Witajcie.
Kilka dni temu zostałem zostawiony, a przy tym bardzo zraniony przez moją byłą już dziewczynę. Cała sytuacja wygląda tak:
Półtora roku temu wykryto u mnie pewien przewlekły nowotwór, który nie daje przerzutów. Leczenie się powiodło, ale żeby być zdrowym i by choroba nie wróciła, muszę każdego dnia brać jedną małą tabletkę.
Nie muszę chyba dodawać że cała sytuacja odbiła się na mojej psychice (tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawę jak bardzo). Pół roku temu poznałem dziewczynę (oboje mamy po 26 lat), zaczęliśmy się spotykać, wszystko było idealne. Na studiach został mi do zaliczenia jeden przedmiot, bardzo trudny, który nie zaliczyłem już wcześniej przez chorobę, jednak postanowiłem się nie poddawać. Zresztą dziewczyna bardzo się ucieszyła że jednak wróciłem na te studia. Bardzo o nią dbałem, podwoziłem często do pracy, odwoziłem do domu, wysłuchiwałem narzekań, oferowałem pomoc w rozwiązaniu problemów. Układało się nam.
Właściwie miałem przez te ostatnie pół roku sporo czasu, mogłem iść do pracy, ale miałem problemy z zebraniem się, wmawiałem sobie że najpierw zaliczę ten brakujący przedmiot, cały czas brakowało mi chęci by nawet CV jakieś wysłać. Źle mi z tym było że nie potrafię się w sobie zebrać i iść do tej roboty. Pieniędzy mi nie brakowało.
Mojej dziewczynie to zaczęło przeszkadzać, że tak sobie siedzę w domu, że czas leci a mam już tyle lat. Dwa tygodnie temu zrobiła mi o to awanturę, wysłałem parę CV, lecz wiedziałem że i tak mogę dopiero jakąś pracę zacząć od lipca (zaległy przedmiot to kilkanaście osobnych zaliczeń, prawie cały czerwiec).
Około tygodnia temu przestała się do mnie odzywać, tylko krótkie telefony że idzie spać, dobranoc i takie tam. Kilka dni temu chciała się spotkać w parku, ja już wiedziałem co się święci.
Zerwała, powodem zerwania miał być mój brak pracy, że nie ma we mnie oparcia i że ją okłamałem.
Zarzuciła mi że jej nie powiedziałem że przez ten lek który biorę, nie mogę mieć dzieci, bo będą miały wady rozwojowe, że ktoś jej tak powiedział i że męczyła się z tym faktem przez ostatni tydzień, a na dodatek potwierdził to jakiś lekarz.
Dla mnie to był szok, bardzo pragnę mieć swoje dzieci, załamałem się przy niej, nie miałem o tym pojęcia. Zorientowała się że nic nie wiedziałem, zaczęła mnie jakoś nieudolnie pocieszać, przytulać.
Wróciłem roztrzęsiony do domu, zacząłem szukać informacji na ten temat . Właściwie to znalazłem jakieś szczątkowe informacje, jednak głównie chodzi o kobiety w ciąży, o toksyczność dla płodu. W samej ulotce leku, nic na ten temat nie ma, tylko o kobietach w ciąży. Na jednej ze stron wyczytałem nawet że nie stwierdzono zmian w płodach, których ojcami są pacjenci przyjmujący ten lek. Jednak jedna strona potwierdziła słowa mojej dziewczyny( że mężczyźni stosujący ten lek, muszą stosować antykoncepcje, tylko takie zdanie...)
Jaka jest prawda, nie wiem, będę wiedział dopiero w poniedziałek gdy się spotkam z moim lekarzem prowadzącym...
Czuję się fatalnie, zostałem z tym sam. W piątek miałem jedno z zaliczeń, i szczerze mówiąc bardzo kiepsko to wygląda, pisałem to, a tak jakby mnie tam nie było, myślami byłem gdzie indziej. Powinienem się uczyć, ale nic mi nie wchodzi. Na dodatek dalej coś do niej czuję, chciałbym żeby wróciła i żeby było jak dawniej. Wszystko się zawaliło jak domek z kart, jednego dnia, w jednej chwili.
Myślę o psychologu, nie spałem już drugą noc z rzędu, ledwo to piszę. Brakuje mi jej, do poniedziałku jeszcze daleko... Nie wiem co zrobić...
Lubię czytać to forum, trzyma poziom, widzę że można uzyskać tu pomoc, a teraz sam jej potrzebuję....