Dzień dobry,
właśnie odkryłam Wasze forum i chciałabym skorzystać z "porady", Waszego punktu widzenia.
Od przeszło roku jestem z mężczyzną 24-letnim. Ja mam lat 31.
Absolutnie nigdy nie przypuszczałam, że moje serce zabije do młodszego faceta, a jednak.
Dogadujemy się świetnie.
Miałam na początku lekkie obawy co do różnicy wieku ale nigdy nie spotkałam takiego człowieka jak W.
Doszłam do wniosku, że wiekiem szczęścia nie liczy się no i jesteśmy razem.
Co jakiś czas dopadały mnie obawy, że kiedyś jednak ta 7-letnia przepaść nas dopadnie.
Stało się tak wczoraj.
Wiem, że nasz "problem" można odebrać jako naciągany bo w życiu różnie bywa, ale on jest.
Wczoraj rozmawialiśmy tak po prostu o wszystkim i o niczym ale po jakimś czasie temat zszedł na poważniejsze tory.
Zaczęliśmy rozmowę o dzieciach.
Ja z racji na swój wiek biorę pod uwagę to, że za jakieś 4-5 lat chciałabym dziecko.
W. w swoim "20-leciu" nie planuje żadnych dzieci. Może 30, 31 lat.
Absolutnie go rozumiem bo chce się skupić na sobie, rozwijać, dążyć do własnych celów.
Jest skłonny, jak zaznaczył, zdecydować się na dziecko w wieku 29-30 lat. Wiem, że to byłoby przeciwko jego woli.
Dla mnie wiek 38-39 wydaje się juz takim "babcinym" wiekiem i lekko mnie przeraża.
Omówiliśmy różne opcje ale skończyło się na tym, że to ja mam podjąć decyzję bo to "o moje" życie chodzi.
On stanowczo powiedział, że kocha, nie chce nikogo innego ale nie może mnie zmusić do niczego.
On nie podejmie decyzji bo chce żebyśmy byli razem.
Ja wiem, że to wszystko jest wysuwane zbyt mocno do przodu, ale nie wiem czy jest sens pchać się w to wszystko dalej, świadomie i z myślą, że może się kiedyś skończyć.
Wiem, że różnie bywa w życiu. Wiem, że możemy się rozejść /On bardzo wierzy w to, że nam wyjdzie. Czasami zadziwia mnie jego pewność/. Wiem, że wcale może nie dożyjemy razem tego okresu...
Jednak mam zaszczepioną nutkę niepewności i sama z sobą toczę walkę.
Nie jest prosto odejść od człowieka, o którym w skrytości ducha marzyłam ale nie wierzyłam, że ktoś taki istnieje.
On cwanie tez wspomniał, że kiedy np w wieku 35 lat postanowię odejść /alez to wszystko komicznie brzmi
/ to tez musi minąć jakiś czas żebym mogła spotkac kogoś "odpowiedniego", pokochała etc.
Fakt ma racje.
Zaproponował rok czasu. Rok na przemyślenie wszystkiego.
Możecie na mnie "krzyczeć", że snujemy cos co w ogóle może nie mieć miejsca.
Ale nawet za te "krzyki" będę wdzięczna ![]()
POzdrawiam
Od wczoraj ROZTERKA