będę tu tłumaczyć skąd wiem, po prostu wiem. smile Raz, że miał dość niskie libido (zdarza się nawet u facetów), a dwa, że był zbyt leniwy i egoistyczny. Oczywiście miał swoje potrzeby, jak każdy, ale nie odczuwał potrzeby robienia tego z kobietą. Bo z kobietą trzeba się postarać, gra wstępna, starać się, żeby było jej dobrze. Jeśli facet jest leniwy i myśli tylko o sobie, to seks ze swoją kobietą jest mu nie na rękę. Po prostu mu się nie chce. Dowiedziałam się, że zwyczajnie w świecie jemu przez te wszystkie lata wygodniej było robić sobie dobrze samemu przed monitorem komputera, a miał swoją kobietę w pokoju obok.. Cudowne uczucie uświadomić sobie, że facet, z którym jesteście 5 lat, woli swoją rękę od waszego ciała, prawda? smile I jestem bardzo zadbana, zawsze miałam duże powodzenie. On sam twierdził, że bardzo go pociągam, tyle że zwyczajnie mu się nie chciało, bo, jak sam stwierdził - z zaspokajaniem kobiety jest "za dużo zachodu".
Nie wiem jak jest w przypadku męża Niepewnej, mówię jak to było u mnie. Może Wy macie normalnych facetów, więc jak słyszycie o takim, który nie chce seksu, od razu przychodzi wam na myśl zdrada, ale uwierzcie, że to naprawdę nie zawsze to. Szczerze to byłoby mi chyba łatwiej znieść jego zdradę niż myśl, że woli swoją rękę ode mnie.. Pojęcia nie macie jak to siada na psychice.

26

Odp: Samotność w związku.

jestes w ciazy moze twoj maz sie poprostu boi kochac sie ...zapytaj o to

27 Ostatnio edytowany przez Lilia86 (2013-06-22 23:48:11)

Odp: Samotność w związku.

Niepewna003 bardzo dobrze rozumiem  to co czujesz. Sama borykam się z podobnym problemem ładnych pare lat. Były gorsze i lepsze momenty, ale te negatywne zostają na dłużej w sercu sad

Może Twój mąż ma jakieś problemy, które go powoli zaczęły przerastać, może też czuje się osamotniony. Niektórzy oczekują wsparcia od swojej połówki, ale dokładnie nie potrafią się określić w jaki sposób miałaby pomóc. Z własnego doświadczenia wiem, że problemy np. w pracy potrafią wpłynąć na relacje między partnerami i ogólnie na życie rodzinne.
Czy Twój mąż dużo pracuje? Wracając do domu ma wolny umysł, czy nadal myśli o obowiązkach zawodwych?

28

Odp: Samotność w związku.

Witam
Kiedy to czytam, to zastanawiałam się najpierw czy nie mamy wspólnego faceta smile.
Jestem w podobnej sytuacji jak Jagoda czy niepewna. Dlaczego dzieje się tak, że po pewnym czasie mężczyznom się nudzimy? A może to przez ciąże? Może boją się, że będziemy ich do czegoś zmuszać? Ja ciągle słyszę, że podobno wchodzę mojemu na głowę.

Mój partner nie całował mnie nigdy, bo nie lubi się całować - ale chyba tylko mnie, bo całuje dzieci, a nawet kota sad. Przytulać też się nie lubi - i też tylko mnie sad... Gra wstępna? - nie z nim, nie lubi.... Wiecie- to, że czuję się wtedy źle, niekobieca, nieatrakcyjna, to jedno a dodatkowo jak ma się jeszcze jakiś kompleks, to dodatkowo staję się on problemem. U mnie to były małe piersi. Myślałam, że to przez to, nie chce mnie przytulać, dotykać....  Podobnie jak niepewna - kiedyś spędzaliśmy dnie w łóżku, był blisko mnie i nie czułam aż tak bardzo braku jego pocałunków, tulił mnie wtedy, robiliśmy coś wspólnie. Oglądaliśmy wspólnie filmy, szukaliśmy coś w necie... przede wszystkim rozmawialiśmy. Od jakiegoś czasu zmienił się... i to bardzo... zamknął się na mnie i nic nie widzi dobrego, nic - ja jestem samo zło w jego oczach.
Jest mi z tym źle, niby w związku a samotna. Rozmowy są do niczego, on uważa że tylko on ma rację, ja jestem do niczego, nie mam racji wszczynam awantury. Najlepiej jest, kiedy wcale się nie odzywam... Nie moge być zmęczona, nie mam prawa powiedzieć, że coś mnie boli, nie mogę o nic zapytać.... i ciągle tylko - "ja sobie nie dam wejść na głowę...." a ja nie wiem w jaki sposób. Tak się składa, że to on w jakiś sposób wszedł mi na głowę - mówi kiedy mam się myć, kiedy spać, kiedy jeść.... on twierdzi, że mówi tak, bo chce dla mnie dobrze. Ale czy jak ja mu mówię te same rzeczy - to nie chcę dla niego dobrze... Nie, to jest wchodzenie na głowę. Czy jak mu coś przypominam, to też jest źle. Cokolwiek bym nie zrobiła, wszystko źle... Nie wiem, czy to, że jestem w ciąży dodatkowo jakoś wzbudziło w nim jakiś lęk. On chce ode mnie odejść... nie mogę mu tego zabronić... wiem, pomimo, że go kocham, że chciałabym z nim być, pomimo tego, że mówi, że jestem nienormalna, że nie chce ze mną rozmawiać.... W ciągu ostatnich miesięcy zmienił się bardzo. Nie wiem co się stało z nim, nie wiem...
Odsunął się bardzo ode mnie... nie wiem jak mam z nim rozmawiać, bo jak tylko zaczynam coś mówić, to kończy się tym, że to pierdoły, że to bzdury, albo, że wrócimy do tego później...
Nie wiem co robić...

Przepraszam, że tak chaotycznie, że może coś niezrozumiale, ale mam mętlik w głowie totalny.....

29 Ostatnio edytowany przez Olinka (2013-09-13 00:33:26)

Odp: Samotność w związku.

zdradza cie ewidentnie, usunięte przez moderatora i bedzie po sprawie, facetow trzeba trzymac krotko

30

Odp: Samotność w związku.

