Witam.
Mój post wynika z poważnego zmartwienia, jakie ostatnio mam ze swoją Kruszynką.
Bardzo przeżywa nasze rozstania. Odkąd ją znam była bardzo delikatną konstrukcją, smutek dopadał ja bardzo łatwo, ale ostatnimi czasy "tęsknota" jest dla niej wyjatkowo bolesna. Potrafimy godzinami wisieć na telefonie, a po drugiej stronie słuchawki na miejscu serca jest krater którego nie wypełni żadna ilość ciepła i czułości. Są smutki, są łzy, jest ten taki nieznośny stan, kiedy się TAK BARDZO CHCE BYĆ BLISKO. Nie ma pretensji, że nie ma mnie obok, co to to nie - ale smutek jest dojmujący. I nie wiem już, czy to tylko zima (a moje Szczęście jest wybitnie ciepłolubne
czy istotnie depresja - lub uzależnienie. Bo zauważam i inne objawy "obniżonego samopoczucia". Brak wiary w siebie, brak poczucia sensu, brak chęci do działania. Wcześniej była wręcz nadaktywna - obecnie to niemal marazm. Nie robi praktycznie nic, na pytania "co robisz" - pada odpowiedź nic. Na pytania co chciałaby robić - odpowiedź "nie wiem". Poza rozmowami ze mną, coraz trudniejszymi, bo gdy pomiędzy jedną a drugą rozmową nie wydarzyło się nic, o czym mozna by było opowiedzieć, to złapanie ciekawego tematu jest trudniejsze - zwłaszcza, że od dłuższego czasu jej stanowisko w rozmowie to "nie wiem", a jeszcze niedawno nasze dyskusje potrafiły być nader namiętne
W tej chwili - rozmowy w sensie wymiany poglądów nie istnieją. Mam wrażenie, że mój Skarb odzywa się tylko po to, żebym wiedział, że wciąż jest po drugiej stronie i gadał do niej dalej - słuchać, słuchać, słyszeć... I takie gadanie może nie mieć końca.
I tu zaczyna się problem. Ale nie leży w tym, że czuję się osaczony, czy zaczyna mi brakować "miejsca na oddech". Zmęczony też specjalnie nie jestem. Martwi mnie to, bo zawsze imponowała mi jej energia, skrupulatność, przezorność, które gdzies uleciał - i widzę, że wcale jej się nie podoba stan w którym się znajduje. Ale pomimo najlepszych chęci i sporego wysiłku - nie umiem jej z dołka wyciągnąć.
Prosiłbym tylko nie kwitować tego frazami "zabierz ją do psychologa/psychiatry".
Prosiłbym tylko nie kwitować tego frazami "zabierz ją do psychologa/psychiatry".
A dlaczego nie? Wydajesz się być czułym, opiekuńczym i troskliwym partnerem, ale jeśli to jest, nie daj Boże, depresja, to kto ma ją zdiagnozować i przepisać lekarstwa? Ty? Z naszą, forumowiczów, pomocą?
Bo taka rada to trochę jak "skręć w lewo" - gdy człowiek stracił kontrolę nad pojazdem:)
Bo mam świadomość tego, że fachowa porada może być pomocna. Niemniej - to delikatna sfera, ani dziś, ani jutro jej do p. nie zabiorę. A nawet wtedy - lekarz tylko pokaże kierunek. A w dalszą drogę i tak pójdziemy razem.
Dlatego szukam raczej dyskusji - osób, które przeżywały podobne rozterki / radziły sobie z nimi u partnerów/partnerek, które mogą podzielić się wiedzą co im pomogło, albo pomogą mnie spojrzeć inaczej na problem.
Pozdrawiam.
Rozumiem
Pozdrawiam serdecznie.
Ja byłam kiedyś z moim byłym jak Twoja dziewczyna, bardzo podobna choć historia inna.. Ja mu nie ufałam, kochałam go za bardzo i miałam przez niego bardzie niskie poczucie wlasnej wartosci.. Bo po prostu mialam wrazenie, ze podobaja mu sie dziewczyny innej budowy niz ja, co z reszta sam mi dawal do zrozumienia.. Ale wracajac do tematu mysle, ze Twoja dziewczyna Cie bardzo mocno kocha, chciałaby mieć Cie cały czas przy sobie. Może nawet to uzależnienie od drugiej osoby.. Wiedziec co robi, miec nad nim kontrole, zeby nikt nam go nie ukradl. Mysle, ze powinienes jej czesto pokazywac, ze Ci na niej zalezy, komplementowac, przytulac, moze jakies drobne prezenty, nawet glupi liscik z wyznaniem, ze ja bardzo kochasz:) Wtedy bedzie wiedziala, ze szalejesz na jej punkcie i moze troche sie uspokoi i przystopuje i zajmie tez innymi sprawami.
Zycze Wam powodzenia! ![]()
Myślę, że zapewnianie o uczuciu i zaangażowaniu jest niezwykle ważne. Tak w słowach, jak i czynach
Ale też nie można przesadzić oczekiwaniami, żeby zapewnienia drugiej strony nie stały się "obowiązkiem małżeńskim".
Myślę, że zapewnianie o uczuciu i zaangażowaniu jest niezwykle ważne. Tak w słowach, jak i czynach
![]()
Ale też nie można przesadzić oczekiwaniami, żeby zapewnienia drugiej strony nie stały się "obowiązkiem małżeńskim".
Jesli ma niskie poczucie wlasnej wartosci albo depresje to nie ma sily, nawet sto razy dziennie az poskutkuje! ![]()
Jezeli ma takie objawy jak opisujesz, to brzmi to jak kliniczna depresja, ktora TRZEBA leczyc. Sprobuj przekonac swoja dziewczyne do wizyty do lekarza. Nie musi byc od razu psychiatra, moze byc lekarz pierwszego kontaktu.
