Witam,
Czytam różne fora i myślę sobie, że niczym nowym nie będzie to o czym napiszę, jednakże muszę to z siebie wyrzucić i liczę na to, że znajdzie się ktoś, kto coś podpowie.
Jestem mężatką od 3 lat; związek ogólnie trwa ponad 5. Mamy 3 letnią córeczkę i gdyby tak stanąć z boku i popatrzeć, to wyglądamy na idealne małżeństwo...wyglądamy niestety, bo tak nie jest.
Problem zaczął się kiedy zaszłam w ciążę i co ważne było to dziecko planowane. Mam 24 lata więc łatwo się doliczyć ile miałam kiedy zaplanowałam sobie życie Mąż wydawał mi się być ideałem, choć wszyscy moi bliscy zawsze powtarzali: to nie chłopak dla ciebie, daj sobie spokój, on nie jest materiałem na męża...no ale cóż jak wiadomo ludzie uczą się na błędach i to niestety nie cudzych lecz własnych ;/ kiedy zaszłam w ciążę rodzina mojego wtedy chłopaka zmieniła stosunek do mnie o 180'. Zaczęli mnie lekceważyć, poniżać, uważali, że jestem niczym bo przecież nie mam stałej pracy ani własnego domu i czymże ja w ogóle jestem, że mam doznać zaszczytu bycia żoną właśnie jego! Podkreślam, że nie jest on jedynakiem, ale nie wyklucza to jego rozpieszczenia. Rodzice całe życie robili wszystko za nich, mama nawet łyżkę donosiła kiedy zupa stała na stole a jeść czym nie było. Nigdy nie mieli żadnych obowiązków, a pieniądze jakie zarobili zawsze tylko ciuszki, siłowania, solarium itd zero pomyślunku o przyszłości, o czymś własnym TOTALNE nic. No ale wracając do tematu wszystko zaczęło się własnie od tego, że jego bliscy swym zachowaniem robili wszystko by nas rozdzielić. Dodam fakt, iż miałam bardzo wysoki stopień zagrożenia ciąży i nerwy w mym przypadku mało korzystnie wpływały na utrzymanie dziecka na szczęście córa jest cała i zdrowa, lecz naleciałości po moich nerwach ma i to bardzo widoczne.
Niestety żadna z moich próśb ani tłumaczeń nie docierały do męża i pozwalał na byle jakie traktowanie mnie. Zawsze tłumaczyłam mu, że jeżeli nie postawi się za mną to jego rodzina nigdy nie będzie mnie szanować i że to bardzo niekorzystnie będzie wpływało na nasze relacje. Dodam iż problem ze strony jego rodziny a dokładnie jego brata i żony czyli jego bratowej zaczął się od samego początku naszej znajomości. Ona nie mogła pogodzić się z myślą, że na horyzoncie pojawiła się nowa osoba-dziewczyna, którą to teraz będą zainteresowani ich bliscy. Cały czas nagadywała na mnie i buntowała przeciwko mnie a mój mąż patrzał na to i tłumaczył mi, że to się niedługo zmieni, że będziemy jedną wielką rodziną ? jak widać moje tłumaczenia nic nie dały i sprawdziło się wszystko co mówiłam ? czyli to, że będą jedną z przyczyn naszych kłótni. Później przestałam się już tym przejmować, stwierdziłam, że wieczne tłumaczenie nic nie daje, wzięłam się za siebie i postanowiłam, że będę to zlewać bo go kocham i chcę z nim być. Kolejny problem pojawił się wtedy, kiedy mąż zaraz w pierwszym miesiącu mojej ciąży stracił prace i nie miał zamiaru w ogóle żadnej innej szukać. Uważał, że chce być przy mnie by mnie wspierać ? czego nie robił i tylko przyglądał się temu jak cierpię. Cała ciąża była dla mnie jednym wielkim bólem...zmuszona do mieszkania u teściowej bo mąż nie poczuwał się do odpowiedzialności, zawsze sama, zero wsparcia i pomocy. O wyprawkę dla dziecka tez starałam się sama. Wreszcie 2 miesiące przed rozwiązaniem zmusiłam męża silą do wynajęcia kawalerki. Pomijam fakt iż wszystko związane z życiem było na mojej głowie. On w niczym nie pomagał. Urodziła się córa, znalazł