Nie zawsze zdrada jest wytłumaczeniem na wszystko. Niestety ja mam podobnie do tych mężczyzn w związkach. Nie lubię całowania, przytulania, często też unikam seksu. Myślę, że ma na to wpływ fakt iż zostałam wychowana przez apodyktyczną matkę, która jak nikt potrafiła ranić. Bliskość utożsamiam z cierpieniem.

31

Odp: Samotność w związku.
Beatka_90 napisał/a:

zdradza cie ewidentnie, usunięte przez moderatora i bedzie po sprawie, facetow trzeba trzymac krotko

big_smile, dobre.... poprawiłaś mi humor big_smile. Tak się składa, że to mało prawdopodobne..., ale też nie wykluczam. Zresztą nie o to chodzi...

32

Odp: Samotność w związku.

Szczerze powiedziawszy rozumiem niezapominajkę i inne dziewczyny które maja podobny problem.

Sama żyję w takim związku i nie chodzi tu nawet o brak sexu bo bez niego da się żyć ale o brak zaufania, zrozumienia, wsparcia o uczcie samotności.

Jestem z moim mężem ponad 8 lat z czego 5 po ślubie. Kryzys dopadł nas 4 lata temu, usilnie próbowałam mojemu M. zwrócić na to uwagę lecz bez skutku, niestety obecnie jesteśmy już na samym dnie.

Nabawiłam się depresji, chodzę na terapię która bardzo mi pomaga, na wspólną terapię mężowi się nie chce chodzić ponieważ on nie lubi krytyki. Nie akceptuje tego że z jego zachowaniem, podejściem jest coś nie tak.

Największym problemem jest to że mieszkamy z jego rodzicami, teściowa non stop wtrąca się w nasze małżeństwo, M. non stop chodzi i się jej żali, ona robi mu pranie mózgu. Do tego M. jest typowym rozpieszczonym syneczkiem mamusi. Niby ma 30 lat Jenaka jego dojrzałość emocjonalna zatrzymała się na etapie 10-latka.

Nie potrafi przyznać się do błędów, nigdy za nie nie odpowiada sam tylko udaje że nic się nie stało albo oczekujący za niego załatwi sprawę. Nie ma w sobie za gorsz odpowiedzialności za siebie i rodzinkę którą ze mną stworzył.

Szczerze powiedziawszy to dzięki terapii na jaką chodzę przejrzałam na oczy, już wiem że on się NIGDY nie zmieni, non stop będzie składał obietnice bez pokrycia, kłamał i traktował mnie jak powietrze. Jemu nie jest potrzeba dojrzała kobieta z którą stworzy dojrzały związek lecz druga mamusia.

Walka o nasz związek to jak walka z wiatrakami. Niestety żeby go naprawić potrzeba do tego chęci obojga a nie tylko mojej...

Mąż miał być moją miłością, oparciem ostoją, mieliśmy być ze sobą na dobre i złe w zdrowiu i chorobie ale już dziś wiem że tak nie będzie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to że mamy dwoje małych dzieci. Przyznam Wam szczerze iż żałuję że byłam tak nawiną żeby ślepo wierzyć w jego obietnice że się zmieni, poprawi że będzie dobrze. Gdybym od razu postawiła sprawę jaso - wóz albo przewóz to kto wie...może dziś byłabym szczęśliwa, u boku mężczyzny który zasługuje na moją miłość, oddanie i poświęcenie. Który nie traktuje mnie jak swojej sprzątaczki, niani czy prywatnej dziwki.

Zawsze mi się wydawało że jak już założę rodzinę będzie ona może nie idealna ale będzie taka w sam raz, będę w niej szczęśliwa...nigdy nie spodziewałam się że skończę w toksycznym związku gdzie na każdym kroku kiedy mężuś ma zły humor jestem poniżana, wyzywana od szmat, leniwych krów....

Powiem Wam że to boli, bardzo boli.....jednak nie da się do takich wniosków dojść od tak, trzeba jeszcze niejedno przecierpieć zanim spadną nam klapki złudnej nadziei z oczu.....

Musi u waszego boku znaleźć się ktoś kto wami tak potrząśnie że w końcu oprzytomniejecie i zdacie sobie sprawę że wy nie żyjecie pod jednym dachem z uroczym mężem ale z podłą świnią która zrobi wszystko żeby Was poniżyć, zdołować i wpędzić w kompleksy....


Oj sporo mogłabym pisać.....

A takie pisanie "to po co z nim jesteś" kompletnie takim osobom nie pomaga i nic konstruktywnego nie wnosi.....Niestety ale prawda jest taka że trzeba znaleźć w sobie sporo siły aby uwolnić się od takiego związku bo taki związek jest jak błoto...jak w nim utkniesz to bardzo ciężko jest się z niego uwolnić. Trzeba być mocnym psychicznie żeby dokonać tego bez pomocy np. terapeuty.

33

Odp: Samotność w związku.

Witam.Najgorsza jest samotność we dwoje,Najgorszy jest zwiazek,gdzie jest wspolny adres i klucz do drzwi.Najgorsze jest to ,jezeli z takiego zwiazku nie ma wyjscia,Ja nie mam wyjścia

34

Odp: Samotność w związku.

Czytając ten tekst to tak jakbym opisywała swoja sytuacje.5 lat chodzenia rok juz małżeństwem.i wszystko się zmieniło.jedyne co nas łączy teraz to wspólny dom kredyt i auto.ciagle kłótnie,jak będziesz niegrzeczna to sexu niebedzie.groźby ze rozwód weźmie i młodsza sobie poszuka(jestem i tak mlodsza od pseudo męża). Teraz  ma nowa inspiracje do kłótni problem z ciąża, nękanie przynajmniej raz dziennie.człowiek siada psychicznie.

35

Odp: Samotność w związku.