W takiej sytuacji jedynie Twoje dobre checi to niestety na niewiele sie zdadza. Wspieraj ja, jak najbardziej, ale opieke powierz specjaliscie.
Wiem. Dziękuję za radę, ale już powiedziałem - psycholog i psychiatra to nie internista, a prozac to nie aspiryna. Zwłaszcza, że będąc najbliżej niej sam nie jestem pewien czy to depresja, chwilowe zaburzenie nastroju wywołane zbiegiem wydarzeń, uzależnienie, niska samoocena, czy wszystko na raz.
Ale pozwól, że zapytam - czy ktoś kiedyś Ciebie "przekonywał" do wizyty u psychologa/psychiatry?
Woombatt, to nie jest kwestia przekonywania Kruszynki, ale jej osobistego przekonania do poszukania rozwiązania.
Niewiele można napisać, gdy nie wiadomo, ile lat ma Kruszynka i jakie ma doświadczenie osobiste (z racji wieku). Jakiego typu rozstania macie? Na jak długi czas?
Wygląda mi to na etap w rozwoju Waszej relacji: świat się Jej zawęził, a do tego może sobie pozwolić na "nic-nie-robienie". Przyczyną może być także tęsknota.
Może czasami lepiej milczeć i czekać, niż mówić, aby podtrzymać rozmowę. W milczeniu pojawiają się czasami adekwatne słowa, które diagnozują przyczyny stanów wewnętrznych.
Jak czytam o "kochaniu za bardzo" to mnie zawsze śmiech ogarnia. Nie można kochać za bardzo. Zaufanie do kogoś zależy od zaufania do siebie.
Wyręczanie Kruszynki z obowiązków sprzyjać może wypracowywaniu postawy bezradności i oczekiwania, że ktoś będzie jej księciem, "przytuli i zbawi".
Piszesz o zmartwieniu. A może chodzi o to, abyś się martwił i myślał? A może są jeszcze jakieś inne przyczyny?
Kliniczna postać depresji ma związek z chemią mózgu. Na nastrój mają wpływ takie czynniki jak: dieta, światopogląd, pora roku, światłolubność, kolory ścian, zaburzenia snu etc.
Mam podobnie...a jestem mężatką z mnóstwem obowiązków i czasem myślę że tylko dla dzieci jeszcze zwlekam się z łóżka i robię cokolwiek. Mój mąż często wyjeżdza raz na długo raz na krótko,bardzo wtedy za nim tęsknię. ale w tę czarną dziurę(tak nazywam stan ciągłego zmęczenia,niepokoju,płaczliwości,czepiania się wszystkiego i wszystkich) wpadam głównie na kilka dni przed chorobą,czasem zwykły ból gardła powoduje strasznego doła. Tabletki uspokajające łykam w tym czasie garściami i staram się przeczekać,choć nie jest łatwo.mój mąż tego nie rozumie co dobija jeszcze bardziej.
Widzę że jesteś fajnym i wyrozumiałym facetem. A jeśli można wiedzieć czemu "żyjecie w rozłące"??? może kilka spędzonych wspólnie dni pomoże.
pozdrawiam
12 2012-12-18 16:46:59 Ostatnio edytowany przez Woombatt (2012-12-18 16:48:18)
Woombatt, to nie jest kwestia przekonywania Kruszynki, ale jej osobistego przekonania do poszukania rozwiązania.
Święta racja. Jedyne, co mogę osiąganąć "namawiając" ja w tej chwili, nawet subtelnie, to wpędzić ją w poczucie własnej nieadekwatności, "bycia wariatką", lub będzie odebrane jako dowód na to, że jest mi jakimś wielkim obciążeniem. A to byłoby dla niej nie do zniesienia. Jej samoocena i tak wisi na włosku, choć moje wysiłki w tej materii nie pozostają bez echa
A prawda jest taka, że jest kobietą z ogromnie zaniżoną samooceną, ale która swoim ciepłem i troską "obłaskawiła bestię" - który był po długim i naprawdę toksycznym związku, po którym podświadomie brałem "odwet" na kobietach. Dlatego czekam. Jeśli u niej pojawi się świadomość i wola, by udać się do psychologa - wtedy pójdziemy tam razem. I dlatego też prosiłem, żeby rad "weź ją do lekarza" unikać
Owszem, świat się zawęził. Ale to raczej efekt tego, co się z nią dzieje - a nie przyczyna. Bo jej pasje są wciąż żywe, tylko na razie brak jest motywacji do ich praktykowania. Zwłaszcza, że oboje studiujemy w różnych miastach. W różnych miastach pracujemy. W różnych miastach mieszkamy. I wszystko kręci się wokół tego, że nie ma mnie przy niej. Ale dwa-trzy razy w m-cu spędzamy razem weekend.
Owszem, widzę u niej mechanizmy i zachowania które mają na celu zwrócić moją uwagę na nią, spowodować wylew troski i ciepła, albo po prostu pokazać że ją boli i żebym ukoił ten smutek, ale to nie jest wampirzyca. To kobieta, która po prostu przez całe życie nie dostawała tego, czego bardzo potrzebuje (również od rodziców, zwłaszcza od ojca) - a ja mam dla niej tyle ciepła i miłości, że nie jest dla mnie problemem jej "apetyt". Zwłaszcza, że w zamian za moją miłość "dostaję" wspaniałą, oddaną i wrażliwą kobietę, za którą dałbym się posiekać. Owszem, trochę "królewiczuję" i przybywam na białym koniu - ale nie wyręczam jej w życiu.
Bo kochanie "za bardzo" to skrót myślowy. Bo miłość jest cudownym stanem i sprawia, że życie nabiera barw - ale zatracenie się w niej zupełnie może być szkodliwe, bo wtedy z palety barw zostaje nam tylko jedna.
