Witam,
Parę miesięcy temu pisałam jak to zostawił mnie mąż a dokładnie wywaliłam go z domu po wykryciu zdrady...cierpiałam, płakałam...nadal cierpie i płacze w poduszkę...mąż po tym wszystkim nigdy nie zobaczył mnie płaczącej, przygaszonej, załamanej...sprawiałam wrazenie silnej, konkretnej kobiety...staram sie jak mogę zajmowac sie sobą, myslec o sobie, układac sobie zycie po swojemu...ale mam juz dosc zycia w zawieszeniu:-( tak naprawde to nie wiem czego chce, nie mam pojecia czy chcę rozwodu, czy chcę sprobowac z nim jeszcze raz, czy chcę nadal zyc jak zyję teraz i obserwować sytuację...wiem natomiast jedno...chodzę coraz smutniejsza i bardziej zamyślona bo coraz bardziej męczy mnie sytuacja gdy jedna noga jestem żoną a drugą rozwódką...
Dodam, ze nie mam pojęcia czego tak naprawdę chce maz...niby mielismy kilka rozmów, niby mówił cos o tym że może warto zacząć od nowa z czystą biała kartka, zapisaliśmy sie na terapię, niby z lafiryndą to koniec, dba o corke, jest u nas codziennie, ja o dziwo w końcu czuję sie przez niego szanowana, jest masa drobnych gestow z jego strony ktore daja mi nadzieję na to, ze sie zejdziemy...ale z drugiej strony te gesty mogą swiadczyc poprostu o tym, ze chce sie kulturalnie ze mna rozejsc. On jasno i wyraznie powiedzial mi kilka razy, ze rozwodu na dzien dzisiejszy nie chce...słowa czy czyny świadczą o zamiarach??? Pogubiłam się w tym wszystkim, kompletnie nie wiem czego chcę, nawet nie wiem czy chcę z nim o naszych zamiarach rozmawiać?? Przycisnąc go do jakiś deklaracji skoro przeszkadza mi zycie w zawieszeniu czy cierpliwie poczekać skoro sama narazie nie potrafię sie zdeklarować?
Poradzcie cos Dziewczyny bo czuję, ze jak nię pójdę w jakimś kierunku to zwariuję...