Witam mam 25 lat i jestem mężatka od ponad 5 lat . moje maleństwo kiedys , wyglądało zupełnie inaczej bylismy , bardzo zaakochani w sobie a teraz mój maż mówi mi ze jestem mazepo zebym cos zrobila z sobą . Jest mi bardzo cieszko prowadzimy gospodarstwo rolne wstaje o 4 rano mam dwoje dzieci ,dom i gospodarstwo na glowie  maz musi miec zawsze ugotowano i czysto  bo on pracuje a ja nie . Mieszkamy razem z tesciami , mam okropno tesciowo ktora, wrecz mnie nie nawidzi nieraz mi to powiedziala , ciagle mi cos wypomnina i dogryza , moj maz niby opsanie za mnia a i tak przyzna racje matki czest placze bo jestem tak zdolowana to on do mnie moi zebym nie chyseryzowala nawet teraz siedzie i pisze to mam lzy w oczasz czuje sie jak robot do pracy czasem mowie zeby mnie przytilil a on ze po co mi to ja mam teraz dzieci a nie przytulenie nawet nie wie cie jak mi jest cieszko placze .. kiedys byłam Radosno , pełno życia kobieto atrakcyjną, a teraz czuje się jak wrak czlowieka tak bym chciała zeby wrescie ktoś zaczol mnie doceniać

36

Odp: Samotność w związku.

U mnie jest odwrotnie. To żona najczęściej nie ma ochoty na seks. I całować się nie lubi. Ale w jednym macie rację. Przytula się chętnie, choć ja chętniej. Ale to już było. Jestem 3 dni po rozwodzie. I wiecie co rozpoczęło proces rozpadu związku ? Romantyczny weekend, na którym dowiedziałem się, że ona nie ma dziś ochoty na seks, bo mnie interesuje tylko seks. Był to dla mnie taki szok (po 30 latach udanego związku), że powiedziałem, że chcę jechać do domu. Po prostu bycie z nią przestało mnie cieszyć. To ja poczułem się nieatrakcyjny i niekochany. To było 3 lata temu. To zdarzenie odmieniło cały nas związek i stopniowo doprowadziło do rozwodu.
Skłamałbym, że tylko to, ale to było kluczowe. Z tego co napisałyście wynika, że dopóki "te sprawy" grały, to byłyście przekonane, że jesteście szczęśliwe. U mnie też tak było. Jednak związek to nie tylko "te sprawy". Podejrzewam, że jest coś więcej. Jeśli dobrze myślę, to w waszych związkach toczy się gra. W grze zwykle role są podzielone. Jedno jest ofiarą drugie, drugie agresorem. Agresor robi co chce, a ofiara ma niskie poczucie wartości i ze strachu przed odrzuceniem na wszystko się godzi. No niby sama tego chce, ale jest jeden szkopuł - jest nieszczęśliwa i samotna w związku. Ofiara to to nieładne określenie i sugerujące, że ta osoba jest sama sobie winna. Niezupełnie tak jest. To osoba, której w życiu się nie poszczęściło jeśli chodzi o predyspozycje psychologiczne do bycia przywódcą. Po prostu nie ma takiej charyzmy i siły przebicia, jak ci, którzy wybierają rolę agresora. Dlatego poczucie, że jest się bezsilnym. I myślę, że -  Aniu - ty tak masz. Nie wierzę, że mąż cię nie kocha. Kocha, ale jest typem agresora i myśli, że nie musi się już starać. Dobrze opisała to zjawisko Jagoda. On jest już taki pewien siebie, że z twoimi uczuciami się nie liczy. Niby liczy, ale pewnie jest z tych, co wiedzą lepiej. Są dwa wyjścia. Albo będziesz tak trwać, albo zaciągniesz go na terapię dla par. Inaczej nie straci tej swojej pewności siebie i cię nie wysłucha. Tobie ktoś po prostu musi pomóc.
Pewnie zarzucicie mi, że Ani radzę, a sam poległem w związku. Mnie się przytrafiła jeszcze inna rzecz. W efekcie zrozumiałem, że mojego związku nie da się ulepszyć, bo jest jeszcze inaczej. Długo by tłumaczyć i nie wiem czy bym potrafił. Dlatego odsyłam do : nie mogę podać linku, bo administrator mi napisał Nowy użytkownik nie ma uprawnień do umieszczania linków , obrazków , adresów e-mail ten przywilej pojawi się wraz ze wzrostem Twojej aktywności na forum netkobiety.pl.. Jeśli by się okazało, że z Ani mężem jest tak, jak opisano w tym artykule, to pozostaje rozwód lub trwanie tak, jak jest.

37

Odp: Samotność w związku.

Może i ja wtrącę swoje. Z tego, co przedstawiłaś, to wynika, że podobasz mu się, choć nie na tyle, by dorósł i zajął się rodziną czyli Tobą i przyszłym dzieckiem.  Przemyśl sobie wszystkie za i przeciw temu związkowi. Decyzja należy nie tylko do niego, ale i do ciebie. Przynajmniej uświadom sobie, dlaczego chcesz być z kimś, kogo widzisz tylko wieczorem.To ty będziesz się opiekować dzieckiem i zajmować domem.

Poza tym, ktoś już tu napisał, że  jeszcze została rodzina i znajomi, z którymi warto się spotykać. Raczej na twoim miejscu nie koncentrowałabym się na nim, lecz na sobie.

38

Odp: Samotność w związku.

Nie mogę wkleić linka, bo moderator blokuje, to wkleję artykuł.
Zasada "jednorękiego bandyty"

Zrozumieć zasadę działania tej maszyny, to zrozumieć wszystkie hazardowe gry świata. Jak się za chwilę przekonasz, podobny psychologiczny mechanizm działa nie tylko przy grach ale warto przyjrzeć się grom, by zrozumieć, jak to działa w innych sferach życia.

Urządzenie jest bardzo proste. Szafa wzrostu człowieka, trzy małe okienka i jedna potężna dźwignia po prawej stronie. Kiedy pociągasz, w tych kwadratowych okienkach wiruje kilka symboli. Jabłuszko, gruszka, śliwka, bananek... Kręcą się, kręcą, migają ci przed oczami... Po chwili się zatrzymują. Jeśli trzy takie same ustawią się w jednym rzędzie, z otworu na dole z brzękiem wypadnie deszcz monet. Jeśli tak się nie stanie, monety nie wypadną. Masz wówczas dwa wyjścia. Możesz albo odwrócić się i odejść, albo wrzucić kolejną monetę i raz jeszcze pociągnąć za dźwignię. Ile razy musisz pociągnąć? Różnie. I właśnie w tym tkwi sekret. Jeśli spędzisz godzinę w salonie pełnym takich automatów, prawdopodobnie usłyszysz z którejś strony wypadające na ziemię monety. Dziesiątki, setki cennych metalowych krążków wypada z hałasem na ziemię! Bilon! Mamona...! Wszyscy wokół z zazdrością gapią się na szczęśliwca, który łapie je w kurtkę, pcha do kieszeni i z trudem maskuje uśmiech satysfakcji , nie nadążając ich zbierać z podłogi.