Mój osobisty pogląd na depresję jest taki, że to nie jest choroba - tylko mechanizm obronny organizmu, który czuje, że pędzi za szybko i w złym kierunku. Sedacja, by nie zabrnąć w szaleństwo.
Nitka, powiedz mi, czemu tęsknisz za nim AŻ TAK?
Tęsknie za nim bo ciężko jest samemu ze wszystkim sobie rodzić,czasem każdemu człowiekowi brakuje bliskości,gdy wszystko się wali dobrze mieć przy sobie osobę która przytuli,pocieszy... Mam troszke ponad 30 a życie już dało mi niezłego kopa i z pozoru twarda i harda kobieta w ciężkich chwilach staje się malutką dziewczynką. Poza tym od początku naszej znajomości byliśmy niezależni,szybko zaczęliśmy wspólne życie na co dzień,wiesz rano wychodzimy do pracy,potem wspólny obiad,wspólny wieczór.Gdy pojawiły się dzieci,przestałam wychodzić do pracy,robiłam obiad,codziennie stęskniona czekałam na powrót mojego kochanego mężulka,wiesz taka rutyna,ale dawała duże poczucie bliskości i bezpieczeństwa.Od 3 lat wiecej jesteśmy osobno niż razem i to zachwiało moją równowage i powoduje doły. Jak go nie ma to strasznie tęsknię jak jest dłużej niż 3 doby non stop to zaczyna mi przeszkadzać.
Acha i jeszcze jedno,ja już próbowałam psychologów i psychiatrów-sory! ale jesli człowiek sam sobie nie pomoże to wyłudzacze kasy tym bardziej. Pomóż swojej kruszynce zrozumieć jej stan. Teraz też pora roku jest przygnębiająca,ja też jestem zmarzluchem i nienawidzę kiedy temp.spada poniżej 15 kresek,ciągle mi zimno,boli mnie głowa,i chce mi się ryczeć z byle powodu,ale z wiosną jak przybędzie słonka na niebie wszystko się zmieni.
Dla mnie właśnie to jest czymś niezwykłym, że tęsknota tak boli. Ja tęsknię za Kruszynką, brakuje mi jej. Ale dla mnie to wręcz motywujące - tam gdzieś daleko jest Ona, czeka na mnie, . Dlatego nie mogę pozwolić sobie na porażkę, bo te tylko wydłużą stan rozłąki. Ta tęsknota jest pełna energii i radości - tkwi w sercu, myślę o niej i uśmiech mnie nie opuszcza. Bo wiem, że ona jest. Czerpię z tej tęsknoty siłę. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego z niektórych tęsknota siły wysysa?
Woombat, nikt Ci nie mowi, ze masz ja sila do lekarza zaciagnac, ale chyba przyznasz racje, ze osoba bardziej kompetentna do oceny sytuacji jest takowy lekarz a nie Ty? (to chyba w sumie pytanie retoryczne). Obchodzisz sie z nia troche jak z jajkiem albo dzieckiem- ani jednym, ani drugim nie jest. Jest dorosla kobieta, zakladam, wiec mozesz jej zasugerowac wizyte, na, ktora sie zgodzi albo nie zgodzi.
A, co do mnie, tak, ja do psychiatry trafilam po dlugich rozmowach z moja kuzynka. Cierpialam z moja depresja niesamowicie przez dwa lata, bo mi nikt nie powiedzial, ze z tym mozna cos zrobic. Winilam sama siebie o bycie ciezarem dla mojej rodziny, i inne rzeczy co mi chora glowa podpowiadala. Jak mi Danka zasugerowala, ze moze wpasc do psychiatry, to mi sie wreszcie oczy otworzyly. Teraz po latach ani sladu depresji. Az sie boje myslec co by sie stalo gdyby Danka miala takie opory jak Ty, zeby mnie "nie zranic, albo nie zdolowac".
Jakie to proste, co piszesz.
Cieszę się, że Tobie pomogły "długie rozmowy" i kompetentni specjaliści. Pytanie na jakim etapie byłaś, gdy rozmowy z Danką się rozpoczęły? Jak by wygladały i jaka byłaby Twoja reakcja, gdyby odbyły się nie po dwóch latach, a po trzech m-cach? I czy wszyscy ludzie obligatoryjnie odbierają te same bodźce w ten sam sposób i reaguję tak samo jak Ty? I czy dorosły nie miewa czasem irracjonalnych blokad w głowie, które skazują racjonalne pomysły na irracjonalną klęskę?
Nie powtarzaj się po raz trzeci, proszę. Zwłaszcza, że ciężko odpisywać na figury pozornie retoryczne. Musisz, niestety, przyjąć do wiadomości - że sugestie udania się do specjalisty, podjęcia leczenia są w danech chwili absolutnie niewskazane. Dlaczego? Nie wiem. Nie jest to mój strach przed trudnymi tematami, takiego się wyzbyłem. Jest to świadomość, że jest to skazane na porażkę, a może może zaszkodzić moim przyszłym staraniom o to, by Kruszyna do lekarza poszła (wtedy, gdy już dojrzeje i uświadomi sobie potrzebę).
Pozdrawiam.
Dla mnie właśnie to jest czymś niezwykłym, że tęsknota tak boli. Ja tęsknię za Kruszynką, brakuje mi jej. Ale dla mnie to wręcz motywujące - tam gdzieś daleko jest Ona, czeka na mnie, . Dlatego nie mogę pozwolić sobie na porażkę, bo te tylko wydłużą stan rozłąki. Ta tęsknota jest pełna energii i radości - tkwi w sercu, myślę o niej i uśmiech mnie nie opuszcza. Bo wiem, że ona jest. Czerpię z tej tęsknoty siłę. Dlatego zastanawia mnie, dlaczego z niektórych tęsknota siły wysysa?
