Witam,
Znalazłam to forum i od razu pomyślałam, że w tym miejscu można się wyżalić i usłyszeć miłe słowo... Poczytałam trochę szukając analogicznych przypadków, ale niewiele mi pasowało w znacznym stopniu.
Mam 30 lat. Mąż 40. Za mąż wyszłam w wieku 21 lat za pierwszego mojego faceta (znaliśmy się 2 lata). Teraz jak na to patrzę to sobie myślę, że to kompleksy popchnęły mnie w tak młodym wieku przed ołtarz... ale to mniej istotne.
Po 2 latach małżeństwa zdecydowaliśmy się na dziecko... tia... łatwiej powiedzieć niż zrobić... przez kolejne 6 lat przeszliśmy gehennę: seks wg kalendarzyka, badania, leczenie, inseminacje, invitro... to ostatnie o mało nie posłało mnie na tamten świat... podczas zabiegu lekarzom się igła omsknęła i zafundowali mi krwotok wewnętrzny... lata leczenia hormonami i sterydami zrujnowały moją sylwetkę ale uważałam, że wszystko jest warte spełnienia naszego marzenia... zabiło to niestety sporo naszej radości, spontaniczności i seksualności. Powód bezpłodności był obopólny ale lekarz powtarzał "Pan może mieć dzieci i Pani może mieć dzieci, tylko czasami nie jest to możliwe".
W końcu zdecydowaliśmy się na adopcję.... kolejna gehenna kiedy prześwietlali nas bardziej niż nie wiem kogo i co i w jakiej sytuacji...opinie z pracy, z banku, od lekarzy, wizyty w domu, poradnie psychologiczne... po roku zostaliśmy rodzicami dwójki dzieci - synka i córki.
Teraz gdy spełniło się nasze marzenie powinniśmy być szczęśliwi... a okazuje się, że nie jesteśmy. Żyjemy obok siebie. Ja od rana zaiwaniam - dzieci, przedszkole, dom, obiad, dzieci... mąż wychodzi z domu zanim się pobudzimy (wcześnie zaczyna pracę), wraca o 17tej.... i najchętniej przyrósłby do swojego laptopa.... siłą namawiam go by pobawił się z dziećmi (a najczęściej jego zajęcie się dziećmi to oglądanie z nimi kreskówek - mój mąż uwielbia "Wróżki Disneya") czy zrobił coś w domu. Gdy dzieci zasypiają (zawsze ja je usypiam i ja wstaje co noc do córci która ma zaburzenia snu i silne lęki nocne) chciałabym spędzić z nim trochę czasu ale przegrywam z internetem.... nie wnikam co on tam robi (chociaż parę razy mi mignęły gry wojenne). Do łóżka chodzimy osobno, jak kładę się wcześniej mąż siedzi do 2 czy 3 w nocy.... jak ja siedzę dłużej on się kładzie o 21.30...
Seksu nie uprawiamy od miesięcy.... nie przytulamy się już nawet o pocałunkach nie wspomnę...
Mam wrażenie, że nie odpowiada mu rola ojca i męża matki. Czuję się oszukana.... przez lata walczyliśmy o marzenie, które jak widać okazało się tylko moim.
Od liceum prowadzę pamiętniki czytałam je ostatnio.... i na papierze widać, że od lat już psuje się między nami.... tyle że wcześniej pracując i walcząc o dzieci tego nie odczuwałam tak boleśnie...w końcu te lepsze dni miały dopiero nadejść.... nie nadeszły.
Przez lata mierzyłam się z:
- oziębłością seksualną,
- brakiem dbania o siebie (potrafi w jednych jeansach chodzić miesiąc),
- jego niezaradnością (nawet żarówki w domu ja muszę zmieniać),
- niezdolnością do pracy zawodowej (miesiące bezrobocia podczas których z lubością oddawał się swojej pasji czyli grom komputerowym, przeplatane miesiącami gównianych robót za 600 pln. Teraz ma pracę w firmie w której pracuje też mój ojciec... po znajomości. Ojciec przemógł się i wstawił się za nim gdy byłam bliska decyzji o rozwodzie. KOkosó tam nie zarabia ale od 2 lat pracuje w tym samym miejscu),
- długami które ja musiałam spłacać (nieudane biznesy jako agent ubezpieczeniowy przy umowach które dzisiaj byłyby niezgodne z prawem). Ostatnio (w tym roku) komornik wszedł mi na pensję i oszczędności. Od lat oszczędzałam ze swojej pensji na samochód (przy dzieciach trzeba mieć takowy) - w lutym odbieraliśmy auto a ostatniego stycznia komornik skasował mi 12 tys... gdyby nie mój ojciec który nam dołożył nie mielibyśmy auta......... oczywiście inna sprawa to taka, że mąż uparł się na auto, na które nie bardzo nas było stać... uległam mu... w końcu nigdy nie miał fabrycznie nowego samochodu - efekt? Kredyt i zadłużenie u mojego ojca...
- brakiem moich własnych przyjaciół i znajomych (moi przyjaciele nie lubią mojego męża... z lojalności stawałam zawsze po jego stronie... część znajomości urwała się, część przeszła w stan facebookowy)
Do szału mnie doprowadza jego uległość - on nie myśli nigdy samodzielnie zarówno przy czynnościach codziennych i problemach między nami czy o przyszłości... robi tylko to co mu każę... nie kłóci się... jak poruszam problemy naszego związku to albo milczy (mam wrażenie że czeka aż mi przejdzie) albo potwierdza "Tak, nieprawdopodobne jak ludzie mogą się od siebie oddalić"... i nic.
A ja jestem zmęczona tym, że wszystko jest na mojej głowie - dom, pieniądze, ... zawsze muszę być tą silną... a ja czasami tęsknię za tym by ktoś mną się zaopiekował. Bym nie była tak naprawdę we wszystkim sama.
Na pozór wszystko jest dobrze. Ale coraz częściej myślę czy nie wymeldować się z tej "sielanki". Ale boję się:
- tego, że zrujnuję dzieciakom życie - mieliśmy im dać pełną rodzinę i co?
- tego, że on może sobie coś zrobić (podczas rozmów o naszym związku gdy mu wywaliłam kawę na ławę straszył mnie samobójstwem),
- tego, że do końca życia już będę sama,
Mój ojciec powtarza, żebym się cieszyła bo żaden inny mężczyzna nie wytrzymałby ze mną... ale co to do licha ma znaczyć? Jestem wybuchowa... ale na Teutatesa, mój temperament ma wiele dobrych stron... może gdybym nie była ciągle w stresie i dołku psychicznym częściej by je było widać?
W poniedziałek wracam do pracy po urlopie macierzyńskim. Tego też się boję. Jak zajmę się jeszcze pracą nie starczy mi sił i czasu by o nas walczyć lub podjąć jakąś inną decyzję...a walczę już latami. Chodzi mi po głowie, że utknę w tym związku ludzi żyjących obok siebie do końca życia. A u kresu będę nieszczęśliwa, że nic z tym nie zrobiłam.
Przepraszam za dłuuuugi post. Ale 9 lat nie da się zamknąć w kilku zdaniach. A szczerze mówiąc nie bardzo mam komu się wygadać.