prace, którą szybko stracił bo jej nie szanował. Ja nadal walczyłam o niego o nas. Później zamieszkaliśmy u mojej mamy bo on pracy nie miał. Cała moja rodzina mimo iż za nim nie przepadała to robiła wszystko żeby tylko nam pomoc a on zero wdzięczności, zero dziękuję wiecznie tylko mało i złe. Po 2 latach rozstaliśmy się miałam dosyć. Wsparcia jak nie miałam tak nie miałam, niezaradny, nieodpowiedzialny, czasu dziecku nie poświęcał a do tego wszystkiego wiecznie robił mi awantury bo ciągle było mało i źle. Nie byliśmy ze sobą 4 miesiące, byłam spokojna i nie brakowało mi go. Córka tez się wyciszyła bo wcześniej tylko widziała jak się kłócimy i żeby przerwać nasze wojny, robiła wszystko by zwrócić swoja uwagę. Bolało mnie to strasznie bo dziecko jest dla mnie najważniejsze i zawsze marzyłam o tym, ze dam mu dom i ciepło rodzinne. Po 4 miesiącach uległam jego łzom i obietnicom i wróciłam. On wynajął mieszkanie i jakoś możne przez miesiąc było ok. Później znowu zaczęło mu odwalać. Znów pokazał jakim jest egoista. Ja siedziałam w domu z dzieckiem, prałam, gotowałam, sprzątałam a on jak kawaler. Po obiadku spanie, później siłownia a później to cokolwiek byleby się nie przemęczać i z dzieckiem nie bawić. Nie wytrzymałam zrobiłam mu awanturę, że mam dosyć jego postępowania, tego jak mnie traktuje, ze wiecznie ma pretensje, ze nie pomaga, ze dziecku czasu nie poświecą, ze jak pozwoli wyjść mi z domu to później miesiącami mi to wypomina i co najważniejsze, że kłamie i ze nie przeszkadza mu fakt, iż firma w której pracuje nie wypłaca mu pieniędzy. O to kłótnie są do dziś. Mamy kwiecień a on dopiero dostał ostatnia z części swej wypłaty za styczeń-żałosne. A najbardziej wkurza mnie fakt, ze kiedy pytam dlaczego nie zmieni pracy- odpowiada mi ze on lubi swoja prace i ze mu się tam podoba. OK podoba Ci się, ale masz dziecko na utrzymaniu, nie czujesz się źle kiedy za każdym razem pomaga nam finansowo moja rodzina? A gdzie w tym jest Twoja rodzina- pytam go- to się tłumaczy, że oni ile mogą tyle dają.... nie będę tego komentować prawda jest taka, że gdyby nie moja rodzina i moja praca to nie miałabym z czego dziecku dać jeść. Kilka dni temu dowiedziałam się, ze on założył sobie drugie konto i ze sobie tam oszczędza pieniądze- niby ze na nasze wakacje. Pytam go jak to jest możliwe, ze ja nie imam złotówki i proszę moich bliskich o zakupy bo chce mieć dać co jeść córeczce a ty odkładasz sobie kasę i kłamiesz w żywe oczy ze ty tez nie masz? Stwierdzi, ze nie widzi w tym nic złego i że nie myślał o tym bo wiedział, że ja pieniądze zawsze załatwię ŻAŁOSNE non stop się kłócimy i rozstajemy. Córa jest przesiąknięta nerwami. Chodziłam z nią nawet na terapie ponieważ nie jestem w stanie z pewnymi rzeczami sobie poradzić. On teraz udaje wielkiego super tatę, gdyż z konieczności został zmuszony do opieki nad dzieckiem pod moją nieobecność i dopiero teraz załapał z nią kontakt. Nie wspominałam tez o tym ile razy mnie pozniżał, ile razy w nerwach i po wypiciu alkoholu mówił, ze mnie nienawidzi, ze zrujnowałam mu życie, ze jestem beznadziejna, bezwartościowa, ze jest ze mną tylko dla dziecka, ze ja nie zasługuje na nic i ze jak się rozstaniemy to urwie kontakt z dzieckiem bo jest zbyt piękny i młody żeby marnować sobie życie. Później mówi, ze on tak nie myśli, ze on to w złości mi mówił, ale od 3 lat to słyszę i nie wierze, że kieruje się nerwami czy alkoholem tym bardziej ze ludzie wypici mówią to co myślą. Ogólnie uważam go za