Mój problem pewnie nie różni się od stu innych, a i tak muszę się w końcu wyżalić, przeczytać jakąś opinię z zewnątrz, kogoś kto mnie nie zna i spojrzy obiektywnie na to wszystko.
Z moim panem X, poznałam się trzy lata temu, od razu się sobie spodobaliśmy, zaczęły się smsy, rozmowy, skończyło na związku. Związek w sumie wyszedł sam, tyle spędzaliśmy razem czasu i tak się dogadywaliśmy, że zaczęliśmy nazywać się parą.
Były chwile dobre i złe, jak to w związku. Dobraliśmy się bardzo dobrze, mamy te same zainteresowania, uprawiamy te same (prawie) sporty, jest moim przyjacielem, wiemy o sobie wszystko..
Teraz zdawaliśmy matury, ciężki okres, dużo stresu, a i tak jakoś się wspieraliśmy, dawaliśmy radę.
Tylko że.. ja teraz czuję jakbym się odkochała?! Nie no może to złe słowo, próbowaliśmy nawet zrobić przerwę, ale to nic nie dało.. Nie wytrzymałam, nie lubię jak mu napiszę sto złych słów, niemiłych i przestaję się odzywać.. Źle się wtedy ze sobą czuję.
Już taki mam charakter, nie umiem się gniewać. On też. Zawsze gdy pojawiał się konflikt musieliśmy siąść, obgadać, wykrzyczeć i było dobrze. A jakoś teraz nam nie wychodzi.
I to przeze mnie.. Mam jakieś głupie myśli w głowie, czy chce zaczynać studia z nim, czy nadal go kocham czy tylko się przyzwyczaiłam? Ostatnio zaniedbaliśmy związek przez naukę itd.. Mało spontaniczności, ciągle nudy przed tv, albo kompem i stres, ciągły stres.
Pan X mówi, że to właśnie przez to, że teraz wyjedziemy, oboje się postaramy, będą wakacje, będzie inne życie, tylko ja nie wiem..
Jak poznać, kiedy jest po prostu kryzys, a kiedy już się wszystko wypaliło?.. Nie wiem, nie rozumiem samej siebie. Jedna połowa mnie krzyczy, żeby go zostawić zacząć nowe życie. Ostatnio trochę mnie krytykował, bo ja robiłam głupie rzeczy, nie wspierał mnie, bo on nie umie siąść i po prostu wysłuchać. Mam problemy, mam nerwice.. Czasem muszę się wypłakać. On wtedy za bardzo się denerwuje, krytykuje co robię, nie potrafi normalnie posłuchać i zacisnąć zęby. Z jednej strony to szczerość, a z drugiej jeszcze bardziej mnie rani. Poczułam się po prostu gnębiona (to troche za mocne słowo ale nie znalazłam innego) ..
Druga połowa za to, wie, bardzo dobrze wie, że nie przeżyje dnia bez świadomości że jest blisko. Zawsze myślałam o nas jak o parze na cale życie (wiem, utopia.. ale już tak mam, jestem marzycielką, idealistką, romantyczką), a teraz.. sama nie wiem. Nie chce Go ranić moimi wiecznymi rozkminami.. Czy chce z nim być, czy nie..
CHCE, ale nie chce..
Muszę powiedzieć że jest moim prawdziwym przyjacielem, właśnie wiem, że on jako jedyny na świecie mnie nie zawiedzie, nie zdradzi, nie zostawi w trudnej sytuacji i ja tak samo. Po prostu.. tak jest.
Czy stresy i zaniedbanie potrafią sprawić takie myśli? Czy już za późno? Da się jeszcze coś takiego uratować?
Przepraszam, piszę to w emocjach, bo nie wiem już co robić..
Ed: zapomniałam dodać, jesteśmy razem 2,5 roku