Zaczne od poczatku. W liceum miałam chlopaka. Chodziliśmy do jednej klasy. Ja bylam jego pierwszą dziewczyną, i on był moim pierwszym. Oboje nie wiedzieliśmy co i jak ma wyglądać. Mielismy po 16 lat.
Ja w dodatku byłam bardzo samotna i nieśmiała. Miałam tylko jedna przyjaciółkę w klasie. Nie umiałam za bardzo rozmawiać z ludźmi, bylam zamknięta w sobie. Mimo, iż bylam bardzo zakochana w moim chlopaku, to z nim tez nie potrafilam rozmawiać. Jedyne co mi dobrze szło, to pisanie sms. To w ten sposób okazywałam mu swoje uczucia, rozmawiałam. W cztery oczy mogliśmy sie tylko przytulać i całować. Rozmowy sie nie kleily.
On też nie wiedział jak sie obchodzic z dziewczyną. Chcieliśmy być razem, ale nie wiedzieliśmy jak. Wszystko sie zaczelo sypać, były kłotnie. Aż w końcu zerwaliśmy ze sobą.
To wszystko było dla mnie bardzo bolesne. A na dodatek chodziliśmy do jednej klasy, widzialam go codziennie. Nie moglam o nim zapomniec. Potem zaczął sie przyjaźnic z moja przyjaciolka. Ją też stracilam. Odcięłam sie wtedy od wszystkich, bylam chyba najjbardziej samotna osoba na swiecie. Różne czarne mysli przychodzily mi wtedy do glowy.
Przez resztę liceum z bylym bylo roznie, czasem rozmawialismy ze soba, czasem udawalismy ze sie nie znamy. Cos nas jednak do siebie ciagnelo. Bylo kilka sytuacji (chyba 3), gdy uciekalismy oboje z lekcji i siedzielismy ze soba caly dzien przytulajac sie i calujac. To bylo jak sen. Takie cudowne. Na drugi dzien oczywiscie wracala szara rzeczywistość. Cierpiałam przez niego, myslalam ze go nienawidze.
Potem poszlam na studia. Poznalam fantastycznych ludzi, otworzylam sie na nich, nabralam pewnosci siebie, bylam szczesliwa. Moje samotne zycie sie zmienilo. Zapomnialam nawet o tym, ze on mnie skrzywdzil.
Jak po roku milczenia napisał do mnie to sie ucieszylam. Naprawdę myślałam wtedy, ze mozemy byc dobrymi znajomymi. Czasem spotykalismy sie ze soba, rozmawialismy, smialismy sie. Az na pewnym spotkaniu mnie przytulił i pocałował. Przytulenie spedzilismy na lawce kilka godzin. Byłam zła na niego, ze mnie prytula, a potem znowu stwierdzi, ze to nic nie znaczy. Powiedziałam mu, ze albo chce czegos wiecej, a jak nie to niech da mi spokoj, bo mam metlik w glowie. Byłam pewna ze urwie kontakt. Ale nie zrobil tego. Postanowil o mnie zawalczyc. To byl dla mnie kompletny szok.
Od tamtego momentu minął ponad rok. Na początku było trudno, musielismy naprawde walczyc o siebie.Teraz jesteśmy razem, jest cudownie, jestem cholernie szczęśliwa, on też. Czasem wydaje mi się, ze śnię. Ale nie w tym rzecz.
Raz na jakis czas przypomne sobie bolesna przeszlosc. I zamykam sie wtedy w sobie, płaczę i mam pełno wątpliwości. Szybko mi to przechodzi, a jednak wraca. Boje się, ze przez to sie rozpadnie nasz zwiazek. I mam czasem wrazenie, ze gdybym nie postawila mu warunku "wszystko albo nic" to nie bylibysmy razem. Moje mysli naprawde wszystko psują. A przecież jest tak cudownie... Co mam robic?