Brak seksu jednak powoduje w moim odczuciu pewien niedorozwoj osobowosci, jakby jakies zahamowanie, zatrzymanie w punkcie dziecinstwa niemal.
To hipoteza. Miło byłoby, gdybyś zechciała ją czymś konkretnym poprzeć. Osobiście szczerze wątpię, czy na niedorozwój osobowości cierpi ktoś, kto posiada wysoki stopień samoświadomości i w związku z tym rezygnuje z seksu. Wręcz przeciwnie - to jednostki niedojrzałe (czy to pod względem poznawczym, czy emocjonalnym, czy też wreszcie cierpiące na różnego rodzaju zaburzenia osobowości związane z niedostatecznym dostosowaniem społecznym) ze względu na mniejszy stopień panowania nad popędem i częstsze funkcjonowanie na poziomie instynktownym podejmują nierzadko ryzykowną aktywność seksualną.
Nie bede sie tu wypowiadac na temat biologii ewolucyjnej bo specjalistka nie jestem, ale z psychologicznego punktu widzenia nierownomierny rozwoj personalny jest objawem problemow. I tu nie chodzi tylko o seks. Jezeli ktos na przyklad odrzucilby bliskie przyjaznie i zwiazki na rzecz ciaglego, konsumujacego pracoholizmu, milalabym duze watpliwosci (nawet z tonami seksu), ze jest on naprawde szczesliwy. To samo mozna zaaplikowac do ludzi w toksycznych zwiazkach czy nalogowcow roznego typu. Czlowiek, w moim odczuciu, powinien byc zbalansowany i odrzucanie czesci natury jak i tez zbytnie koncentrowanie sie na innej jest przejawem niezdrowego zachowania, ktore ukrywa leki poprzez czynnosci/zachowania zastepcze (alkohol, praca, fiksacja na kims/czyms itd) lub kreowanie tabow (seks tylko po slubie, nienawisc do jakiejs kultury czy rasy) i fobii.
Strasznie płyniesz z tymi swoimi poglądami, ciągle mijasz jakieś lądy, ale budujesz sobie na podstawie tych widoków fałszywy obraz świata. Przede wszystkim - jeżeli jakiś psycholog twierdzi, że wie, co jest dla człowieka najlepsze, nie słuchaj go, bo odpowiedź na to pytanie może znać tylko i wyłącznie konkretny człowiek, nikt inny. To on posiada określone doświadczenia życiowe, wykształcony przez lata system filozoficzny i wyposażenie genetyczne, i właśnie dzięki tym różnicom każdy z nas funkcjonuje inaczej. W tej chwili stawiasz się na miejscu kogoś, kto twierdzi, iż jeśli ktoś nie żyje w sposób, jaki wydaje Ci się poprawny, to oznacza, że żyje źle i ma obowiązek posiadać jakieś zaburzenia czy dysharmonię rozwojową. Tymczasem człowiek sam wie, jaki balans jest dla niego odpowiedni. Dla jednego będzie to równowaga między poszczególnymi sferami życia (i wydaje mi się, że to właśnie ci ludzie najczęściej decydują się na małżeństwo), dla innego przewaga jednych sfer nad innymi, przy czym te opierające się na podstawowych potrzebach są niżej postawione od innych (to właśnie "model" osoby, która rezygnuje z aktywności seksualnej w zgodzie ze swoimi poglądami). Sytuacja patologiczna ma miejsce dopiero wtedy, gdy podstawowe potrzeby (oparte na biologicznym przystosowaniu się człowieka) są postawione powyżej innych (ma to miejsce, kiedy jednostka np. stawia zaspokojenie seksualne ponad potrzeby wyższe, takie jak np. szacunek czy uznanie) - wtedy właśnie mamy do czynienia z funkcjonowaniem na poziomie instynktownym. Osoba czekająca z seksem do ślubu w zgodzie ze swoimi poglądami i świadomie podjętą decyzją automatycznie wypada z grupy, którą można nazwać patologiczną, może należeć jedynie do pierwszej lub drugiej grupy (z nastawieniem na tę pierwszą). Różnica między taką osobą, a kimś, kto uprawia seks przedmałżeński nie jest właściwie żadna, bo zarówno u jednej, jak i drugiej, w pewnym momencie dochodzi do przebalansowania sfer (co jedynie jest dowodem na to, iż człowiek jest istotą dynamiczną). Zaburzenia, o których piszesz, występują u ludzi zdeprywowanych, którzy w zgodzie ze sobą zamierzają uprawiać seks, ale nie posiadają takich możliwości. Ten sam poziom zdeprywowania występowałby u tych, którzy nie chcą uprawiać seksu, a są do tego zmuszani (co wbrew pozorom nie jest takim rzadkim zjawiskiem). Nie możemy mówić o deprywacji wtedy, kiedy człowiek nie chce czegoś robić, ale my uważamy, że powinien. Bo to oznacza, że to MY mamy problem, a nie on.