Czyli to się zdarza. Jest możliwe od czasu do czasu. A co u ciebie? Pociągasz raz po raz, wrzucając nowe i nowe monety. Nic...nic...nic...nic... Znowu nic. Już już coś? ale nie. Nic. I nagle... sześć monet wypadło. Mogło być więcej, ale bananek się nie ustawił i zamiast niego w okienku zatrzymała się śliwka. Trzy bananki dałyby fortunę, niestety jednak były tylko dwa. Ale sześć monet to już coś. Mało brakowało. Próbujesz dalej. Wrzucasz kolejno tych sześć. Nic... pięć kolejnych, bo może znów sześć wypadnie...To się zwróci. To jeszcze nie strata. Inwestycja tylko... Nic. Wrzucasz szóstą. Dwie śliwki, dwie gruszki. Nic. Cholerne oszustwo. Walisz w szybkę pięścią, odwracasz się i odchodzisz. Ktoś inny zbliża się do automatu, pociąga za dźwignię raz i ... nie wierzysz własnym uszom?! Deszcz monet leci na ziemię. Z twojego automatu! Ktoś inny bierze twoje monety. Twoje wygrane! I tych sześć później wrzuconych? Bierze wszystko. Żre twoje pociągnięcia za dźwignię. Twoje zmitrężone godziny! Twoje wyrzeczenia... Przyszedł na gotowe! A wystarczyło tylko raz pociągnąć! Jednej monety brakowało ci do Wielkiej Wygranej. Jednej jedynej próby...!

Gdyby automat gwarantował wypłatę co pięć pociągnięć za dźwignię, większość ludzi nie otrzymawszy pieniędzy za siódmym razem odeszłaby od niego na zawsze. Po dziesiątym pociągnięciu przy maszynie nie będzie nikogo. Ale tylko pod jednym warunkiem - że ktoś zagwarantuje, że wypłaty będą regularne. Wtedy łatwo zobaczyć, że gdy nie wypadają monety, rzeczywiście coś jest nie tak z maszyną i że obietnica nie zostaje dotrzymana. Przy wypłatach nieregularnych jest jednak inaczej. Wiemy, że możliwość wygranej gdzieś czeka. Potencjalnie każde pociągnięcie za dźwignię może być nagrodzone fortuną. Ale też każde może być bezksuteczne. Żadne szarpnięcie tej diabelskiej wajchy nie jest więc tą prawdziwą, ostateczną porażką, która naprawdę gruntownie tu czegoś dowodzi.

Wrzucasz monetę kolejny raz. Ponosisz kolejny raz koszt. Ale nic nie jest gwarantowane, więc tak naprawdę daremność tego kosztu nie jest żadnym dowodem bezsensowności tej całej zabawy.

Tworzy to bardzo szczególną sytuację dla grającego. Żadna nieudana próba nie oznacza, że automat jest generalnie niewiarygodny jako źródło dochodu. Próby mogą być nieudane. W zasadach gry powiedziano to wyraźnie. Co więcej - co jakiś czas następuje udane podejście i może to być dosłownie każde następne. I to jest dotrzymane. Faktycznie, co jakiś czas ktoś wygrywa. Może być nawet tak, że podejdziesz, pociągniesz jeden jedyny raz i wygrasz wszystko za tym pierwszym razem. A jeśli tak się nie stanie? Jeśli pociągasz raz za razem i raz za razem nie wygrywasz niczego? W jakimś sensie właśnie taka sytuacja jest doskonałym uzasadnieniem decyzji, by grać dalej. Skoro wierzysz, że wygrana gdzieś czeka i wiesz, jak wiele było nieudanych pociągnięć, staje się dla ciebie jasne, że wygrana w jakiś sposób do ciebie się zbliża. Z próby na próbę wydaje się bardziej prawdopodobna. W pewnym sensie swoimi kolejnymi porażkami "zapracowujesz" na sukces. Który musi nadejść prędzej czy później. Im później, tym pewniej. Jeszcze jedna moneta... jeszcze dwie...

Czy to ci czegoś nie przypomina? W związkach, w których jedna osoba rani drugą, nieregularność bolesnych zachowań jest rzeczą typową. Żaden sprawca przemocy, żaden poniżający, niszczący partner czy partnerka nie dokonuje swoich niszczycielskich działań non stop bez najmniejszej przerwy. Są i dobre chwile. Złe doświadczenia przeplatane są dobrymi, tak jak w salonie hazardu nieudane pociągnięcia za dźwignię przeplata się chwilami wielkiej wygranej. Strona pokrzywdzona inwestuje i próbuje dzień po dniu. Nagrodę dostaje rzadko, niemniej nie zdarza się prawie, by nie dostawała w ogóle niczego. Awantury, poniżanie i bicie mogą trwać kilka lub kilkanaście dni, w końcu jednak nadchodzi ten wspaniały dzień, kiedy znękana osoba otrzymuje COŚ. Coś dobrego. Kwiaty, miły wieczór, dwa dni ciszy, prezent, komplement... Coś, na co przez cały ten zły czas można było czekać i liczyć. Coś, co przez te wszystkie złe godziny czekało, by jak deszcz złotych monet z jednorękiego bandyty wypaść ci wprost pod nogi. Tylko zbierać. Czy w ten sposób rzeczywiście cokolwiek się zyskuje? Prawda jest taka, że żaden salon gier nie ma uprawnień, by samodzielnie produkować monety. Brzęcząca wygrana musiała najpierw zostać tam przez kogoś wrzucona. Ale w takich sytuacjach nikt nie liczy ile monet sam wrzucił przez całe życie do brzucha maszyny. W raniących związkach moment "brania wygranej" także nie bywa chwilą, w której raniona strona zastanawia się, ile poświęciła, by się tego momentu doczekać. Nie widzi, że ta dobra chwila oprócz tego, czym jest sama w sobie, jest także znakiem. Oto skończyły się dni czekania na dobre zachowanie partnera. Ten moment ciepła od niego właśnie nadszedł. Potrwa przez jakiś czas, a później nadejdą kolejne dni wrzucania monety i czekania, by się ta dobra chwila powtórzyła raz jeszcze. I paradoksalnie - im dłużej będzie trwać oczekiwanie, tym pewniejsza wydawać się będzie nagroda. W końcu czy monety raz już nie wypadły?

