Żyję w otwartym związku od 2,5 roku, więc myślę, że moje doświadczenie może wnieść coś nowego do dyskusji.
Przede wszystkim, nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem Remi:
Ludzie którzy stosują model inny niż "wierność dla danego partnera" są po prostu nieszczęśliwi. Szukają więc szczęścia poza związkiem swoim dorabiając do tego ideologię, by usprawiedliwić swoje postępowanie.
Od tego też zacznę swoją wypowiedź, zanim wrócę do pytań postawionych przez autorkę temat. Otóż moim zdaniem, skłonność do monogamii czy też poliamorii (bo tak nazwano to zjawisko, o którym mowa) przejawia się podobnie jak orientacja seksualna. Istnieją osoby heteroseksualne, homoseksualne, biseksualne i eksperymentujące. W temacie poliamorii można wyodrębnić bardzo podobne grupy - osoby deklarujące się jako wyłącznie monogamiczne, wyłącznie poliamoryczne, umiejące odnaleźć się w obydwu modelach związków i eksperymentujące. I podobnie jak z orientacją seksualną moim zdaniem tego typu preferencji się nie wybiera się na skutek kaprysu, a z uwagi na pewne predyspozycje, w zależności od okoliczności, w których dana osoba się wychowała i pewnie też od genów (chociaż nie wiem, czy jakieś badania na ten temat postały).
Wracając do cytatu Remi, uważam siebie za osobę szczęśliwą, a tym bardziej, że poukładałam swoje życie w taki sposób, że niczego przed nikim nie muszę ukrywać ani udawać. Moja rodzina wie, jak wygląda moje życie, z moim Przyjacielem szanujemy się i kochamy, a wspólnie chętnie eksperymentujemy na różnych płaszczyznach erotycznych - nie tylko tych związanych z otwieraniem się na osoby trzecie. NA czym polega moje szczęście? Na tym, że nie mam wątpliwości co do uczuć w moim związku, czuję się akceptowana i zrozumiana - zarówno przez Przyjaciela, jak i bliskich.
Jednak na moje szczęście wpływa też szereg czynników wewnętrznych. Dążę do samorealizacji, potrafię się cieszyć małymi rzeczami, lubię mieć święty spokój, potrafię o siebie zadbać (sport, zdrowa dieta), chętnie poszerzam swoje horyzonty, pracuję na siebie. Wiadomo, zawsze mogłoby być lepiej, ale to już chyba byłoby pazerne w moim wypadku, ponieważ uważam, że znalazłam swój złoty środek w życiu i czuję się spełniona. Dodatkowo także, mam partnera, który kocha mnie taką jaką jestem
Nie oznacza to jednak, że nie mam w życiu problemów - mam, ale raczej nie mają one wpływu na moje poczucie szczęścia i poczucie własnej wartości.
Tak więc, jak czytam dalej, że:
Wierność nierozerwalnie wiąże się z miłością oraz szacunkiem do drugiego człowieka. Gdy tego jest brak wierność jest kłopotem.
to automatycznie wiem, że autor nie spotkała zbyt wielu par żyjących w otwartych relacjach - takich budowanych w oparciu o wzajemny szacunek, głębokie uczucia i szczerość. Nie twierdzę tym samy, że to nie występuje w relacjach monogamicznych, wręcz przeciwnie - moi rodzice od ponad 28 lat żyją w związku monogamicznym, mają się świetnie i kochają się na "dobre i złe". Tak więc nie podważam racji bytu "tego jedynego" - ale mi taki model nie odpowiada. A ponieważ mam wolną wolę i możliwość wyboru, to wybrałam sobie inny model związku, w którym żyję i cieszę się, że znalazłam mężczyznę, z którym się doskonale w tej materii rozumiemy.
Uważam, że większość ludzi biorących ślub nie ma pojęcia czym jest miłość, dlatego nie mogą być na dłuższą metę wierni.
Myślę, że w tym miejscu należałoby rozgraniczyć problemy z wiernością w związkach monogamicznych, a związki otwarte. W związkach poliamorycznych pojęcie zdrady - tak rozumianej, jak "skok w bok za czyimiś plecami" - nie występuje.
Wracając natomiast do pytań postawionych przez autorkę tematu:
sam22 napisał/a:Swingowanie jest o tyle dziwne, że się chodzi na seks razem i żona widzi jak mąż to robi z inną. Więc po co razem tam chodzić?
Nie tylko żona widzi, jak mąż robi to z inną, ale także bardzo często mąż widzi jak żona robi to z innym - albo z innymi. A chodzą tam razem, aby razem to przeżyć i razem się tym cieszyć - przynajmniej w mojej relacji taka jest motywacja, a za innych nie chcę się wypowiadać. Nie wyobrażam sobie raczej, że mogłabym iść sama do takiego klubu, bez mojego Przyjaciela. Wręcz przeciwnie, w takich momentach jest dla mnie bardzo ważne aby był przy mnie. On też nigdy do takich miejsc sam nie chodzi, zawsze idziemy razem, albo zabieramy czasami jeszcze naszą dobrą koleżankę.
