Witam wszystkich zarejestrowanych .Znów mamy jesień ,zbliżają się swięta a to okres ,w którym chyba najmocniej odczuwam brak bliskich .Jakie to zycie bywa przewrotne .Żyjemy sobie w błogiej nieswiadomości tego ,ze coś w naszym zyciu może się zmienić,ze mozemy stracic naszych bliskich i zostać sami .Wierzymy w to ,ze bliscy będą z nami zawsze ,zwłaszcza gdy jestesmy młodzi .A tu nagle otaczający nas ludzie zaczynają umierać ,przy pierwszej śmierci nie wierzymy ,ze to się stało ,wydaje nam się,ze to nie mogło przytrafić się nam .Ta pierwsza śmierć brutalnie wyrywa nas z przeświadczenia ,ze u nas na pewno wszystko bedzie dobrze .Zaczynamy sie bać o resztę swoich bliskich a gdy tracimy ich również zaczynamy udawac sami przed sobą ,ze nigdy ich nie było ,aby nie rozpamiętywać i nie cierpieć.Staramy się odsuwać od siebie wszystkie wspomnienia ,chowamy się w skorupie samotnosci i staramy się nad niczym nie zastanawiać,zyc dniem dzisiejszym .Ale to się nie udaje ,ta samotnosc nas dopada i niszczy .Moze to wina tego ,ze nigdy głosno nie wykrzyczałam swojego bólu ,ze tak bardzo go od siebie odsuwałam ,starałam się zamkąc go w skrzyni i niczego nie roztrząsać .Ale ten ból mnie dopada .Ból i żal do losu .Najgorsze sa swięta ,mam ochotę zaszyć się gdzies daleko od ludzi ,ale wiem ,ze tak nie można .To może dziwne ,bo jestem kobietą po trzydziestce ,ale gdy do moich przyjaciółek dzwoni mama ,tata lub rodzeństwo nie moge sobie z tym emocjonalnie poradzić .Wiem ,ze juz nigdy nikt nie bedzie kochał mnie tak bezwarunkowo ,za to tylko ,ze jestem .Wiem też ,ze dla nikogo moje problemy nie beda tak wazne jak były dla nich .Staram się na tym wszystkim nie koncentrowac ,ale momentami sobie z tym po prostu nie radzę .Nie wiem ile musi upłynąc czasu bym zaakceptowala fakt,ze nigdy już ich tu ze mna nie będzie .Moze ktoś z Was ma podobne doświadczenia i zwyczajnie podzieli się nimi .Wiem ,ze nie ma uniwersalnej recepty na takie przezycia ,ale poczucie wspólnoty bardzo pomaga
Kochana wiem o czym piszesz ja przez takie doświadczenia zaczęłam łysieć ale nawet to nie powstrzymało mnie od tego żeby dalej w to brnąć.wszystko było w mojej głowie doszłam do tego że nie potrafiłam funkcjonować i wtedy po dwóch latach przyśnił mi się mój brat i poprosił żebym przestała go dręczyć swoim bólem zaczęłam wtedy czytać o śmierci i zauważyłam że jego prośba ma uzasadnienie.wierzę w życie pozagrobowe dlatego skoncentrowałam swoją uwagę na to co ja mogę zrobić dla nich. Okazało się że po śmierci człowiek może liczyć jedynie ma tych którzy są żywi ale ich łzy i żal niestety tylko ich zatrzymują.moje działania początkowo były podejmowane bez przekonania ale postanowiłam być systematyczna mimo wszystko.po pewnym czasie zaskutkowało odzyskiwałam w zamian swoje życie i uczyłam się drobnych radości.Miałam wrażenie że wspomagany się wzajemnie tzn.ja robiłam coś dla nich a oni pomagali mi w powrocie do normalnego funkcjonowania.można pisać jeszcze długo ale nie wiem czy ty jesteś gotowa na wychodzenie ze swojego bólu bo jeśli nie to wydaje mi się że to o czym piszę może Cię tylko drażnić?.Dla mnie ratunkiem była moja wiara ALE był też czas kiedy uważałam że Bóg jest niesprawiedliwy, bez Niego latami tkwiłam w martwy punkcie.Dziś wiem to napewno.