Witajcie forumowiczki pomocniczki! Mam nadzieję, że pomożecie mi zrozumieć siebie a także rozwiązać moje problemy. Długo zwlekałam z napisaniem i nie mam sprecyzowanej treści w głowie. Pisze prosto to co czuje i co się stało , że tu jestem. Zacznę od tego, że jestem przeciętną dziewczyna, przez całe moje ponad 30-letnie życie miewałam dużo trudnych chwil związanych ze zdrowiem , miłością, praca, nauka, samotnością itd. Ale po trudnych dniach zawsze wschodziło słońce. Tym czasem od jakiegoś okresu "widzę to słońce za mgłą"- dosłownie i w przenośni. Wyjaśniam mój problem nr.1. Mam dużą wadę wzroku, moje widzenie w jednym oku wygląda tak, że widzę plamę po środku (zwyrodnienie siatkówki w centralnej części) A z kolei moja wada (choroba oczu) przekłada się też na moją aktywność zawodową, a raczej jej brak i inne sfery życia. Mam ograniczony wybór zawodów, które mogłabym wykonywać, mimo, że mam skończone studia i bardzo krótki staż zawodowy. Chodzi o to , że od tamtego czasu naprawdę widzę o wiele gorzej, co utrudnia mi czasem prawidłowe funkcjonowanie w środowisku.Sama już nie wiem co jest lepsze czy mieć prace i jaką czy jej nie mieć. Jestem osobą, która bardzo się przejmuje tym co ludzie powiedzą, a na dodatek mam niską samoocenę i w trudnych sytuacjach np. stresu wywołuje to u mnie jeszcze większe problemy.Kolejne mój problem to również zdrowotny, a który tez odbija się na inne sfery życia. Jestem chora na WZW C. Dlatego też do wykonywania pracy wymagającej aktualnej książeczki zdrowia się nie nadaje, a nie chcę też kogoś oszukiwać itp. ,że jestem zdrowa. Nawet idąc do dentysty mówię o tym.Ten problem dotyczy też mojego męża i dziecko. Ale o tym później! Problem nr. 3 to moje małżeństwo. Dotąd wydawało mi się , że jest całkiem przyzwoicie i nawet super, mimo problemików dnia codziennego, które maja chyba wszyscy, Ale tak było do pewnego czasu po ślubie. Po dosłownie kilku latach małżeństwa, kiedy to młodzi powinni się dotrzeć itd. Nasz związek o mały włos się nie rozpadł. a wszystko to za przyczyną teściowej , syna, który bardziej bał się mamusi niż mnie , mojej ślepoty w ocenie sytuacji, a także okoliczności, które na to wpłynęły. Krótko opisze. Jak to baba po kilku latach chciałam upiększyć naszą oazę spokoju 2 pokoje), mieszkaliśmy wówczas z teściami). Malowanie, nowa podłoga itp. Oczywiście nie taki kolor nie ten układ mebli, a my młodzi postawiliśmy na swoim i tak zostało , ale tylko na dwa tygodnie, bo przez ten czas atmosfera nie do zniesienia. Aż pewnego wieczoru wybuchła awantura a właściwie ja zostałam obsypana wiązanką wulgaryzmów itp oszczerstw. Z trudem wykonałam telefon do mamy ,aby po mnie przyjechała tej nocy. Stwierdziłam wówczas, że nie będę mieszkać dłużej z ludźmi, którzy maja o mnie takie złe zdanie. A ja przez tych kilka lat nie zauważałam , że coś jest nie tak. Naiwna byłam i głupia jak zawsze. Ale pech chciał, że przy tej awanturze nie było mojego męża, bo myślę, że stanąłby wtedy bardziej za mną, a nie za rodzicami. No a potem stancja, kupiliśmy wspólnie z mężem mieszkanko. I mija kolejny okres czasu. A ja czuje , że nasz związek jest bo jest. I wciąż myślę o tamtych dniach , o tym, że miało być tak dobrze, a wyszło jak zwykle. I o tym , że wciąż popełniam błędy. I zamartwiam się . Trudno mi tu napisać dokładnie przebieg części mojego życia, moje piękne i złe doświadczenia, które wpływają na moje dalsze postępowanie i odczuwanie tego co się wokół mnie dzieje. ale jedno wiem na pewno. Nasz związek wisi na włosku. Jak rozmawiam z mężem i mówię mu , że wydaje mi się , że to lub to jest nie tak jak powinno być, to on mi odpowiada, że za dużo myślę i przesadzam. Najbardziej denerwuje mnie to, że nie jest wobec mnie całkiem szczery i oddany, Dla niego liczy się tylko to co powie jego mama. Nigdy wcześniej maż nie zrobił czegoś dla mnie wbrew woli swoich rodziców oprócz tego nieszczęsnego koloru ściany i umeblowania pokoju ,zawsze musiało być według ich planów. Tak sobie myślę teraz po czasie. Sama nie wiem teraz czy ja coś rzeczywiście źle odbieram. Ale przecież wciąż widzę , że to już nie jest jak dawniej. Nie ma w nas tej miłości tego zaangażowania, rozmów. Wszystko takie zwykłe, jego praca, jego druga praca która bardzo lubi, jedzenie spanie rozliczanie się i le i na co trzeba przeznaczyć , trochę rozmów, a właściwie krótkich zdań o dziecku. I tyle co pozostało po tych kilku latach. A on twierdzi , że jest wszystko dobrze. A ja bym chciała czegoś więcej . miłości, wspólnego przebywania, odremontowania naszego mieszkania. itd. Wiedzieć i widzieć w tym co robimy razem , że chce być ze mną. A