Witam wszystkich. Tak ogólnie mówiąc...mam problem. Jak w temacie, zostawiłam mojego ukochanego gdyż narzekał na wiele rzeczy...tzn non stop słyszałam, że on nie chce takiego związku lub nie będzie w takim związku. Zerwałam...ale teraz nie mogę sobie z tym poradzić ![]()
Dał mi wybór, albo zmieniam sobie partnera, albo przestaje go traktować jak wroga...ja go tak nie traktowałam, on sobie to umyślił, na podstawie mojej wypowiedzi, że czuje się czasem jakby specjalnie chciał mnie zglebić. Po tych moich słowach wpadł w szał i podał rozwiązanie: albo zmieniam partnera, albo go tak nie traktuje.
A domyślacie się że ciężko jest z chwili na chwilę zmienić swoje zachowanie. Miałam udawać, nie mówić jeśli coś mi się złego wydaje? Zaznaczę, że nasze zaufanie do siebie było mocno zniszczone po wcześniejszych "problemach". Więc jestem bardzo podejrzliwa, bałam się że na serio, robi mi na złość, albo się na mnie wkurza, albo inne złe rzeczy. po prostu się tego bałam, może nie potrzebnie mówilam...nie wiem..:(
Więc ostatecznie, powiedział sporo słów które skłoniły mnie to tego by napisać mu, że nie chce mieć z nim nic wspólnego...tylko, że ja chce, ale ileż można słuchać, że osoba którą tak mocno kochamy mówi że nie chce być w takim związku? że jej nie pasuje jak się zachowuje, jak myślę, jak mówię...no ciężko nie domyśleć się tego że jest jej źle..a jeśli sama nie potrafię się tak nagle zmienić, to było jedyne wyjście żeby dać mu szczęście - beze mnie.
Dobrze rozumuję?:( nie wiem, przez tą tęsknotę i żal do wszystkiego co stanęło na naszej drodze, już mi się wszystko miesza w głowie. Płaczę non stop, nie mogę jeść, nie mogę spać...dużo piję. przed nim zgrywam twardzielkę, bo może tak będzie mu łatwiej o mnie zapomnieć.
Robiłam wszystko żeby myślał że to mi z nim źle i ja nie chce z nim być. Ale do cholery tak nie jest. Ja marzę o tym, żeby za rok usłyszeć, że jest mu dobrze i jest szczęśliwy. Wtedy mogłabym odsapnąć, że zrobiłam dla niego dobrze.
A ja? ja się nie liczę. ja chce jego szczęścia którego nie potrafię mu dać
to tak boli...
Chce z nim być, ale nie mogę. nie pozwala mi na to sumienie, myślę, że będę go "dręczyć" swoją obenością i tam jaka jestem.
Domyślacie się również że bardzo go teraz skrzywdziłam, wybierając życie osobno. Twierdzi, że już to przyjął do siebie, że niegdy nie będziemy razem, chociaż nie raz mówił o ślubie...nawet kupiliśmy ostatnio projekt naszego domu ;(
Teraz mam prośbę Czy ktoś jest w stanie albo doradzić, czy powinnam to odkręcić, i lecieć za nim prosząc o wybaczenie i zrozumienie. Dać mu do zrozumienia że ja chce z nim być bo jest wszystkim dla nmnie?
Czy jeśli już to zaczęłam, męczyć się a jemu pozwolić o mnie zapomnieć?
Jeśli druga opcja jest lepsza, to jak mam poradzić sobie z rostaniem, które z resztą sama wybrałam?
nigdy nie pomyślałabym że kogoś mogę kochać na tyle, żeby dać mu spokój, święty spokój ode mnie... ![]()
Tęsknię za nim ogromnie! cały czas czuję jego zapach, słyszę jego głos. Mam wyrzuty sumienia, napady kiedy krzyczę w głos z bólu. dosłownie wyję...nie mogę się na niczym skupić, no i uciekam w alkohol. Każde otworzenie oczu boli. Czuje się taka samotna, że nawet nie czuję swojego towarzystwa. Jestem jak płaczące zombie...nic mnie nie cieszy, nie mam celu, marzeń. A obraz mojego życia zostawiłam razem z ukochaną osobą ;(