Witam,
jestem nowa na forum i nigdy nie przypuszczałam, że w takim miejscu będę szukać pomocy. Zrobiłam już tak wiele i chyba niestety skończyły mi się pomysły, albo powoli brakuje sił... Byłabym wdzięczna za jakąkolwiek wskazówkę, może znajdzie się tutaj ktoś, kto byłby w stanie podpowiedzieć co jeszcze mogłabym zrobić, żeby ojcu pomóc.
Ojciec jest alkoholikiem. Pije odkąd pamiętam- przez całe moje dzieciństwo, szkolę, dorastanie, nie przestał aż do teraz, kiedy już jestem dorosła i samodzielna.
Kiedy byłam dzieckiem, ojca najczęściej w ogóle nie było w domu. Tylko moja mama wychowywała mnie i siostrę, tylko ona martwiła się o pieniądze, dwoiła się i troiła, żeby niczego nam nie brakowało. Ojciec pracował, ale praktycznie całą wypłatę przepijał, nie dawał mamie żadnych pieniędzy na nas. Mama też pracowała i tylko dzięki temu jakoś dawałyśmy radę...
To wszystko trwało latami, wielokrotnie mama za namową siostry (jest starsza o 5 lat, więcej rozumiała, ja często stawałam w obronie ojca, zawsze było mi go żal) próbowała to przerwać, ale niestety nie miałyśmy gdzie pójść, więc trwałyśmy tak dalej.
Kiedy miałam 19 lat mama postanowiła rozwieść się z ojcem. Zrezygnowała z orzekania o winie, nie chciała ciągnąć tego w nieskończoność. Może nie do końca była to dobra decyzja, bo niczego to nie zmieniło. Mieszkali nadal razem, okazało się, że nie ma możliwości eksmisji ojca z mieszkania, które jest jego (po rodzicach).
Miliony razy rozwiałyśmy z ojcem, prosiłyśmy, płakałyśmy, namawiałyśmy, żeby się leczył, kilka razy chciałam iść z nim do poradni, ale zawsze mnie wystawiał. Nikogo nie słuchał, uważał, że nie ma problemu. Po rozwodzie wpadł w jakiś dołek, zniknął na kilka dni i nocy, zgłaszałyśmy nawet zaginięcie na policji. Potem wrócił i twierdził, że kocha mamę i zrobi wszystko, żeby dała mu jeszcze szansę. Mama powiedziała, ze sprawę przemyśli, jeśli zacznie się leczyć, ale na tym się skończyło. Leczyć się nie poszedł, problem zapił kolejny raz.
Wraz z mamą byłyśmy w poradni dla rodzin alkoholików. Powiedziano nam, że my niczego nie zdziałamy, że na nic nasze starania. To ojciec musi chcieć, nie my. I choćbyśmy stanęły na rzęsach, niczego nie wskóramy. Wtedy mamie zabrakło już sił i cierpliwości, żeby nadal w tym trwać, postawiła sprawę na ostrzu noża. Wyprowadziła się do babci. Ja zdecydowałam zostać z ojcem (byłam dorosła- mama nie pochwalała mojej decyzji, ale nie zaakceptowała ją). Miałam nadzieję, ze może to otworzy ojcu oczy, ale nie. Kolejne naiwne nadzieje, które musiałam szybko pogrzebać.
Któregoś dnia zorientowałam się, że z domu zginęło złoto. Cała biżuteria, którą dostałyśmy z siostrą przez całe życie, do tego część biżuterii mamy, łącznie z obrączką ślubną, zniknęły. Ojciec nie miał już pracy, ledwo stać go było na jedzenie, a co dopiero na alkohol, więc było jasne co się z tym stało... Kiedy o to zapytałam, oczywiście się wyparł i stwierdził, że gdzieś zgubiłam...
Wtedy poszłam do poradni kolejny raz, już sama. Opowiedziałam o wszystkim, zapytałam, co robić, jak mu pomóc. Specjalista powiedział, że ostatnią szansą na ratunek i opamiętanie ojca to... zostawienie go samego. Wyprowadzić się, ograniczyć kontakt, nie pomagać w żaden sposób, a już tym bardziej finansowo. Istniała szansa, że to go otrzeźwi.
I tak minęły już prawie dwa lata. Ojciec miał wzloty i upadki. A właściwie to jeden wzlot (nie pił 4 tyg, to był prawdziwy sukces) i całą masą upadków. Niczego nie zrozumiał na dzień dzisiejszy, nie chce się leczyć, a może i chce, ale mam wrażenie, że chciałby, żeby to samo przyszło, tak po prostu, bez jego większego udziału... Bez przerwy nachodzi mamę, chce pieniędzy, pożycza od wszystkim możliwych znajomych, od całej rodziny. Wiem, ze nie pracuje i jest mu ciężko, nie chcę finansować jego nałogu, nie powinnam nawet, wielokrotnie proponowałam inną pomoc- że zrobię mu większe zakupy spożywcze, opłacę jakieś rachunki itd. Pomoc przyjmował- owszem, ale wydawał się być "urażony", że pieniędzy nie chcę mu dać, chociaż je mam.
Powoli już opadam z sił. Zrobiłam tak dużo i zarazem nic, bo w żaden sposób nie pomogłam. Mieszkam aktualnie za granicą, nie widuje go na co dzień. Ojciec spadł na samo dno. Doszło do tego, że pije codziennie, nie mam pojęcia skąd bierze na to pieniądze, zaczyna już od rana. Jest wrakiem człowieka. 2 lata temu robił jakieś badania w szpitalu, lekarz powiedział, że do marskości wątroby pozostał malutki krok. Widziałam go latem- schudł potwornie, praktycznie o połowę masy ciała, oczy zapite, nieobecne, szara twarz... Teraz podobno jest jeszcze gorzej, rodzina, która go widuje mówi, że jeżeli nadal będzie tak postępował, to nie zobaczę go, kiedy w listopadzie przyjadę do Polski...
Jestem załamana. Nie wiem, co robić, czy w ogóle jest jeszcze jakiś sens w tym wszystkim. Nie mam możliwości powrotu do Polski, wiąże mnie kontrakt w pracy, ale zastanawiam się nad zerwaniem go (oczywiście będzie się to równało dyscyplinarnym zwolnieniem). Mama mówi, że nie powinnam tego robić, siostra też, a ja czuje się strasznie. Nie chcę marnować mojej szansy, całe życie na nią pracowałam, to spełnienie moich marzeń, ale nie mogę też siedzieć tutaj i realizować siebie, bez przerwy myśląc o tym, ze skazuje ojca na śmierć... Wiem też, że nawet gdybym przyjechała na jakiś urlop, to i tak nie jestem w stanie, nawet będąc na miejscu, niczego dla niego zrobić... Bo on nie chce pomocy, a właściwie to może chce, kiedyś powiedział mi po pijaku, że pomocy chce, "ale nie takiej, jaką wszyscy chcą mu dawać"...
Wiem, że ciężko jest doradzać komuś w takiej sytuacji. Nie oczekuję cudów. Może po prostu myślę o jakiejś decyzji i szukam potwierdzenia słuszności moich myśli...
Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby ktoś poświęcił swój czas, przeczytał to wszystko i chociażby spróbwał zastanowić się, co zrobiłby na moim miejscu. Z góry dziękuję za każdą, najmniejszą nawet radę, czy wskazówkę, o ile można tutaj mówić o czymś takim... Po prostu proszę chociaż o jakikolwiek komentarz...