ja tego nie widzę. Bo tylko razem jemy , śpimy i jesteśmy około godziny dwóch obok siebie w ciągu doby. Mąż jak wchodzi do domu z pracy to od razu włącza telewizor, je obiad , ok. pół godziny odpoczynku na łóżku i dalej do kolejnej pracy. I oczywiście już jedzie sam beze mnie .Dodam ,że mamy gospodarstwo rolne i mąż bardzo lubi w nim robić, ja z wielu powodów nie za bardzo. Od momentu kłótni nic mu nie pomagam , bo tak ustaliliśmy. Wiem , że rodzina powinna się wspierać również w pracy. Ale ja nie widzę głębszego sensu mojej pomocy w męża gospodarstwie. Przez kilka lat pomagałam jak mogłam, po kłótni stwierdziłam i, że i tak byłam głupia, że robiłam. Wiadomo praca nie jest lekka. Nie chce się udzielać a z drugiej strony wiem że ciężko jednej osobie ogarnąć wszystko. Najgorsze, że przez ponad rok nie widziałam się z teściową, po ponad 1.5 roku spotykamy się rzadko i oficjalnie i wiem , że ona mnie nienawidzi, bo nie spełniłam jej kryteriów jako synowa. A także wiem że nie ma sensu się spoufalać i być dla kogoś narzędziem do wykonywania czyichś planów, marzeń itd. Dla mnie liczy się również moje zdrowie, . A w tym wszystkim też ważne jest zdrowie mojego męża. Ale o tym to już jego mamusia chyba zapomniała. A chłopina robi i robi. I ciągle nie mogę zrozumieć, że dorosły facet może być tak uzależniony od swojej mamy i pod jej wpływem. Dodam że jestem bardzo zła na teściowa, za to , że ma taki silny wpływ na swojego syna, że przestawiła rodzinę męża przeciwko mnie i, że nierówno traktuje swoje dzieci, bo właśnie mojemu mężowi jest najciężej, i kierowanie nim odbija się na naszych relacjach .Wiem, że i ja nie byłam święta, też mam mnóstwo wad i cech które być może nie podobały się teściom. ale miało być nam ( mnie i mężowi dobrze) a nie im. A przede wszystkim chciałabym wiedzieć, czy przetrwamy. Z mężem mało rozmawiam , bo zaraz się denerwuje, i podnosi głos. Może nie umiem z nim rozmawiać?. Wyżalam się tylko mojej siostrze i trochę mamie. Nie wiem jak żyć . Ciągle widzę przeszkody , pytania i niepewność, strach przed odrzuceniem i wiele innych budzących wątpliwości pytań , na które nie znam odpowiedzi. A przy tym wszystkim straciłam wiarę w Boga, ludzi. Już nie ufam im i nie wiem komu ufać. Potrzebuje też kogoś w pobliżu, z kim mogłabym się czasem spotkać, pójść na kawę . I brak mi takiej osoby. Robię jakiś błąd, Nie wiem jaki. Niby jestem miła, ale nie potrafię po nawiązaniu kontaktu z nową osoba utrzymać tej znajomości. i tak zamykam się w swoim domu i niby to zajmuję się nowo poznanymi technikami rękodzielniczymi. ale to też działa na krótka metę, Bo nie mogę robić czegokolwiek wieczorem bo źle widzę, rano jestem tak zaspana, że budzę się przynajmniej z godzinę. A potem to już ekspresowo: śniadanie dziecko do przedszkola, zakupy dom, sprzątanie gotowanie itp .i ciągle się nie wyrabiam brak mi czasu, nawet nie jestem już taką dobra gospodynią. Nie chce mi się sprzątać przekładam na potem to co mam zrobić. Nikt do mnie nie przychodzi więc się nie staram. A gdy już się zbierze dyzo zaległych spraw to robię ale wiadomo szybko i po łebkach. I co z tego, że jestem miła, sympatyczna, gospodarna, tolerancyjna, uczciwa, zaradna, i jeszcze jakaś tam, jak jestem tez małomówna, obraźliwa, naiwna, głupia, mało inteligentna, a na dodatek gruba i ślepa. I wiem również , że w dzisiejszym świecie zapotrzebowanie jest na ludzi otwartych , przebiegłych, sprytnych, pięknych bogatych i wiecznie młodych , uśmiechniętych od ucha do ucha. a we mnie nie ma za krzty tych cech Mogłabym tak pisać i pisać. Chyba jednak w tym miejscu zakończę mój elaborat i proszę o pomoc. Co zrobić , żebym czuła, że w naszym małżeństwie jest dobrze? Jak poprawić relacje między nami? Jakich używać argumentów aby rozmowa z mężem nie skończyła się po kilku sekundach? Chciałabym zadbać o nasze relacje naszą miłość i nasz związek. Proszę o radę jak mam tego dokonać i czego nie robić aby nie popsuć tego co już jest.
1. Oczy. Ćwicz. Kup sobie książkę albo idź na kurs, ćwicz codziennie.
2. Sprzątanie. Polecam: jak pozbyć się bałaganu ze swojego życia. Karen Kingston.
3. Kochasz męża? Okazuj mu miłość, a nie wieczne żale i pretensje. To prawda, że powinien bardziej słuchać Ciebie niż matki. Ale skoro nie możesz na to nic poradzić, nie roztrząsaj tego, tylko rób swoje. Pracować za ciężko, ponad siły - źle. Nie pracować z mężem wcale - też źle. Czy nie możesz pojechać z nim, ale robić to co możesz, nie ponad siły?
4. Dziecko - nic nie piszesz. Ile ma lat, w jakim jest wieku, czy może być z Wami i pomagać (nawet maluch potrafi i chce, jeśli widzi że jest doceniany).