Mam nieciekawy okres. Nie mogę się ogarnąć, przestać ryczeć. Terapia pomaga, ale ostatnio nie wystarcza...
Jestem w trakcie rozwodu. Byliśmy małżeństwem przez ponad 9 lat. Mąż już ze mną nie mieszka. Ponieważ jestem w ciąży, a najwyraźniej "wkrótce_również_formalnie_były" chce się znaleźć jako "tatuś" - utrzymujemy kontakt.
Nie zapomnę mu tego jak traktował mnie przez lata, jak się fatalnie czułam z jego obojętnością. Miesiąc po tym jak dowiedział się, że będziemy mieli dziecko - był uprzejmy oświadczyć, że największym błędem w jego życiu był powrót do mnie miesiąc przed poczęciem, również parę innych równie sympatycznych rzeczy usłyszałam (w tym o braku uczucia z jego strony od dłuższego czasu). Zdałam sobie sprawę, że wszystkie szanse, jakie dawałam wielokrotnie temu małżeństwu były o kant rozbić - każda jedna była dla niego tylko sygnałem, że można spokojnie olać moje potrzeby, bo i tak wszystko wybaczę - a było co wybaczać przez te lata.
Ogólnie - rozstanie to najlepsze wyjście. Tyle jeśli chodzi o rozum.
W praktyce - jak długo to będzie bolało? Mogę sobie pozganiać część emocji na hormony ciążowe, ale - ileż można ryczeć?
W wielu wątkach trafiałam na stwierdzenie "czas leczy rany". Mam pytanie do osób, które zakończyły wieloletni związek - jak długo wam zajęło "ogarnięcie się"? Pewnie nie ma reguły, ale może pomoże mi to uzbroić się w cierpliwość do samej siebie...
Jak sobie pomóc w powrocie do życia? Może macie pomysły na jakieś zajmujące głowę zajęcia? Mam w głowie naprzemiannie pustkę albo żal - i nic więcej...