W psychologii eksperymentalnej dobrze znane są eksperymenty na zwierzętach, podczas których badano, w jaki sposób wykształcają one pewne przyzwyczajenia. Nawyki takie nazywa się utrwalonymi zachowaniami. Nagrody za te zachowania noszą natomiast nazwę wzmocnień.

Szczur widząc zapalającą się lampkę naciska malutką dźwignię. Za każdym razem z otworu nad nią wypada kostka cukru. Jeśli szczur wyuczy się w ten sposób reagować na lampkę, w języku psychologii eksperymentalnej powiemy, że utrwalone zachowanie uzyskano za pomocą wzmocnień regularnych. Wzmocnienie, to właśnie ta mała kostka cukru. Wzmocnienie jest regularne, bo kostka cukru wypada szczurowi zawsze, gdy zrobi co trzeba.

Szczury to mądre zwierzęta i szybko zgadują w czym rzecz. W sąsiedniej klatce inny sympatyczny gryzoń także się już zorientował, że między lampką, dźwignią i cukrem zachodzi jakiś tajemniczy związek. On także naciska, gdy lampka zaczyna się palić, jednak w jego przypadku kostka nie wypada za każdym razem. Wypada co kilka prób. Nieregularnie. Możemy więc orzec uczenie, że utrwalone zachowanie uzyskano za pomocą wzmocnień nieregularnych. Dokładnie tak samo, jak w przypadku gracza stojącego przed Jednorękim Bandytą. W jego przypadku utrwalonym zachowaniem jest wrzucanie monety. Uzyskano je za pomocą wzmocnień nieregularnych - nieregularnego wypłacania nagrody. Szczur nie ma pewności, kiedy dostanie cukier. Gracz nie ma pewności, kiedy dostanie monety. Obaj więc robią to samo - próbują raz po raz, przekonali się bowiem, że czasem to działa.

Okazuje się, że zachowanie uzyskane za pomocą wzmocnień nieregularnych jest o wiele lepiej utrwalone, niż uzyskiwane przez regularne wzmocnienia. Jeśli szczur z pierwszej klatki nie otrzyma cukru po pięciu, sześciu naciśnięciach, nie tylko całkowicie zapomina o sprawie, ale i trudniej nauczyć go tego od nowa. Wierzył, ufał, ale się zawiódł i zniechęcił. Jest urażony i wściekły. Nieprędko zaufa raz jeszcze.

Z tym w drugiej klatce jest jednak inaczej. W ciągu treningu wzmocnień nieregularnych nauczył się, że jedna, dwie lub trzy nieudane próby nic nie znaczą. Trzeba zachować wściekłość i żale dla siebie i próbować raz po raz. Będzie próbował. Jeśli wzmocnienia były naprawdę nieregularne, a trening trwał długo, nasz gryzoń zachowa się niczym uzależniony hazardzista. Nic nie będzie w stanie przekonać go, że nie doczeka się cukru za swoje wysiłki. Widząc lampkę tygodniami będzie biegł do dźwigni i raz po raz naciskał w nadziei na szczęśliwy traf. Nie będzie wściekły. Nie będzie urażony. Nie będzie zawiedziony. Będzie podekscytowany. Będzie traktował tę sytuację jak zadanie. Skoro próbuję, a się nie udaje, to pewnie robię coś nie tak. Może to ze mną coś nie tak...? Pewnie trzeba szybciej naciskać. Albo wolniej. Albo mocniej... Czy to ci czegoś nie przypomina?

W jaki sposób wzmocnienia nieregularne mogą uzależnić ofiarę od sprawcy? Dokładnie tak samo, jak uzależniają hazardzistów i naszego małego przyjaciela daremnie usiłującego doprosić się cukru. To może być bolesna konstatacja, ale niestety taka jest prawda. Jeśli to samo twoje zachowanie raz jest nagradzane, a raz spotyka się z dezaprobatą, to mimo, że zdrowy rozum podpowiada coś innego, z tego zachowania raczej nie zrezygnujesz. Mimo, że nie zawsze wynika z niego dla ciebie coś dobrego, możesz czuć przymus, by je powtarzać właśnie przez to, że było "nagradzane" nieregularnie. Jeżeli każda randka jest miła, to po pierwszej niemiłej nieprędko umówisz się na następną. Jeśli jednak miłe i niemiłe randki przeplatają się, może się zdarzyć, że kolejne próby staną się czymś w rodzaju hazardu. Nigdy nie wiesz jak będzie. Ale czasem bywa fajnie, więc próbujesz, próbujesz, próbujesz...

Zadziwiająco wiele osób żyje z partnerem, który jest dla nich wspierający i daje im cokolwiek dobrego nie częściej niż raz, dwa razy na miesiąc. Reszta czasu to na przemian awantury, kłótnie, ciche dni, podchody, groźby odejścia, bicie, obrażanie się, sceny nieuzasadnionej niczym zazdrości, tłumaczenie sie z idiotycznych podejrzeń i wywlekanie krzywd prawdziwych i urojonych bez końca. Ale raz, dwa razy na miesiąc jest fajnie. Z brzucha maszyny sypią się monety, z otworka cukier, pani Jola zgadza się wpuścić pana Karola do małżeńskiego łoża, a pan Wojciech przynosi pani Annie do domu wypłatę w całości i w dodatku zabiera rodzinę na lody. Nikt nie wie, kiedy to będzie.

Znaleźć na niego (nią) sposób

W tym miejscu warto omówić kolejny mechanizm, występujący w raniących związkach, który także z hazardem ma wiele wspólnego.

Mając niesprawiedliwie krzywdzącego nas partnera staramy się go zrozumieć. To naturalne, że żyjąc z kimś, próbujemy pojąć, co robi i z czego wynikają jego bolesne dla nas zachowania. Próbujemy także w jakiś sposób poprawić swoją sytuację. Na przykład zachowywać się tak, by nie wywołać u drugiej strony agresywnych ataków lub złośliwych uwag. Bywa też, że próbuje się stronę tę zadowolić. Dostosować swoje działanie do wymogów sytuacji, tak, by uniknąć kłopotów. W przypadku większości sprawców jest to niezwykle frustrujące i niewdzięczne zajęcie. Pod wieloma względami przypomina ono hazard. W jaki sposób to działa?

