Mam wrażenie od długiego czasu że ludzie mnie prosto jasno mówiąc wykorzystują
Tak jakby poprostu ktos tylko coś odemnie chcial. Bardzo duzo razy zrywałem kontakty dlatego że ludzie traktowali mnie wlasnie w sposób instrumentalny. Tzn. zaspokoic się i siebie.
Są wyjątki... Z tym że wielu przyjaciół nie mam. I tu jest caly problem bo musze się spotykać z masa ludzi którzy tak naprawde nie odpowiadają mi w 100 procentach. To znaczy poza spędzeniem czasu wspólnie rozmowa, chęcią wylądowania się z takimi osobami się spotykam.
Wydaje mi się że zasługuje w życiu na wiecej... I tu rodzi się problem bo poprostu niektórym ludziom zazdroszczę szczęścia. Jestem nie szczęśliwy i strasznie mnie to boli.
Wydaje mi się że moja przyjaciółka wykorzystała mnie emocjonalnie, że każdy kto do mnie podchodzi już coś oczekuje. Jakby poprostu łatwo szybko według schematu.
Noi taki naiwniak jak ja. Taki mam typ charakteru zawsze mowie sobie, że przecież nikt nie jest taki sam! I raz drugi trzeci i znów toksyczną znajomość. A najlepsze że ja daje coś z siebie i chce żeby bylo tak nawzajem.
Wiec daje daje i wkońcu sam nie mam z czego dawać. Mi się wydaje że wtedy dosłownie jak jakiś złodziej taka osoba z szyderczym uśmiechem ucieka zabierając wszystkie łupy. Bogaci się a ja zostaje sam. I chociaz to tamtą osoba byla uzależniona odemnie zawsze wychodzi że to ja bylem tym głupim. Że czasem dawałem szansy, starałem się a jak czegoś potrzebuje nawet najmniejszej rzeczy to - wypierdalaj.
Czemu ja spotykam takich ludzi przeważnie? Hm czy jestem naiwny?
W buddyzmie uważa się że aby sens miało przekazywanie i dawanie czegoś z siebie trzeba tyle samo dostać. To taka równowaga...
Czuję się okradany a mimo to nadal staram się ufać ludziom. Czasami zaniedbuje przez to prawdziwych przyjaciół i tak naprawde wydaje mi się źle robię szukając kontaktu otwierając się na innych.
Nie chce źle odbierać pewnych osób ale ostatnimi czasy jestem taki nerwowy że olewam ważne dla mnie osoby na jakiś czas. Co tu robić...
Ale nadal jest mi to potrzebne to ryzyko bo kiedy jestem gdzies wśród ludzi zapomniam o zmartwieniach i jakoś chwilowo nie myślę o złych wspomnieniach czy myślach.
Wiem że na tym forum są ważniejsze tematy ale nadal myślę że ogólnie ludzie nie chcą słuchać co mam do powiedzenia... Najlepsze jest to że gdy mam problem łatwiej otworzyć mi się przed osoba ktorej nie znam.
Były momenty że z złości zacząłem wykorzystywać i innych ludzi z zasady ale mi minęło. Nie wiem czy dobrze zrobiłem z paroma osobami i to mnie troche gryzie bo po jakimś czasie okazało się że bylo innaczej że pomyliłem się. Zerwałem kontakt na którym komuś zależało. Podeszłem strasznie emocjonalnie do wszystkiego. Mam zaburzenia osobowości, nerwicę, skrajności. Są chwilę że jestem bardzo szczęśliwy, są takie że nie chce mi się wstawać z łóżka i czuję ból.
Mam chyba od 5 lat depresję. Ma to duze przełożenie na moje życie osobiste i publiczne.
Nie widzę sposobu jak zaczac normalnie postrzegać. Czy powinnem być bardziej stanowczy? Nie wiem co robić. Zawsze myslalem, że wina leży po mojej stronie. Że to ja jestem winny inny dziwny.
Mam uraz do ludzi. Okazuje się że są jednak ludzie podobni jak ja. Że wcale nie jestem popieprzony. Były takie chwilę kiedy zapominałem na tydzien dwa. Bylem szczęśliwy znów robiłem wszystko na pełnych obrotach, starałem się naprawiać. Były chwilę szczęśliwe jak z filmu ale trwały sekundy dni, tydzien? A wokół mnie teraz wielka ciemność i ból... Nie widzę światła.
Mam takie wrażenie że jak tylko napisze ten temat to paru ludzi go przeczyta i żadna osoba nie napisze. Czuję się jak jakiś "murzyn" wśród białych.