Cześć, dziewczyny,
postanowiłam zarejestrować się na Waszym forum, bo jestem zagubiona i nie wiem, gdzie szukać pomocy. Od ponad 7 lat tkwię w toksycznym związku z chłopakiem. Mieszkamy razem od 3 lat. Tak naprawdę dobrze było może przez pierwsze 2 lata, a w następnych było raz lepiej, raz gorzej, z przewagą tego drugiego. Gdybym przeczytała o mojej historii przedstawionej przez inną osobę na pewno dziwiłabym się, co taka osoba robi z takim palantem... Ale do rzeczy. Opowiem jak mniej więcej wygląda moje życie z chłopakiem.
Jestem z dobrze sytuowanej rodziny, mam wyższe wykształcenie (w tym roku kończę magisterskie na najlepszej uczelni w kraju, na całkiem przyszłościowym kierunku). Jestem atrakcyjną wysoką i szczupłą blondynką. Wierzyłam, że miłość przetrwa mimo pochodzenia, wykształcenia i innych tego typu rzeczy. Mój chłopak nie skończył nawet liceum. Zawsze w niego wierzyłam, że coś osiągnie, bo mi to obiecywał. I faktycznie, udało mu się zdobyć bardzo dobrą pracę i jest bardzo dobry w tym co robi (co prawda zdobył ją po znajomości, ale mniejsza o to). Kupił mieszkanie na kredyt, do którego się wprowadziłam. Nie było łatwo. Kredyt wzrósł dwukrotnie, bo umowa nie była zbyt korzystna, o czym dowiedzieliśmy się po ok. dwóch latach. Ale pomagam mu na tyle, ile mogę. Nie zarabiam zbyt dużo, bo pracuję dorywczo, ze względu na szkołę, więc dużo pieniędzy do skarbonki nie dorzucam. A mój kochany chłopak ma do mnie pretensje, że zmarnowałam mu życie, bo namówiłam go na kredyt, mimo że zapewniał, że go na to stać (wcześniej wynajmował za niewiele mniej). Znęca się nade mną psychicznie, ciągle to wyciąga. Że jest młody i powinien cieszyć się życiem, że chce podróżować, balować, a nie "bawić się w dom". Dodam, że miałam możliwość wyjechać dwukrotnie na erasmusa i zrezygnowałam, bo bałam się, że mnie zostawi. Zrezygnowałam z wielu rzeczy. Od kiedy z nim jestem nigdy nie wyjechałam z żadną koleżanką, podczas gdy moje znajome bawiły się za granicą. Wymusił na mnie, że nawet imprezować nie będziemy oddzielnie, a ostatnio mówi, że ma zamiar wychodzić do pubów z kolegami, że ma zamiar pić i dobrze się bawić w ich towarzystwie. O ślubie ze mną nawet nie myśli - po prawie 8 latach! A mimo to ma pretensje, że moi rodzice nie pomagają mu finansowo - że nie kupili nam mieszkania. Z jakiej racji mają nam coś dawać, jak to niepewna instytucja? Wszystko u nas kręci się w okół pieniędzy, męczy mnie o to psychicznie. Nie chcę dłużej tego znosić. Czuję poczucie winy, chociaż nie powinnam. Znoszę to wszystko razem z nim, a przecież mam dom, rodzinę. Mogłabym odejść...
Nasz związek pełen jest agresji i wyzwisk. On potrafi nazwać mnie "k...." z błahych powodów. Zwala na mnie winę za wszystko. Przez całą zimę nie zmienił opon w samochodzie i pewnej nocy nie mógł podjechać na górkę do garażu, więc zostawił go pod domem. Chciał, żebym pomogła mu go wprowadzić na górę (nie mam pojęcia jak), ale byłam z nim po kolejnej ostrej kłótni, podczas której pakowałam się już do domu (co on miał jak zwykle w dupie, bo wyszedł sobie na siłownie), ale zostałam. Mimo to nie chciałam mu pomóc. W nocy ktoś porysował mu samochód. Czyja to była wina? Oczywiście moja. I do tej pory (a minął tydzień) mi to wypomina przy każdej okazji. Całe dni pracuje w domu i ma do mnie pretensję, że nie wychodzimy, że on marnuje życie. Kiedy w końcu wyjdziemy, upija się do nieprzytomności, a potem autentycznie płacze na kacu - tak, płacze! I obiecuje, że już nie będzie pił i prosi, żebyśmy robili co innego. Minie jakiś czas i znowu gada, że nigdzie nie balujemy... Ja już naprawdę nie mogę wytrzymać. Moje całe życie krąży w okół jego problemów i jego życia. O wszystko jestem obwiniania, wyzywa mnie ciągle, wykłóca się. Jest strasznie wulgarny. Ja też wyzywam go, bo już nie wytrzymuję. Nieraz mówił mi, żebym wyp*** z domu. Zaczynałam się pakować, a on pytał, czy jestem pewna, żebym się uspokoiła. I zostawałam. Raz wyjechałam i powiedziałam rodzicom, że się rozstajemy, ale w końcu wróciłam do niego, bo wydzwaniał jak gdyby nigdy nic. Rzadko przeprasza, po prostu przechodzi do porządku dziennego. Nigdy nikomu nie mówiłam jak się czuję. teraz piszę tę wiadomość z domu rodzinnego. Rodzice myślą, że potrzebuję spokoju przy pracy, ale tak naprawdę uciekam od niego. Czuję ciągły niepokój, nawet jak jest z pozoru dobrze. Ściska mnie w gardle. Jestem kłębkiem nerwów. Czuję się niekochana. Nawet nie wiem czy chciałabym wyjść za niego, ale on nawet nie oświadczy mi się, bo mówi, że nie ma kasy. Dodam, że zarabia naprawdę dobrze. Nigdy mu nie brakuje. Owszem, gdyby nie kredyt to miałby więcej.... Co powinno mi dać nie raz do zrozumienia, to sposób w jaki traktuje swoją matkę... Wyzywa ją niemniej niż mnie i również o wszystko obwinia. Dziwię się, że ta kobieta jeszcze z nim rozmawia...
Jestem po kolejnej rozmowie telefonicznej z nim. Kazał mi coś wydrukować, ale się sprzeciwiłam, powiedziałam, że nie wiem czy wrócę w ogóle. Powiedział, żebym pier*** się. Co mam robić? Siedzę zalana łzami. Zerwanie z nim równa się pakowaniu, angażowaniu rodziców. Nie chcę przyznawać się do porażki. Każdemu opowiadam jaki jest wspaniały. Moi rodzice bardzo go lubią, bo dobrze ukrywa się. Gdy mówię, że zerwiemy to ma to w dupie, mówi, żebym robiła co chce, a potem wydzwania i pyta kiedy przyjadę, wszystko obraca w żart...
Jest mi bardzo ciężko. Nie potrafię bez niego żyć po ponad 7 latach, ale nie mogę już z nim żyć, bo jestem na skraju załamania nerwowego. Nie ma tygodnia żebym nie płakała. Nie ma tygodnia bez kłótni, wyzwisk i agresji. Potrzebuję pomocy, a nie wiem do kogo mam pójść...
Pozdrawiam Was ciepło!