Przypuśćmy (idąc za stereotypem głoszącym, że tylko kobiety są ofiarami przemocy w związkach), że jesteś kobietą i masz zazdrosnego partnera. Obsesyjny typ. Kontroluje i sprawdza. Wietrzy podstęp i zdradę. Kiedy uzna, że coś odkrył, bywa straszny. Często zdarza się, że robi awantury widząc, jak zakładasz na siebie coś, w czym atrakcyjnie wyglądasz. Bywało jednak i tak, że był zadowolony widząc cię w czymś ładnym , zainteresowany tobą, dumny z ciebie i nie szczędził ci pochwał. Jego reakcje na twój atrakcyjny wygląd są więc nieregularne. Może się zdarzyć, że kiedy ubierzesz się skromnie, skrytykuje cię właśnie dlatego. Trudno przewidzieć, jak będzie tym razem. Co wówczas może pojawić się w tobie? Prawdopodobnie zrobisz niestety to, co w takiej sytuacji robi większość ludzi. Zaczniesz poszukiwać metody przewidzenia jego reakcji. Sposobu. Klucza. Reguły. Jeśli tamtym razem zrugał cię za fioletową sukienkę i krzyczał, a poprzednio za nią cię chwalił, musi być jakiś powód tej różnicy w reakcji. Skoro tak jest, należy to rozszyfrować. Być może sekret tkwi w tym, dokąd się wybieracie...? Poprzednio kiedy był zły, byli to Kowalscy. Kiedy był zadowolony - Nowakowie.

Aha. Czyli do Nowaków można na ostro, ale do Kowalskich skromnie. Dziś do Kowalskich idziemy. Czyli czarny golf i dżinsy. Żadnych mocnych ozdób. Spokojna fryzura... Tak. Teraz będzie dobrze. Spokojne, luźne wyjście bez nadmiernego starania się o wywołanie wrażenia. Czy zawsze trzeba błyszczeć? Nie zawsze. Czasem człowiek potrzebuje odpocząć. Zadbać o siebie, zbliżyć się do rodziny? Wychodzisz z garderoby i...

    - Czy nie mogłabyś zadbać o siebie od czasu do czasu? Między ludzi idziemy przecież.


Pudło. Zagryzasz wargi i wycofujesz się. Zmieniasz strój. Myślisz. Kowalscy ok. Ale poprzednio miał tam być ten Grzesiek. Teraz go nie będzie. To może o tego Grześka chodzi? Głupio wyszło. Czyli mogę ubierać się fajniej, kiedy nie ma Grześka tak..? Ok. Odkryłaś klucz. Nie chodzi o Kowalskich, tylko o Grześka. Prawda, że proste? Zbliża się następne wyjście. Feralny Grzesiek w Brazylii, śmiało zakładasz zabójczą czarną. I...

    - Nie kochana. Tak to nie pójdziesz na pewno. W każdym razie na pewno nie pójdziesz tak, póki jestem twoim mężem. A może już chcesz to zmienić? O to ci chodzi? Szukasz sobie kogoś nowego? Brakuje ci męskiego zainteresowania? Nudzisz się sama w domu? Potrzebujesz zwrócić na siebie uwagę? Proszę. Proszę bardzo. No idź tak. Idź nie krępuj się... Amatorów na pewno nie zabraknie. Już myślisz o tym, jak będą się ślinić??


I tak dalej i dalej i dalej, przez następnych dziesięć minut. Wściekła wychodzisz z pokoju i zmieniasz ciuchy. Chce ci się płakać. Wściekłość, bezradność... Ale gdzieś na dnie tego wszystkiego czai się ta myśl. Co u diabła robię nie tak? Co skopałam? Dlaczego nie wyczułam niebezpieczeństwa? Przecież poprzednio było dobrze, a teraz tak... Musiałam go czymś sprowokować. Tylko czym?? No może rzeczywiście ta kiecka trochę przesadna na ten wieczór. Ale z drugiej strony... Chodziłam z nim już tak i nic nie mówił. Co go ugryzło...? Może to przez ten makijaż? I znów odkryłaś klucz. Kowalscy, Grzesiek, makijaż. Kombinacja tych trzech elementów. Za tydzień znów próbujesz i wychodzi. Czujesz, że panujesz nad sytuacją. Nawet kupujesz specjalny cień. Dyskretniejszy. Próbujesz za tydzień i... znów awantura. Tym razem to był jakiś koszmar. Jesteś wściekła na niego. Ale i na siebie. No przecież musi być jakaś metoda, żeby przewidzieć, co zrobi. Czyż żona nie jest szyją, na której kręci się głowa? Dlaczego wciąż nie udaje się go zadowolić? Czym on się kieruje? Co takiego robię, co tak go prowokuje do złości?

Już jesteś w pułapce. Ale nie przejmuj się. Większość ludzi w to wpada. Szukasz przyczyny w sobie. Próbujesz zmienić swoje zachowania. Traktujesz to, co on robi tak, jakby to była odpowiedź na twoje działanie. Czyli tak, jakbyś mogła swoim działaniem wywoływać to, lub tego unikać. Próbujesz odkryć klucz. Rzecz w tym, że go nie ma. Po prostu. Jego wybuchy zazdrości tylko pozornie wiążą się z tym, jak się ubierasz. W rzeczywistości pojawiają się całkowicie losowo. Jak wyniki rzutu kostką. Gracze w kości trafiają w podobną pułapkę.

Wiele eksperymentów naukowych zorganizowano, by obserwować, jak ludzie reagują na sytuację, której wynik pozornie zależy od nich, jednak w rzeczywistości jest całkowicie losowy. Na przykład w jaki sposób "zabierają się" do rzutu kostką. Porównajmy to z rzutem oszczepem, kiedy starasz się rzucić jak najdalej. Rzut oszczepem to sytuacja zadaniowa. Musisz się sprężyć. Mobilizujesz się, koncentrujesz, zbierasz siły, rozpędzasz się jak najlepiej, mocny zamach i rzucasz. Starasz się. Kiedy ci nie wyjdzie, analizujesz swoją technikę i następnym razem próbujesz poprawić błędy. Cały twój organizm mobilizuje rezerwy, gdy umysł skupia się na tym zadaniu. A jak jest przy rzucie kostką? Wynik rzutu nie zależy od ciebie w żaden sposób prawda? Prawda. Na poziomie zdrowego rozsądku wszyscy doskonale wiemy, że tak jest. Niezależnie od tego jak bardzo będziemy się starać, wynik rzutu będzie jaki ma być. Jest losowy. Wszystko jedno, jak mocno się będziesz wytężać, szóstka lub jedynka są tak samo prawdopodobne. Jeśli nie wierzysz, spytaj tych, co stracili na tym fortunę.