Może to tak że krótka nieobecność wzmacnia miłość a długa poprostu ją zabija. Wiesz jak mój ślubny siedział w zk to najpierw co 2 tyg przez 2 mies jeżdziłam 1200 km(w jedną strone) żeby spędzić z nim 30 h a potem przez pół roku co tydzień jezdziłam 200 km na widzenia lub 30 h przepustki.Dziś jak patrze wstecz to nie wiem skąd miałam siłę ale on był najważniejszy i nie mogłam zawalić bo musiałam czekać kolejne 2 tyg,jakoś mnie to napędzało a teraz kiedy mówi wyjeżdzam na miesiąc a po miesiącu słysze-nie skończyliśmy pracy wróce dopiero za tydzień automatycznie łapę doła,negatywne uczucia biorą górę. jestem człowiekiem który w miare możliwości planuje swoje życie i trzyma się planu a gdy nagle coś wywraca mój plan zaczynam"szwankować".
Szkoda mi Twojej kruszynki...nie pozwól jej się załamać.
Dopadła ją tęsknota, dopadły ją rozterki - że wszystko ok, ale nie do końca, taki stan jeśli trwa, to te rozterki coraz większe.
Jak wyczytałem mieszkacie w innych miastach, widujecie na weekendy. Może dla niej to za mało, może myśli o czymś więcej, daje sygnały.
Uważam, że najwyższy czas rozmówić się poważnie - musi być następny krok. Podejmij decyzję męską - jestem z nią i daję z siebie ile mogę czy traktuję to dalej jak jest. Na moje rozbija się o to, że ona nie jest pewna przyszłości z tobą. To różnie bywa, raz szybciej, raz wolniej, ale w końcu muszą iść konkrety. A konkretem będzie - pojedź do niej, porozmawiaj, jak ona to widzi, jak ty widzisz i miej świadomość, że ona to widzi tak - kocham go, tylko te weekendy, chciałabym więcej, nie ma więcej, czy to ma sens?
Owszem, pytanie czemu tęsknota narasta logarytmicznie?
A w kwestii przeprowadzki problem jest jeden - znalezienie pracy w mieście docelowym. Już mam za sobą próby i testy, kolorowo nie jest.
Czy Ty facet sluchasz siebie? Twoja dziewczyna moze jest ciezko zdepresowana, a ty rece umywasz, bo nie chcesz pomocy psychiatry????
Zazdroszcze jej partnera...
Facet, obudz sie i zacznij normalnie funkcjonowac w rzeczywistosci, a nie w swoich fantazjach.
Mam wrażenie, że mój Skarb odzywa się tylko po to, żebym wiedział, że wciąż jest po drugiej stronie i gadał do niej dalej - słuchać, słuchać, słyszeć... I takie gadanie może nie mieć końca.
Czy tylko Ty dzwonisz?
Jeśli jej się zdarza, to pozwól prowadzić jej rozmowę. Pomilcz trochę, zmobilizuj do budowania dialogu.
Czy w tych rozmowach, skoro brakuje tematów, zapytałeś otwarcie, co się stało, że jej zachowanie z aktywnego w bardzo pasywne się przerodziło?
Skoro uważasz, że specjalista jest zbędny, to musisz sam drążyć problem. Domysły są niczego niewarte. Można na forum gdybać i wymyślać tysiąc powodów. A ważny jest tylko ten, który dotyczy Twej kobiety.
Woombatt napisał/a:Mam wrażenie, że mój Skarb odzywa się tylko po to, żebym wiedział, że wciąż jest po drugiej stronie i gadał do niej dalej - słuchać, słuchać, słyszeć... I takie gadanie może nie mieć końca.
Czy tylko Ty dzwonisz?
Jeśli jej się zdarza, to pozwól prowadzić jej rozmowę. Pomilcz trochę, zmobilizuj do budowania dialogu.Czy w tych rozmowach, skoro brakuje tematów, zapytałeś otwarcie, co się stało, że jej zachowanie z aktywnego w bardzo pasywne się przerodziło?
Skoro uważasz, że specjalista jest zbędny, to musisz sam drążyć problem. Domysły są niczego niewarte. Można na forum gdybać i wymyślać tysiąc powodów. A ważny jest tylko ten, który dotyczy Twej kobiety.
Ale nie lepiej sie upewnic, ze specjalista jest zbedny? Przeciez to logiczne, zamiast siedziec i truc jak to ciezko z jej nastrojami.
Skoro Autor okoniem staje na wieść o wizytach u specjalisty, to może ma powody, by na razie o tym nie myśleć.
Albo może po prostu poczeka, bo jego zdaniem na razie na to za wcześnie - ciekawe, czy z bólem zęba też czeka, aż tylko kanałowe będzie ratunkiem ![]()
Może sama zainteresowana się do specjalisty zgłosi lub ktoś z bliskich, kto nie będzie się obawiał jej tego zaproponować, ją do tego nakłoni.
24 2012-12-19 02:14:06 Ostatnio edytowany przez Woombatt (2012-12-19 02:17:45)
Skoro uważasz, że specjalista jest zbędny,
Autor sugestie odbiera jako natarczywe. A posty pani świadczą o tym, że czytała pani nieuważnie, albo nie rozumiejąc treści.
Skoro Autor okoniem staje na wieść o wizytach u specjalisty, to może ma powody, by na razie o tym nie myśleć.
Bardzo mnie ciekawi co pani wymyśliła w tej materii. Jakie to powody mogę mieć. Nie przepadam za niedomówieniami.
ciekawe, czy z bólem zęba też czeka, aż tylko kanałowe będzie ratunkiem
Ciekawe, czy interlokutorka z każdym bólem głowy biegnie do neurologa?:) Taka ironia jest przereklamowana.