Co czuję, kiedy widzę jak on uprawia sex z inną kobietą? Na ogół radość z faktu, że się dobrze bawi. Czasami poczuję lekkie ukłucie zazdrości, które działa na mnie raczej motywująco, a on tym bardziej lubi, jak widzi to w moich oczach. Jednak w trakcie spotkań z osobami trzecimi - razem czy osobno, zawsze mamy ze sobą kontakt, który wypływa z potrzeby serca i dzielenia się przeżyciami, a nie z potrzeby kontrolowania kogokolwiek. Nie muszę się stresować, gdzie i z kim mój Przyjaciel spędza noc, kiedy nie ma go w pobliżu - bo wiem z kim i jak ona ma na imię i sama też chętnie wcześniej do niej zadzwonię i życzę jej udanego wieczoru.
To już lepiej osobno chyba. Wtedy mamy otwarty związek, tak? Pytanie jak to jest w otwartym związku? Mąż mówi do żony "Hej! Nie będzie mnie w weekend bo idę do Asi?".
Akurat nasza koleżanka też ma na imię Asia i mój Przyjaciel nie musi mówić "nie będzie mnie na weekend" bo zazwyczaj jak już, to jest to jeden wieczór raz na jakiś czas, kiedy spędzają go sam na sam, a w większości wypadków po prostu zapraszamy Asię do nas i spędzamy czas w trójkę. Trochę inaczej to wygląda w drugą stronę, czyli kiedy ja spotykam się z kimś trzecim, bo zazwyczaj spotykam się ze swoim kochankiem kiedy mój Przyjaciel ma zajęty wieczór. Wówczas mówię Przyjacielowi, jakie mam plany i też wszystko jest OK.
A może on jedzie w delegację, a żona po prostu nie pyta czy uprawiał tam seks? Mąż wraca trzy godziny później do domu "Gdzie byłeś?" -- "Byłem u Zosi." -- "To ja tutaj na Ciebie czekam, bo mieliśmy iść szafy wybierać...". Może ktoś kto ma w tym doświadczenie by się wypowiedział? A jeśli u swingersów zdrada to jest seks nie pod konrolą małżonka, to co w tym jest takiego złego, że małżonek musi patrzeć?
Mój przyjaciel nie musi, tylko chce patrzeć i ja również nie muszę ale lubię ten widok. Nigdy mi się nie zdarzyło aby mój Przyjaciel zawalił jakąś sprawę miedzy nami na rzecz którejś kochanki. Jak już to wyjaśnił, że np. wspomniana Asia ma trudny czas i chciałby z nią na spokojnie porozmawiać i nie wie ile to im zajmie czasu. Nie widzę powodów, dla których miałabym w takim wypadku robić jakieś szopki.
A może stabilizację można osiągnąć jeśli kontakty seksualne poza małżeństwem w żaden sposób nie szkodzą małżonkom.
Myślę, że to właśnie jest kluczowa kwestia. Ponieważ nawet jak robimy coś osobno, to tak naprawdę zawsze jest to nasza wspólna decyzja. A podejmując każdą taką decyzję, zawsze staram się mieć na względzie zasady jakimi kierujemy się od początku oraz granice i dobro naszej relacji. Nie zrobiłaby świadomie nic, co mogłoby nam zaszkodzić, bo przecież nie o to w tym wszystkim chodzi - wręcz przeciwnie.
Na przykład żona jedzie na delegację i tam pobawi się z kimś, potem wróci zadowolona do domu i nic to w małżeństwie nie zmieni. Czy to jakiś problem? Oczywiście wszyscy sie oburzą, że to zdrada, sfera intymności.
W związkach otwartych sacrum i profanum jest trochę inaczej rozłożone niż w związkach monogamicznych, zatem strefa intymności i bliskości bardziej przeniesiona jest na obszary emocjonalne, aniżeli samą fizyczność. Do tego dochodzą także wspomniane już zasady - jest szereg praktyk fizycznych, które lubię i uprawiam z moim Przyjacielem, ale nigdy z osobami trzecimi - to nasze sacrum.
Te pytania są do osób, które żyją w innym niż "wierność nade wszystko" modelu
i są szczęśliwe lub nieszczęśliwe.
Reasumując, więcej nie chcę wchodzić w relacje monogamiczne, ponieważ zdecydowanie lepiej czuję się w układach otwartych. Wcześniej byłam w 5 letnim monogamicznym związku, który z różnych względów nie spełnił moich oczekiwań - z wzajemnością.
Mam nadzieję, że ten mój przydługi monolog wniesie coś do dyskusji.
Pozdrawiam
Iguana