Możesz trzymać kciuki, powtarzać mantry, wzywać babcię i dziadka, pluć przez lewe ramię albo silić się na nonszalancję... wszystko jedno. Kostka zrobi co zechce i przecież ludzie to wiedzą. Okazuje się jednak, że niezależnie od tej teoretycznej wiedzy, zachowują się przed rzutem kostką troszeczkę tak jak przed rzutem oszczepem. Pewne elementy ich zachowania wyglądają, jakby szykowali się do zadania. Ale przecież nie ma żadnego zadania, prawda? Czemu więc się mobilizują? Możemy powiedzieć, że sytuację losową instynktownie traktują tak, jak sytuację zadaniową. Mimo, że zadania nie ma (bo przecież wynik rzutu będzie losowy niezależnie jak by się natężali), ich organizmy szykują się do niego. Czegoś próbują. Ponieważ nie ma niczego takiego, co realnie ludzie ci mogliby zrobić, cała energia z tej ich mobilizacji znajduje ujście w działaniach irracjonalnych. Na przykład w mocnym zaciskaniu pięści, albo zagryzaniu warg. Albo powtarzaniu "szóstka... szóstka..." z maksymalnym, wewnętrznym skupieniem. W jakimś sensie można powiedzieć, że ludzie ci szukają przyczyny w sobie.

Próbują sobą zrobić coś takiego, co spowoduje wypadnięcie dobrego wyniku. Identycznie jest z ofiarą nieprzewidywalnych ataków partnera. Ataki te w żaden sposób nie zależą od ofiary. Spowodowane są wyłącznie napadami złego humoru lub paranoidalnej zazdrości sprawcy. Ofiara tak naprawdę nie robi nic, co je powoduje i nie jest w stanie zrobić kompletnie żadnej rzeczy, która by ją mogła przed tymi atakami uchronić. Pogodzenie się z tą prawdą jest jednak jakby niezgodne z ludzką naturą. Tak jakbyśmy byli fizycznie niezdolni do uznania, że coś nie zależy od nas i że nie mamy na coś wpływu. Szukamy klucza. I tak jak gracz w totolotka może poświęcić życie na żmudne obliczenia w poszukiwaniu "systemu", tak ofiara przemocy może zmitrężyć miesiące i lata na poszukiwanie w sobie i swym zachowaniu przyczyny ataków zazdrości domowego paranoika. Dlaczego właśnie dziś to się stało? Dlaczego właśnie teraz? A wczoraj było tak dobrze.. Co zrobiłam nie tak? Nic nie zrobiłaś "nie tak". Nie ma systemu. Nie ma przyczyny. Jest jedynie ludzka niezdolność do pogodzenia się z tym faktem i wewnętrzny przymus daremnego szukania bez końca. Równie dobrze możesz rzucać kostką i ubierać się zależnie od tego, co wyjdzie. Albo wróżyć ze skorup żółwiowych. Awantura będzie, kiedy ma być, niezależnie jak mocno ty będziesz się starać.

W przekonaniu o tym, że naprawdę coś zależy tu od nas, utrzymywać mogą nas także pochwały. Wyobraź sobie, że ktoś rzuca kostką "starając się" wyrzucić szóstkę, a uzyskane wyniki zapisuje po prostu na kartce. Obok ktoś inny także "stara się" wyrzucić najwyższy wynik, ale obok niego przy stole siedzi jeszcze kilka innych osób, które głośno dopingują go, komentują każdy rzut i krytykują za porażki. Kiedy wypadnie jedynka, ten ktoś słyszy głosy dezaprobaty, zawodu i zachęty, by bardziej się starał. Gdy wypada szóstka, rozlegają się oklaski i wiwaty. Gdy wypadnie szóstka dwa razy pod rząd, publiczność mu gratuluje. Jest oczywiste, że ta druga osoba szybciej i mocniej uwierzy, że ma jakiś wpływ na wyniki. Skoro chwalą i ganią, musi być przecież jakiś powód prawda? Przed każdym rzutem ktoś taki będzie więc bardziej się starać. Mocniej też będzie krytykować się sam za rzut nieudany. Trzy razy wypadła jedynka? Dekoncentruję się. Coś robię nie tak... skup się?

Obie osoby, ta przy pierwszym i ta przy drugim stoliku mają taki sam - zerowy - wpływ na wyniki. Ale w pochwałach i głosach rozczarowania oprócz emocji kryje się informacja. Skoro za coś cię chwalę lub ganię, komunikuję ci, że masz na to wpływ. Jeśli moje zdanie jest ważne dla ciebie, uwierzysz w ten wpływ, choćby go wcale nie było. Jak działa to w związkach?

Przypuśćmy, że zgodnie z nieomal stuprocentową regułą związków przemocowych nie tylko regularnie otrzymujesz ze związku coś złego, ale co pewien czas dostajesz też coś dobrego. Czyli na przykład nie tylko jest tak, że partner co pewien czas awanturuje się o to, jak jesteś ubrana, ale też co pewien czas chwali cię za ubiór. Przyjmijmy (bo tak często się zdarza) że zarówno awantura jak i pochwała mogą dotyczyć tego samego stroju, tylko w różnych momentach. Otrzymując pochwałę, nie tylko dostajesz po prostu przyjemne emocje. Pochwała za jakieś zachowanie jest przecież także komunikatem, że dane zachowanie jest w jakiś sposób od ciebie zależne. Kiedy ktoś chwali cię za coś, jednocześnie sugeruje ci, że mogłaś coś zrobić, by tę pochwałę otrzymać. Nawet jeśli doskonale już rozumiesz, że sposób skomentowania tego, jak jesteś ubrana, nie od ubioru zależy, tylko od humoru partnera, kiedy otrzymasz pochwałę za ubiór możesz poczuć satysfakcję. W tym przyjemnym uczuciu kryje się jednak pułapka. Jeśli poczułaś satysfakcję z pochwały, zarazem uwierzyłaś w to, że ona ci się należała.