Zatem wyklaruję, mam nadzieję, po raz ostatni. Postrzeganie świata "szachowo" nie sprzyja trafności porad. Cieszę się, że panie nie mają problemów i do specjalistów zajmujących się sferą psychiki chadzają bezproblemowo. Może przy następnej wizycie warto zapytać, czy wszyscy ludzie posiadają taką samą - bezproblemową - konstrukcję psychiczną? Może obiektywizm profesjonalisty uzmysłowi paniom to, co usilnie ignorują.
Otóż mając pełną świadomość, że wizyta u specjalisty byłaby pomocna - nie zamierzam swojej partnerki "namawiać", "przekonywać", "sugerować". Dlaczego? Panie mogą nie zrozumieć, ale chodzi o intymność. Psycholog, psychiatra - to specjaliści zajmujący się niezwykle delikatną i intymną sferą ludzkiego życia. Przynajmniej dla niektórych. Jeśli w tą intymność wkradnie się jeszcze jakiś inny problem - blokada, lęk, fobia - to tworzy to mieszankę niezwykle wyczuloną na pewne sygnały (proponuję odrzucić założenie, że nie próbowałem rozmów i badania stanowiska Ukochanej w tej kwestii). W takiej sytuacji trzeba charakteryzować się wrażliwością troglodyty, by tak bezrefleksyjnie powtarzać komunały "weź to zrób". W tej sytuacji nawet najsubtelniejsza próba przekonania do wizyty u lekarza obarczona jest cholernie wysokim ryzykiem, że:
1) zakończy się zdecydowaną, a może i agresywną odmową
2) Spowoduje drastyczne pogorszenie się nastroju danej osoby
3) wywoła po raz kolejny myśli o własnej nieadekwatności, o byciu ciężarem dla świata.
Nie osiągnę nic, poza tym, że "spalę temat" na starcie.
Dlatego prosiłem o wymianę doświadczeń, a nie autorytarne i wzmacniane ironią puste slogany "weź ją do lekarza". Bo w tym stanie nie pójdzie. A jeśli ktoś zna ją lepiej - niech mi udowodni, że się mylę. I wbrew temu, co szanowne panie powiedziały - ja, swoim wysiłkiem i staraniem, mogą na jej nastrój wpłynąć. Przynajmniej na tyle, żeby możliwe stały się inne działania. I taki był cel tego wątku. Spojrzeć na problem z innej strony, rozważyć działania które przyniosły zamierzony skutek w przypadku innych osób które borykały sie lub borykają z problemem.
25 2012-12-19 13:36:37 Ostatnio edytowany przez adlernewman (2012-12-19 14:19:39)
A ja nie rozumiem oporow przed zasugerowaniem psychiatry. Masz przeziebienie pecherza- idziesz do urologa, serce Ci nawala,-idziesz do kardiologa. Dlaczego wiec, jak ktos ma wyrazne objawy depresji (ciagle zmeczenie, nieumiejetnosc podejmowania decyzji, brak przyjemnosci w tym co bylo wczesniej pasja czy hobby- anhedonia, lekliwosc) propozycja psychiatry jest nie do przyjecia?
Wierz mi, taka depresja nie znika poniewaz ktos powtarza kazdego dnia, ze bedzie lepiej. Mozesz byc aniolem dla swojej Kruszynki, ale jej nastroj sie prawdopodobnie niewiele zmieni. Mialam swietnego chlopaka kiedy bylam chora, i szczerze mowiac, im wiecej sie staral, tym bardziej mi na nerwy dzialal, i tym bardziej czulam sie ciezarem. Nie pytaj, w chorobie nie ma logiki.
Wiem, że nie rozumiesz. I że nie przepadasz za zmuszaniem myśli do wyjścia poza ustalone ramy swojej logiki. Wręcz przeciwnie - jak ktoś lub coś wychodzi poza te ramy, to odczuwasz wewnętrzy przymus wtłoczenia go w nie z powrotem, na siłę. Żeby nie burzył Ci Twojego komfortowego wyobrażenia o rzeczywistości. Ludziom, którzy mają fobie z uporem będziesz powtarzać, żeby się "ogarnęły", przełamały, ładowała im do głów jedyną słuszną wizję rozwiązania problemu - bo Ty nie rozumiesz, jak można nie rozumieć tak oczywistych rzeczy.
Nie pytaj, w chorobie nie ma logiki.
Masz rację.
27 2012-12-19 15:50:30 Ostatnio edytowany przez adlernewman (2012-12-19 18:26:07)
A mnie sie wydaje, ze to Ty masz taki tunel myslowy. Jak Ci ktos psychiatre wspomina to lecisz jak zacieta plyta, ze "nie, bo nie". Czego Ty sie boisz? Ktos by mogl mylec, ze sam masz problem i bronisz sie rekami i nogami, zeby nie czuc sie, ze cos z Toba nie tak, bo sam sie czujesz winny depresji swojej dziewczyny. Bardziej tu widoczny lek o wlasna samoocene i samopoczucie niz martwienie sie o partnerke.
Ja juz dawno depresji nie mam (okolo 10 lat), a to co Ci zaproponowalam to jedno z wielu logicznych rozwiazan. Przez moja historie chcialam Ci pokazac, ze depresja to nie tylko nastroj, ktory znika sam z siebie po kilku dniach, ale powazna choroba, ktora trzeba LECZYC. Moja matka miala podejscie takie jak Ty. Dzieki niej grzebalam sie przez lata w niesamowitym smutku, niemocy dzialania, myslach samobojczych i nienawisci do siebie, no bo przeciez "ty tylko masz dola". Tak naprawde moja matka nie chciala, zebym sie leczyla bo podwazalo to jej wiare w siebie, dajac do myslenia, ze nie jest dobrym rodzicem, a tego nie mogla zniesc. Dla swojej wlasnej wygody wola, zebym sie szarpala.
