Hej, to mój pierwszy post tutaj, potrzebuję sobie coś poukładać, skorzystać z rad doświadczonych.
Trochę pewnie się rozpiszę by jaśniej ukazać wszystko. Mam nadzieję, że ktoś przeczyta i pomoże lub opieprzy jak będzie potrzeba.
Mam 21lat, jestem właściwie w pierwszym poważnym związku z 27letnim mężczyzną. Niestety dzieli nas 150km. Są to dopiero kilkumiesięczne początki, ale znamy się już 2 lata. Mam nieco poważne jak na wiek podejście do związków, nie dla mnie chodzenie za rączkę, kilkuletnie związki weekendowe, testowanie się itd. Perspektywa zamieszkania razem (bez ślubu czy dzieci) w ciągu roku, jest jak najbardziej odpowiednia, szczególnie przy związku na odległość. O czym mój facet wiedział bo lubię pewne sprawy wyjaśniać od razu, by po pół roku zauroczenia nie wyszło "Ojej, Ty czekasz z seksem do ślubu" itp.
Jestem na 1 roku studiów dziennych, utrzymują mnie rodzice, ale zaczęłam szukać i od przyszłego miesiąca zaczynam pracę na pół etatu (zarobek mały, ale na czas studiów ok). Na razie jest mi ciężko pogodzić to ze studiami (przechodzę szkolenia), lecz mam nadzieję, że dam radę. Mój facet jest marynarzem, aktualnie czeka na kontrakt. I w tym tkwi problem.
Zależy nam na sobie, dlatego jest mi ciężko z odległością, wizją niewidzenia się przez kilka miesięcy itd jednak to nie jest główny problem. Otóż, mój partner ma problem z załapaniem się na kontrakt. Wiadomo jak jest, sytuacja na rynku pracy nigdzie nie jest łatwa. Musiał trochę odpocząć po długiej służbie, pozałatwiać jakieś szkolenia czy kursy do pracy, ale jest już 8-9 miesiąc w domu. Miał mieć kontrakt miesiąc temu, ale coś nie wyszło. No zdarza się.
Pomyślałam, że skoro kontrakt przesunął się, fajnie by było na wakacje z miesiąc skromnie pobyć razem przed jego wyjazdem, bo widujemy się tylko na weekendy, czasem w tygodniu (on by mógł znaleźć pracę tymczasową u mnie w mieście a mieszkam w sporym więc na jakąkolwiek robótkę są szanse).
Ale no dobra, mieszkanie razem nie dla każdego jest proste, wielu facetów latami przed tym się wymiguje więc do tego wagi aż tak nie przykładam.
Jednak z pracą się zaczęło. Prawda jest taka, że nie wiadomo kiedy dostanie kontrakt, tak, ma oszczędności więc guzik mi do tego, prawda? Jednak wg mnie co szkodzi szukać czegoś tymczasowego, rozglądać się a nuż trafi się ciekawsze praca na lądzie na stałe (a myślał o tym). Nie, dla niego to jest problem a ja jestem wymagająca i mu układam życie.
Owszem, rządzę się, jednak nie rozumiem go. Szczególnie, że kilka lat temu był w takiej sytuacji, że nie mógł załapać kontraktu i naprawdę kiepsko mu się wiodło i brał każdą robotę co była (a mieszka u siebie w domu z rodzicami).
Na moje słowa odpiera, że się stara, ewentualnie nie mówi nic...tylko jego staranie polega na czytaniu ofert marynarskich i pytaniu się w agencjach gdzie jest zapisany, to dobrze, że tego pilnuje bo to główny cel, ale nie wiem, co stoi na przeszkodzie by szukać pracy na lądzie RÓWNOLEGLE? I właśnie mi nie chodzi by koniecznie coś znalazł, po prostu by wykazywał staranie.
A będzie miał szczęście to nie będzie musiał uszczuplać oszczędności w oczekiwaniu na kontrakt (a paradoksalnie on miał zamiar odkładać pieniądze wiele lat i potem kupić mieszkanie...a w tym czasie mieszkać u rodziców, ale chyba zrezygnował już z tego pomysłu, choć nie wiem).
To brzmi strasznie materialistycznie, ale jak mam uprawiać seks z facetem i nie wiedzieć co będzie jak nie daj boże wpadniemy? Powiedział, że znajdzie niby wtedy pracę na lądzie i poniesie konsekwencje. Ale ja się zastanawiam jakim cudem skoro on teraz z samego SZUKANIA PRACY robi niewiadomo co, jak mam sądzić, że wtedy akurat się zepnie w sobie?
Wiem, że ludzie się rozstają, może za miesiąc już nie będziemy razem, ale skoro aktualnie jestem z nim to coś tam myślę o przyszłości. I nie wiem jak to ma być gdy ktoś opiera życie na "chceniu". Bo on chce pływać. Ja to rozumiem, też wiele rzeczy chcę, ale skoro ich nie mogę robić to robię to co MOŻLIWE aktualnie.
Rozmawialiśmy o tym ze 2-3 razy tylko, ale wiem, że czuje się atakowany przeze mnie i że mam go za nieudacznika. Ale tłumaczyłam mu, że nie o to chodzi.
Mam też swoje powody czemu zwracam na to uwagę. Generalnie mój ojciec jest człowiekiem kompletnie nieodpowiedzialnym, któremu nie opłaca się pracować za psie pieniądze, lepiej nie zarabiać nic i czekać na ofertę w tym czym się zajmuje. Tylko, że przez to zawala swoje zobowiązania np. alimenty to pal licho.
Poza tym pewnie bym coś jeszcze na jego niekorzyść wymieniła, jednak to raczej bzdury, zabawne głownie, ale naprawdę niesamowicie troszczy się o mnie, pomaga mi itd, skąpcem żadnym nie jest. Oczywiście mamy jakieś spięcia, ale raczej z powodu popędliwych charakterów.
I ja nie wiem, czy naprawdę jestem zbyt wymagająca?
Bo nie robię tego jakoś celowo by go zdołować, bo jak dla mnie samo rozejrzenie się za czymś, przedzwonienie nie wymaga wysiłku a przecież jak nie będzie mógł znaleźć pracy mimo starań to nic nie powiem bo nie taki był mój cel.