Jesteśmy w tym samym wieku - 25 lat - jesteśmy razem od 5 lat a miszkamy razem od 4
mamy podobne zainteresowania (jednak się różnimy), mamy rzeczy które lubimy robić razem, seks jest super, potrafimy być dla siebie czuli.
kiedyś było idealnie... rozmawialiśmy o marzeniach, dyskutowaliśmy o poglądach o tym jak pojmujemy różne rzeczy.
...ale
zmieniło się. Wiele już wtedy kiedy zamieszkaliśmy razem, ale uznaliśmy że trzeba się dotrzeć - przecież nigdy nie bywaliśmy ze sobą tyle czasu. Bywało różnie, lepiej i gorzej. Moim zdaniem ogólnie na plus jego na minus ![]()
kiedy się kłócimy jest koniec świata - ja chcę rozmawiać a on nie rozmawia wcale o uczuciach, nie uważa też by był to problem który trzeba rozwiązać.
Czasami wyprowadza mnie z równowagi swoim brakiem zorganizowania i brakiem motywacji do czegokolwiek. sama miałam ciężkie okresy w życiu kiedy nie miałam nawet siły podnieść się z łóżka - staram się więc być tolerancyjna i pomagać mu.
Nie ma już żadnych znajomych - sama go namawiam aby zaczął się z kimś spotykać i coś robić poza domem.
ja miałam ojca alkoholika - po roku terapii dla DDA, która otworzyła mi oczy na moje uczucia. On uważa że terapia zmieniła mnie na gorsze.
fakt otwarcie zaczęłam mówić co mi się nie podoba i jakie mam potrzeby a on nie chce ich spełniać i nie chce się rozwijać razem ze mną. Otwarcie mówi że tak mu wygodniej.
najbardziej rani mnie kiedy śmieje się z mojego zdania a na moje słowo, że to mnie rani reaguje np tekstem "no nie przesadzaj, przecież sama wiesz że to co powiedziałaś jest głupie". Mam wrażenie że nie rozumie mnie już wcale. co gorsza nie chce rozumieć. nie pyta dlaczego tak uważam, od razu neguje i się śmieje.
kiedy ja się nie zgadzam z jego zdaniem i podam argumenty mówi że traktuję go jak debila.
Kiedy proponuję rozwiązania problemów nie chce z nich korzystać. Na pytanie o powód mówi że mu się nie chce (?!) ale uparcie twierdzi że to jemu zależy na mnie a to ja się czepiam i szukam problemów.
fakt - jestem nerwowa i łatwo mnie wyprowadzić z równowagi - wtedy wybucham i krzyczę, ale zawsze staram nie ranić tylko przekazywać podczas nerwów jak się czuję i co mnie boli nie obrażając nikogo. mimo to czasem jestem okropna, krytykuję i wytykam mu że nie mogę na niego liczyć, że nie wspiera mnie i nie pomaga mi.
mam ostatnio bardzo stresowy czas (ważne egzaminy, założenie własnej firmy, rezygnacja z etatu)
on niby chce wspierać ale przy najmniejszej mojej zlości się blokuje - jak bym nie miała prawa okazywać zdenerwowania i złości
w jego rodzinie były ciagle wrzaski i kłótnie całymi dniami, dzieci wykorzystywano jako monety przetargowe i nastawiano przeciwko sobie nawzajem. były tylko podejrzenia, brak zaufania, kontrola i manipulacja. ma niskie poczucie własnej wartości.
nie okazuje uczuć, zbiera je i tłumi aż wybuchnie - a wybuch jego to np walenie ręką w ścianę i wyjście z domu na pół nocy bez telefonu, wiedząc że się o niego martwię, nie dając mi możliwości skontaktowania się z nim i sprawdzenia czy wszystko ok.
nienawidzi swojej pracy ale nic nie robi by ją zmienić. staram się być dla niego wsparciem i dawać motywację, ale on nic nie robi już ze swoim życiem. Kiedyś był zupełnie innym człowiekiem.
kiedy widzi że płaczę i jest mi przykro zachowuje się jakby chciał abym czuła się jeszcze gorzej. potem przeprasza i mówi że to było w nerwach. Uważa, że wszystko co złe to moja wina.
darzę go silnym uczuciem - ale sama nie wiem już czy to miłość, czy przywiązanie - w każdym razie kiedy mnie rani rani mnie naprawdę głeboko. Chciałam mu pomóc! nie rozumiem dlaczego mnie rani i ie chce ze mną rozmawiać...
nie wiem co mam robić ![]()