Uwierzyłaś więc, że sytuacja zależała od ciebie. Że to twoje zachowanie, a nie humor partnera pochwałę tę wywołało. A jeśli tak, to następnym razem, kiedy ta sama sukienka wywoła jego złość, będziesz przekonana, że to nie on miał kaprys by się tym razem pozłościć, ale że to ty sama zrobiłaś coś nie tak. Im bardziej będzie zależeć ci na "szóstce" czyli na zadowoleniu partnera, tym większą będziesz więc mieć pretensję sama do siebie, gdy "wypadnie jedynka" czyli w sytuacji, gdy partnerowi akurat pojawi się potrzeba okazania dzikiej zazdrości.

Jakie mogą być ukryte formy tendencji do szukania przyczyny w sobie?

Dlaczego on to robi? No właśnie. To ważne pytanie. Często pojawia się chęć dopytywania o to nawet własnych terapeutów. Mniej czujny, działający w najlepszej wierze pomagacz może nawet nie zauważyć tego i nieopatrznie pójść w tym kierunku godząc się, byś godziny, za które płacisz czasem z własnej kieszeni, by mieć je dla siebie, zużywała na dysputy o nie swoich, a cudzych wewnętrznych procesach. Oczywiście, jeśli w to wejdziesz, nieuchronnie zaczniesz kręcić się w kółko. Próba lepszego rozumienia partnera jest jedną z najbardziej powszechnych ukrytych form szukania w sobie przyczyny jego zachowań. Paradoks? Dwa akapity wyżej napisałem słowa: "gdy partnerowi akurat pojawi się potrzeba okazania dzikiej zazdrości".

Przypuszczam, że u wielu osób w tym miejscu wzbudziło się zaciekawienie. Właściwie dlaczego ta potrzeba akurat teraz pojawiła się u tego faceta? Czemu właśnie w tym momencie poczuł, że powinien zrobić scenę zazdrości, albo rozpętać piekiełko krytyki? Skoro nie ja zrobiłam to swoim działaniem, to właściwie czemu on właśnie w tym momencie, a nie na przykład wczoraj?? Co go napędza?

Oprócz czystej ludzkiej ciekawości i naturalnej życzliwości dla drugiego człowieka, którego się szczęśliwie czy nieszczęśliwie ale jednak kiedyś tam sobie wybrało, pytanie takie może być formą poszukiwania klucza. Może więc być destrukcyjne. Jeśli będę wiedziała "czemu właśnie teraz" to będę mieć ten wpływ. Jeśli będę rozumieć zasadę, to obojętne jak absurdalna by ona nie była, znając ją będę mogła unikać jego niepożądanych zachowań. Będę więc starała się dostosować swoje zachowanie do tego, czego wymagają jego reguły gry. Odłożę na bok swoje potrzeby i samopoczucie, by osiągnąć cel - nauczyć się obsługi tej maszyny tak, by się nie złościła. To już trochę coś innego niż bezskuteczne natężanie się przy rzucie kostką. Tu już ono nie jest aż tak bezskuteczne. Bo oto znalazł się klucz. Udało się znaleźć metodę na unikanie jego złości. Czyli nie masz już motywacji by próbować zmieniać w swym życiu cokolwiek.

Autor : Paweł Droździak

39

Odp: Samotność w związku.

Austyczny facet, co za nick.
Dziękuję za wklejenie artykułu.
Jest bardzo ciekawy i pouczający.
Może przeczyni się do rozwiązania problemów forumowiczek, które tu, na forum,
szukaja pomocy?

40

Odp: Samotność w związku.

Jagoda01 rozumiem to świetnie.mam ten sam przypadek.sex najlepiej przed kompem.potrafie iść się kąpać a M.juz zaspokaja się.raz go przyłapałam.awantura pomogła tylko na 2tygodnie.naoglada się tych ku... A potem ty nie wyglądasz tak jak one.no fakt sylikonow niemam.te filmy porno to młodym mężczyzna roba wode z mózgu.jedynie co zostaje to dowartościować sie i znaleźć kochanka.

41

Odp: Samotność w związku.

Mrozirma,
Zwróć uwagę na to, że zwykle osoby niezadowolone z pewnych zachowań partnera nie mają problemów z wyrażeniem tego, z czego są niezadowolone. Wystarczy przeczytać np. post wyżej napisany przez alys.
Najgorzej jest wtedy, gdy jesteś niezadowolona, ale trudno wyrazić - dlaczego. Partner jest niby w porządku, ale cię krzywdzi. Mało tego, nikt z twojego otoczenia nie rozumie czemu się go czepiasz i czemu masz poczucie, że jesteś samotna w związku. Przecież się tobą opiekuje, zależy mu na tobie, nic ci takiego nie robi. A że jest humorzasty ? Że przepracowany ? A kto nie jest ? Ten artykuł świetnie tłumaczy jak to się dzieje. I w sumie, jeśli się tak dobrze zastanowić, to lepiej uciekać od takiego partnera gdzie pieprz rośnie, niż się doszukiwać winy w sobie.

42

Odp: Samotność w związku.

Autystyczny facet to po co ty siedzisz na tym forum jak jesteś zadowolony ze związku.I jakieś pierdolety wklejasz pouczające.dla twojej informacji bez winy sie nieczuje

43

Odp: Samotność w związku.

alys,
Związku już nie ma. Więc nie mam z czego być zadowolony lub niezadowolony.
Wklejam, ku przestrodze. Dla jednych pierdolety, dla innych nie.
Mój związek się skończył, bo - właśnie - chodziło o te pierdolety. Te pierdolety były przyczyną, że związek nie mógł przetrwać.
Uważam, że jesteś w lepszej sytuacji niż ja. Wiesz z czym walczysz, ja nie wiedziałem. A jak wiesz z czym, to możesz działać.
Twojego postu nie krytykowałem, a mam wrażenie, że tak to odebrałaś. Chodziło mi o podanie przykładu pozytywnego. Ona przynajmniej wie z czym walczy.
Po co tu siedzę ? A po co ty tu siedzisz ?

Posty [ 44 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Samotność w związku.

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024