Twoje argumenty na "nie" so bardzo nieprzekonywujace. A, co, psychiatra jej glowe urwie? Nie badz smieszny. Nie zyjemy w XIX wieku, zeby uwazac problem ze zdrowiem psychicznym za cos czego trzeba sie wstydzic. Twoje naleganie na to, ze jest zbyt intymna sfera jest idiotyczne. Jak bedziesz mial problem z prostate czy jadrami, to tez do lekarza nie pojdziesz, bo bedzie Ci czesci plciowe, intymne, ogladac?
28 2012-12-19 19:12:41 Ostatnio edytowany przez Woombatt (2012-12-19 19:41:45)
To ja jestem zaciętą płytą?:) Twoje stanowisko znam. Za pierwszym razem podziękowałem za radę i sugestię, że to może być depresja.
Jestem na "nie" i tłumaczę Ci, a nie usprawiedliwiam, swoje stanowisko.
Cieszę się, że pomógł Ci psychiatra. Że nie miałaś oporów, irracjonalnych lęków (tak dalece nielogicznych), że rodzina wyklnie Cię jako wariatkę, znajomi zaczną unikać, a lekarz przepisze pastylki szczęścia "głupi jaś" będące mentalnym kneblem osobowości. Ona ma.
Fajnie, że dla Ciebie depresja jest równie intymna co kaszel i idąc do psychiatry nie stawał Ci przed oczami obraz obleśnego dziada/baby bezceremonialnie grzebiących w najbardziej wrażliwych i intymnych obszarach Twojej osobowości, w miejscach i wspomnieniach, którymi nie podzieliłabyś się z własną matką - a co dopiero z obcym człowiekiem.
Ty wiesz, że to dobrzy fachowcy, przynajmniej duża część. Ja też to wiem. Ale trudno to wyjaśnić osobie, która po prostu się boi i ma uraz. Nie musisz mi też tłumaczyć co to jest depresja. Możliwe, że wiem to równie dobrze co Ty.
Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoją historią. Nie myśl, że kpię z niej. Ale czy sądzisz, że da się ją w taki prosty sposób przełożyć na zycie innych?
Czego Ty się boisz? Ktos by mogl mylec, ze sam masz problem i bronisz sie rekami i nogami, zeby nie czuc sie, ze cos z Toba nie tak, bo sam sie czujesz winny depresji swojej dziewczyny.
Ktoś mógłby. Ty i Ci wszyscy, którym tym zdaniem starasz się to zasugerować. Tobie, jak rozumiem, zdaje się, że stoję okoniem byle tylko nie pomóc najbliższej mi osobie wyjść z problemu? Takie "uzasadnione (mniej lub bardziej
) domniemania" to miecz obosieczny. Problem w tym, że w istocie wiedząc b. mało - uważasz, że wiesz lepiej ode mnie. A ja, skoro nie myślę jak Ty, to pewnie dlatego, że mam jakieś "zaburzenie", problem do którego nie potrafię się przyznać przed sobą i który przesłania mi rozwiązanie tak proste i tak oczywiste!
Hmm... A jakie masz powody, żeby dopatrywać się u wszystkich zaburzeń? Czy tak bardzo musisz mieć rację, bo Twoja samoocena, pomimo 10 lat od wyleczenie depresji wciąż jest krucha i drży ze strachu przed nawrotem?
Musisz, bardzo mi przykro, przyjąć to do wiadomości. Że borykamy się, poniekąd oboje, z problemem, którego pomimo najlepszych chęci nie potrafię wyjaśnić w sposób który byś zrozumiała. Problem, który sprawia, że podsuniete przez Ciebie rozwiązanie - na dzień dzisiejszy - nie wchodzi w grę, a wszelkie próby nacisku mogą mieć opłakane skutki. Dlatego zamiast po raz enty dziwować się jak można nie rozumieć tak prostych rzeczy - napisz coś konstruktywnego nt. jak przekonać osobę bojącą się lekarzy do wizyty u lekarza? Jak osobę, która nie potrafi zwierzyć się ze swoich obaw i lęków nawet najbardziej zaufanym osobom - przekonać do zwierzenia się komuś obcemu? Jak budować jej poczucie własnej wartości, by uwierzyła, że to ma w ogóle sens?
Edit:
Za długo pisałem posta, a w międzyczasie Ty zdążyłaś go edytować zmieniając całkowicie jego wydźwięk.
Adlernewman, przykro mi czytając Twoją historię. Niemniej pozwalasz sobie na zbyt daleko idące utożsamianie mnie ze swoją matką, a mojej Kruszynki z Sobą. Nie jesteśmy emanacją, prześladującym Cię ponownie koszmarem który TY przeżyłaś, erzacami Twojego cierpienia. Jesteśmy zupełnie innymi ludźmi. A Ty widzisz wszystko wyłącznie przez pryzmat swojego przypadku. Doceniam, że angażujesz się w sprawę mojej Ukochanej i tak emocjonalnie traktujesz jej zdrowie i nastroje. Zapewniam Cię, że nie jestem małym obłudnym f***** który kosztem Niej będzie budował sobie "przetrwalnik", w którym obie strony będą miały "ch***** ale stabilnie" i moja postawa nie wynika z potrzeby kompensowania sobie wyimaginowanych braków w męskim ego. Dbam o nią jak umiem najlepiej, obdarzam ciepłem i miłością dając z siebie ile mogę i zamierzam ją z tego wyciągnąć. Niemniej zrozum, że poza podobieństwami do Twojej sytuacji - są również drastyczne różnice i nie mogę zrobić tego tak, jak sugerujesz. Zaufaj mi. Jestem najbliżej, widzę i wiem najwięcej, rozumiem ją najlepiej. Nie zamierzam ustawać w wysiłkach zmierzających do zmiany tego stanu rzeczy. Nie omieszkam dać znać, jak się sytuacja będzie rozwijać
Pozdrawiam.
A posty pani świadczą o tym, że czytała pani nieuważnie, albo nie rozumiejąc treści.
