Ja - wolna jak ptak, po kilku zwiazkach, ale zakonczonych, zadowolona z zycia, otwarta na zycie.
On - no wlasnie....Przedstawil sie jako wolny czlowiek...w separacji od 6 lat, bez formalnego rozwodu, ale eks zona kogos ma juz od lat, a oni nie sa razem juz wlasnie te 6 lat...sa dzieci, ale wlasnie bedzie bral juz rozwod...
Swietnie nam sie rozmawialo, itd itd no i sie rozwijalo...Doskonale polaczenie. Zespolenie, zrozumienie, w kazdym aspekcie.
I po 2 miesiacach okazuje sie, ze eks zona, ktora wlasciwie to nie jest eks zona, nie jest juz z tamtym facetem, i chce powrotu. Zaczyna walczyc.
A on nie chce ale....nie bylby do mnie w porzadku bo nawet jesli sie rozwiedzie, to nie chce pelnych zobowiazan, nie chce powaznych zwiazkow, malzenstw ani takich rzeczy...Wiec...zostawia mnie. W pieknych zreszta okolicznosciach przyrody...trzymajac za reke itd itd.
Zrozumialam. Naprawde. Przede wszystkim to, ze tak musi byc, bo widocznie nie ma zakonczonych swoich spraw. A to oznacza, ze nie jest dla mnie. Nie przeszkadzalam.
Ale minal miesiac, spotkalismy sie przypadkiem, i znowu rozmowy, o pogodzie i o niczym, ale to cholerne przyciaganie, ktore jest miedzy nami...Rozmowy, spotkania, na spacery, na rower, i znow zrobilo sie tak, ze wiecej, ze codziennie. Myslelismy, ze przyjazn...Ale to wiecej niz przyjazn. I nie chodzi o to, ze dwa razy w lozku wyladowalismy. Chodzi o to przywiazanie, ktore miedzy nami sie wytwarza, o to zrozumienie, o to, ze musi byc ten codzienny sms na dzien dobry i na dobranoc, jesli nie mamy czasu spotkac sie akurat.
Nawet nie zauwazylam jak bardzo znow sie zblizylismy do siebie. Mentalnie, emocjonalnie. W koncu znow powiedzial, ze musimy to skonczyc, ze on mnie skrzywdzi tym, ze on musi sprobowac tam, pomimo, ze najbardziej chcialby "zeby ona odeszla"...
Teraz juz mnie to wkurzylo. Chyba zmeczylo tez. Otrzezwilo. Nie wiem o czym myslalam, wlasciwie nie myslalam, gdy spotykalismy sie za drugim razem, wydawalo mi sie, ze to takie przyjacielskie. Ale nie bylo. To bylo duzo wiecej. I chyba czulam, ze powinno sie skonczyc, ale tez chcialam "jeszcze chwile, jeszcze troszke...a moze..?"
Ja go kocham. Ale przeciez nie moge przeszkadzac mu w ratowaniu malzenstwa. Wiec powiedzialam mu, ze ulatwie mu to. Liczyl na przyjazn w przyszlosci. Odmowilam. Bo przeciez byloby to samo.
I cierpie :-( Nie, nie placze po nocach...Gorzej - wszedzie o nim mysle, wszedzie go widze, a wieczory i weekendy staly sie takie ciche i puste bez niego...Komorka milczy, a przeciez codziennie wpadaly sms...I to jest trudne teraz...
Juz minelo troszeczke czasu...nie odzywam sie, tak jak obiecalam sobie i jemu, bo pozwolilam mu wrocic do zony, ale... jest dla mnie najwieksza miloscia, jest dla mnie niesamowitym czlowiekiem, kims, z kim mialam porozumienie jakiego nie doznalam z nikim wczesniej...Nikt mu nie dorownuje.
I smutno mi cholernie. :-( Stara jestem i glupia. Ale to bylo silniejsze.