Witam Was kobiety i mężczyźni, o ile takich można znaleźć na kobiecym forum;)
Czytam forum od dłuższego czasu, spotykam wiele wątków, które równie dobrze sama mogłabym napisać i niektóre rady są naprawdę trafne. Dlatego też postanowiłam opisać jeden z wielu swoich problemów w nadziei na to, że i dla mnie znajdzie się ratunek.
Tak gwoli wprowadzenia - mam 21 lat, studiuję kierunek dosyć ciekawy i bardzo humanistyczny
Pomijając moje problemy z depresją (?) (nie jest bowiem zdiagnozowana, ale innego wyjaśnienia tego, co się ze mną dzieje nie znajduję) mam również problem z samooceną.
Wśród rodziny byłam najmłodsza-mam tylko starszego brata, kuzynostwo też jest średnio o kilkanaście lat ode mnie starsze. Zawsze więc byłam tą głupiutką, która nie ma nic mądrego do powiedzenia w takim towarzystwie. Rodzice nie pozwalali odzywać mi się w obecności rodziny, żebym nie palnęła czegoś głupiego albo nie wyjawiła jakiejś rodzinnej tajemnicy. Szczególnie mama strofowała mnie za każdym razem, kiedy cokolwiek powiedziałam. Często też byłam przez rodziców i brata wyśmiewana. Te dla mnie przykre doświadczenia z dzieciństwa doprowadziły do tego, że teraz, mając 21 lat boję się odezwać w towarzystwie kogokolwiek. Nie ma znaczenia, czy to byłaby jakaś ważna osobistość, czy pani z warzywniaka; starsza osoba, czy młody dzieciak.
Stąd też chyba wzięły się moje problemy z samooceną. Bardzo często miewam momenty, kiedy uważam się za głupiego i brzydkiego pustaka, który nie zasługuje w życiu na nic dobrego. Dodam, że przeplata się to z chwilami kiedy czuję się silna, piękna i mądra-takie wahania nastroju są u mnie na porządku dziennym.
Patrząc obiektywnie-nie narzekam na brak powodzenia u płci przeciwnej, od zawsze bardzo dobrze się uczyłam bez większego wysiłku. Czasem wydaje mi się, że mam naprawdę sporą wiedzę ogólną. Udzielam się charytatywnie, czytam dużo książek i nawet sama próbuję coś pisać. I kiedy już myślę o sobie dobrze, wtedy właśnie jedno drobne niepowodzenie sprowadza mnie na ziemię.
Bardzo przejmuję się tym, co ludzie o mnie pomyślą-to też chyba wyniosłam z domu. Szczególnie moja mama przejmuje się opinią innych, nie pozwalała mi nawet wychodzić z chłopakiem (kiedy go jeszcze miałam) na spacer bo "co ludzie powiedzą".
Ogólnie z rodzicami nie mam najlepszego kontaktu-jakoś nigdy nie interesowali się niczym poza szkołą i tym, czy czasem im wstydu nie narobiłam. Nie byłam przytulana, nikt nie mówił nigdy, że mnie kocha, akceptuje. W czasach szkolnych wciąż byłam porównywana do innych-wiecie, coś w stylu:" A dlaczego on dostał 6, a ty tylko 5?". Kiedy zajmowałam powiedzmy 2. miejsce w konkursie i liczyłam na chociażby małą oznakę dumy czy radości słyszałam tylko "A dlaczego nie pierwsze?". Tak mniej więcej wyglądało 20 lat mojego życia;)
Kiedyś obwiniałam swoich rodziców o wszystkie moje niepowodzenia, teraz jednak wiem, że jako osoba dorosła muszę sama wziąć odpowiedzialność za swoje życie i robić wszystko, aby je zmienić. Brak mi jednak sił i motywacji...Boję się miłości, boję się kontaktów z innymi ludźmi. Kiedy ktoś proponuje mi spotkanie robię wszystko, aby się wykręcić, wymyślam, odmawiam. To skutkuje tym, że czuję się samotna. Nie mogę się jakoś przełamać, żeby to zmienić...Wspomniałam o powodzeniu u chłopaków-fakt, nie mogę narzekać. Tylko co z tego, skoro ja nawet boję się z kimś rozmawiać przez telefon, komunikator czy sms. Boję się po prostu, że braknie mi tematu, nie będę potrafiła pociągnąć rozmowy i zrobię z siebie idiotkę. Wydaje mi się, że nie jestem dostatecznie mądra i ładna, żeby z kimś być, że nie zasługuję na miłość. W każdej oznace zainteresowania węszę podstęp, nie potrafię uwierzyć, że komuś mogłabym się spodobać.
Wylewam te swoje żale i zdaję sobie sprawę, że to strasznie chaotyczne. Pewnie dlatego, że z nikim nigdy nie miałam odwagi o tym porozmawiać i teraz, kiedy odważyłam się tutaj napisać nie wiem tak naprawdę, jak to ogarnąć. I teraz już sama nie wiem, czy liczę na rady, czy zwyczajnie potrzebowałam to z siebie wyrzucić...