Kilku rzeczy nie zrozumiałam faktycznie, ale to tylko dlatego, że mam inne podejście do samodiagnozy psychologicznej (choć Pan dokonał jej nie samemu sobie, a swojej lubej).
W dodatku, zgodnie z Pana prośbą (gdyż uważnie czytałam wpis), próbuję rozwinąć zagadnienie, zadając pytania, które zostały jednak zignorowane.
A wydawać by się mogło, że ważniejsza powinna być właśnie odpowiedź na nie, zamiast skupianie się na tym, co też Panu w mym poście przeszkadza.
Zarzucanie mi nieuwagi, jest więc nietaktem z Pana strony (biorę to jednak na karb Pańskiego zdenerwowania na skutek mojego nie dostosowania się do Pańskiej prośby).
dorota.f napisał/a:Skoro Autor okoniem staje na wieść o wizytach u specjalisty, to może ma powody, by na razie o tym nie myśleć.
Bardzo mnie ciekawi co pani wymyśliła w tej materii. Jakie to powody mogę mieć. Nie przepadam za niedomówieniami.
Nic nie wymyśliłam. Mogę jedynie przypuszczać. A powody mogą być rozmaite, np. brak jaj do poważnej rozmowy, zbytnie "chuchanie i dmuchanie" na swoją partnerkę, osobiste złe doświadczenia ze specjalistami od chorób duszy i umysłu, etc.
Ciekawe, czy interlokutorka z każdym bólem głowy biegnie do neurologa?:)
Nie biegnie, bo w rodzinie ![]()
Taka ironia jest przereklamowana.
Chyba jednak nie jest, skoro na początku ja, a teraz Pan, jej używa.
30 2012-12-19 20:14:30 Ostatnio edytowany przez Woombatt (2012-12-19 20:14:53)
Chyba jednak nie jest, skoro na początku ja, a teraz Pan, jej używa.
Raczy pani wybaczyć, Autor wychodzi z założenia, że najlepiej uzasadnić twierdzenie pokazując na przykładzie.
A wydawać by się mogło, że ważniejsza powinna być właśnie odpowiedź na nie, zamiast skupianie się na tym, co też Panu w mym poście przeszkadza
Ponownie raczy pani wybaczyć - ale pani posta odebrałem jako personalny, choć subtelny atak na moją osobę. W tej sytuacji pytania uznałem za podporządkowane odgórnie założonej tezie. Ergo - nie zmierzające do dania odpowiedzi. Spodziewałem się też w następnym pani poście przypuszczenia braku jaj lub nadmiernej opiekuńczości.
Odniosłem wrażenie, że żadnej z pań nie przyszło do głowy po prostu uwierzyć, że po drugiej stronie monitora jest mężczyzna oddany swojej kobiecie całym sercem i szczerze zainteresowany rozwiązaniem problemu. Który ma za sobą już wiele rozmów i działań, i nie bez powodu prosi o powstrzymanie się od rad w stylu "weź do lekarza", bo Ukochana z jakichś powodów których Autor może wyłacznie domniemywać, do lekarza nie pójdzie.
Proszę w tej sytuacji zrozumieć moje zdenerwowanie, skoro dwie najaktywniejsze uczestniczki tematu robią dokładnie to, o co prosiłem by nie robić. Przepraszam.
Komasując - w depresji powinno się iść do lekarza. Jeśli jest to niemożliwe - co wtedy?
Odniosłem wrażenie, że żadnej z pań nie przyszło do głowy po prostu uwierzyć, że po drugiej stronie monitora jest mężczyzna oddany swojej kobiecie całym sercem i szczerze zainteresowany rozwiązaniem problemu.
A ja odnoszę wrażenie, że chyba już to zainteresowanie się oddaliło na rzecz "czepiania się" i nadawania intencji moich słów, jakich nie miałam je pisząc.
Proszę o przeczytanie raz jeszcze mojej wypowiedzi, gdzie znajdują się konkretne zagadnienie dotyczące opisywanych przebiegów rozmów jednostronnych, gdzie mężczyzna dwoi się i troi, aby rozmowa się kleiła a niewiasta prawie milczy.
Dopiero po odpowiedzi (której dopominam się po raz drugi, czyli stając się bardziej o ironio zainteresowana meritum problemu...) będę mogła uznać, że faktycznie zainteresowanie faktycznym tematem się objawiło.
w depresji powinno się iść do lekarza. Jeśli jest to niemożliwe - co wtedy?
Powinno się iść do lekarza. To powinna usłyszeć partnerka od partnera. Zmusić się nie da. To będzie jej decyzja, ona poniesie tego konsekwencję. Skoro jednak nie było tematu, a są przypuszczenia co do reakcji na sugestię, to czemu występuje tu słowo niemożliwe???
Że nie miałaś oporów, irracjonalnych lęków (tak dalece nielogicznych), że rodzina wyklnie Cię jako wariatkę, znajomi zaczną unikać, a lekarz przepisze pastylki szczęścia "głupi jaś" będące mentalnym kneblem osobowości. Ona ma.
A jak potraktuje ją rodzina i znajomi skoro będzie siedzieć w domu i zachowywać się jak roślinka?
Może wystarczy poczytać trochę o terapeutach w okolicy i pójść do specjalisty z polecenia a nie szarlatana z magicznymi pigułkami?
Niewiedza przeraża, to fakt. Tym bardziej błędna wiedza. Może gdyby partnerka usłyszała, że otoczenie nie podziela jej schiz, to by się skusiła na spotkanie z psychologiem.
obraz obleśnego dziada/baby bezceremonialnie grzebiących w najbardziej wrażliwych i intymnych obszarach Twojej osobowości, w miejscach i wspomnieniach, którymi nie podzieliłabyś się z własną matką - a co dopiero z obcym człowiekiem.
Czy ja o czymś nie wiem? Czy psycholodzy i psychiatrzy posiedli tajemną wiedzę dotyczącą sposobu wyciągania z pacjentów informacji wbrew ich woli?