dobrego człowieka, nie ma problemu z alkoholem, nigdy mnie nie uderzył, ale myślę ze on nie dorósł i ze nie dopasowaliśmy się. Ja nie mam z nim ani jednego wspólnego tematu prócz dziecka. Wieczory z nim to porażka, albo się kłócimy albo każde z nas idzie w swoja stronę. Swoim zachowanie odepchnął mnie do siebie, od ponad roku nie odczuwam żadnych potrzeb fizycznych. Nie napisałam również, ze kiedy mieszkaliśmy u mojej mamy w każdą sobotę wyzywał mnie i mówił ze odchodzi.Wychodził z torbą, trzaskał drzwiami a wieczorem wracał i mówił, że on nie chce odejść. Pastwił się nade mną psychicznie co robi do dziś. Mam dosyć. Tyle kłótni , tyle rozstań i za każdym razem bierze mnie na litość. A ja jak dziecko się na to łapie, bo obieca mi, że się zmieni, ze mnie kocha, ze dopiero teraz zrozumiał co źle robił, ale jego zmiana trwa masz 2 tyg i na nowo jest to samo. I znów te same obietnice. Nie umiem z tym dłużej żyć, nie potrafię mu wybaczyć, bo kiedy staram się postawić kreskę i zacząć od nowa on ponownie zaczyna być takim jaki był i wszystko mi się przypomina. Jestem pewna, ze go nie kocham, nie mogę na niego patrzeć, denerwuje mnie jego obecność, wkurza mnie kiedy coś mówi i chciałabym odejść, ale swym zachowaniem tak zniszczył mnie psychicznie, ze zaczynam myśleć czy to możne ze mną jest coś nie tak? Czy może to ja za dużo wymagam, że może powinnam potrafić wszystko zapomnieć i postawić kreskę? On twierdzi, że ja muszę chcieć to naprawić i że muszę się o niego starać, okazywać mu uczucia bo on kocha mnie najmocniej na świecie i życie beze mnie straci sens. Zaczyna płakać, puszcza swoje wiązanki o tejże miłości i ja wymiękam. Mowie mu wtedy że chciałabym najpierw zobaczyć jakieś zmiany z jego strony, ze tyle lat go wspierałam i starałam się o niego a on miał mnie gdzieś, że dziś nawet nie potrafię mu zaufać. Nie wierze w jego obietnice. Tyle razy się rozstawaliśmy. Od samego początku kiedy zaszłam w ciąże jest źle ? to już prawie 4 lata. Mecze się w tym związku, nie jestem szczęśliwa, moi bliscy to widza i mówią tylko, ze jaka decyzje nie podejmę to w takiej będą mnie wspierać, ale ja nie potrafię...szkoda mi jest dziecka.
Nie powiem, że nigdy na niego nie nakrzyczałam bo i owszem czasem tez powiedziałam za dużo. Nie uważam siebie za świętą, ale wiem ze kiedy ja się starałam i walczyłam on miał to w dupie. Dziś powstrzymuje się od kłótni, ale tylko dlatego ze nie chce by córka to widziała, dusze wszystko w sobie. Nie uważam siebie za osobę bez winy, aczkolwiek wiem, ze dałam mu już wiele szans i ze naprawdę próbowałam a on miał to gdzieś. Dziś stwierdził, ze kiedy on chce to ja nie chce, a kiedy ja chciałam to on nie chciał, że się mijaliśmy i żebyśmy wreszcie zeszli na jedną drogę, ale ta gadka tez trwa już ponad 3 lata i tak na okrągło. Nie bardzo wierze w to, ze się zmieni, gdyby miało tak być zrobiłby to po pierwszym poważnym rozstaniu a tu nic....jego matka tez ma wszystko w dupie, wiele razy próbowałam z nią rozmawiać, to tylko powtarzała, ze ona swoje dzieci dobrze wychowała, ze ona się nie wtrąca w problemy małżeńskie i ze z drugiej strony narzekań nie słyszy. Ale kiedy jego brat z żoną się pokłócą to ona jest pierwsza by ich pogodzić, bo tamtej jakby mogła to by w dupę weszła. I tak to u mnie wygląda, jestem z nim bo mi go żal kiedy płacze, żal mi dziecka ? boje się ze zniszczę jej życie a tego nie chce, ona jest dla mnie najważniejsza.
Co mam robić? Co o tym myślicie? Proszę o odpowiedź ![]()