Specjalista zadaje pytania, ale jak pacjent nie będzie chciał na nie odpowiedzieć, bo uzna, że chce trzymać to w tajemnicy, albo że na razie nie ufa na tyle, by o tym mówić, to NIC nie powie.
On sam w niczym nie grzebie. Może pytać o różne rzeczy, aby zgłębić problem. Czy otrzyma odpowiedź i jaką to wola paacjenta.
Wiele rzeczy łatwiej jest powiedzieć obcej osobie niż bliskiemu. Obcego po pierwsze można problemami obarczyć bez skrupułów. W dodatku specjalista nie ocenia, nie wyśmiewa, nie bagatelizuje (mówię o dobrych specjalistach) - co czasami może się niespecjaliście wymknąć i zablokuje w ten sposób dalszą rozmowę.
Może dla dobra sprawy na początku facet potrzebującej, powinien taką wiedzę przyswoić, aby nie przelewać swoich demonów na wizję partnerki.
Uch...
Proponuję terapię zajęciową. Poproś Ukochaną, żeby coś dla Ciebie zrobiła. Coś konkretnego.
Niech ma zajęcie cały czas i niech robi coś, o co Ją poprosiłeś i niech to będzie miało znaczenie dla waszej przyszłości.
Na przykład: kochanie, nie mam kiedy poszukać, wziąłem nadgodziny, proszę pochodź po necie, gdzie mógłbym pracować w Twoim mieście (gdzie mogłabyś pracować w moim).
Nie mam kiedy zszyć sobie spodni, upiec ciasta, przygotować prowiantu (jem byle co, BO NIE MAM CZASU, chciałbym zabierać coś domowego) - zrób zakupy i poproś żeby pomogła gotować (niech to nie trwa zbyt długo - musisz mieć czas na pieszczoty i wychwalanie Jej).
Potem, gdy dzwonisz, codziennie chwal, że takie pyszności jesz (i wspominasz jak gotowaliście razem). Będzie dzień-dwa przed Twoim przyjazdem piekła ciasta, w dniu przyjazdu szykowała kolację a cały tydzień szukała przepisów i wypróbowywała je na rodzinie. Będzie się czuła pomocna. Będzie wiedziała, że potrzebujesz Jej, więc musi się wziąć w garść. A w sumie nawet nie musi, tylko jest oczywiste, że się bierze w garść. Będzie zajęta konkretami, będzie w TU I TERAZ - po pierwszych przypaleniach i przesoleniach:). Bycie w teraźniejszości zawsze pomaga.
Niech Ci się zgubi szalik (albo opowiedz jak zazdrościsz koledze, którego dziewczyna robi mu na drutach czapki, szaliki, swetry a nawet rękawiczki). Nauczy się dziergać i będzie miała zajęcie (będziesz tylko dbał o zapas włóczki i składał zamówienia - na początek skarpeta na telefon komórkowy).
Jeśli planujesz wspólne życie i masz mieszkanie, do którego mogłaby się wprowadzić, powiedz że podobają Ci się obrusy robione szydełkiem (albo haftowane) i takież zasłony/firanki.
Jeśli planujecie dziecko... Itd., itp.
Nie wiem co jeszcze. Wymyślaj. Bądź kreatywny. Wychwalaj i zachwycaj się tym, co zrobiła, jak dzwonisz pytaj na jakim jest etapie.
Adlernewman - Przerażające jest to, że połowę przeczytałaś, a połowę dopisałaś sama - z miejsca wierząc święcie, że mylić się nie możesz. Bez przeproszenia. Dziękuję Ci za dyskusję. Proszę, nie zabieraj więcej głosu. Szkoda Twojego i mojego czasu.
Artemido, dziękuję za rady - wypróbuję
Proszę, nie poddawaj się obecnej tu histerii. Łatwo się złapać.
Granicę problemu wyznaczają terminy naszych spotkań. Problemy zaczynają się gdy pojawia się świadomość, że trzeba się rozstać i przez tydzień nie widzieć. Robi się milcząca, smutna, płacze. Wtedy robi się apatyczna, ma problemy z podejmowaniem decyzji i nawet za to, co wcześniej ją fascynowało się nie bierze. Wpada w rytm studia - dom - studia - dom, wszystko okupione ogromnym wysiłkiem i "jak mi się nie chce". Nieodłącznie z telefonem przy uchu. Próbowałem jej zasugerować rozmowę z psychologiem - odmówiła kategorycznie w formie. Z tonu wywnioskowałem, że przestraszyła się konieczności opowiedzenia "specjaliście" o czymś, o czym (jak sądzę) nie wiem nawet ja, albo czego ona sama jeszcze nie rozumie. Potem przez dwa dni rozmowy wyglądały strasznie - była spięta i sztucznie uśmiechnięta, do tego raptownie zwiększyła dystans.
To ustępuje, gdy przyjeżdża do mnie, albo ja przyjeżdżam do niej - funkcjonuje jak dawniej. Razem wychodzimy, zaliczamy restauracje, razem spotykamy się ze wspólnymi znajomymi, lądujemy w łóżku, gramy na Soniaku. Korzystamy z tego krótkiego czasu razem. Aż do chwili, gdy muszę wyjść na pociąg. Przez ponad rok te rozstania były, owszem, nielekkie - ale niekiedy nawet z uśmiechem, rękami przy szybie. Od kilku tygodni są dużo bardziej "smutne". Jestem pewien, że gdy pociąg odjeżdża - z peronu wraca ze łzami w oczach.
Mam swoje wnioski, niepokój i dużo troski o nią, bo gdy pytam ona "po prostu bardzo tęskni", a cała reszta to ta "zimowa szaruga".
Pozdrawiam.
Bardzo proszę o powrót do głównego tematu wątku.
Pozdrawiam.
Mod. Wielokropek