Witajcie! Głupio mi pisać na forum o swoich problemach, ale nie mam na prawdę nikogo z kim mogłabym o tym porozmawiać. Dwa lata temu wyprowadziłam się z domu z chłopakiem do Warszawy. Moi rodzice o naszym związku dowiedzieli się w dniu wyprowadzki, bo gdybym im wcześniej powiedziała to zrobiliby wszystko, żeby rozdzielić mnie z moim chłopakiem. Spotykałam się z nim przez 3,5 roku w ukryciu. Był to związek na odległość, bardzo z resztą trudny, bo musiałam wybierać między chłopakiem, a rodzicami. Nie chciałam tego, ale rodzice nie chcieli mnie posłuchać, nie uznawali kompromisów. Dochodziło nawet do tego, że sami mi wybierali męża! Nie mogłam po szkole wychodzić z domu, rzadko spotykałam się z koleżankami (zwykle po kryjomu), nikogo nie mogłam zapraszać, nie chodziłam na zabawy, nie jeździłam na wycieczki szkolne... itd. Wakacje spędzałam w domu, albo u starszych braci, gdzie też siedziałam w domu pod ich okiem. Kiedy poznałam Adama mój świat nabrał kolorów. Miałam z kim porozmawiać, ktoś mnie w końcu kochał, nadawał mojemu życiu sens. Kiedy się wyprowadzałam obiecał się mną zaopiekować, wspierać mnie i mi pomagać. Poświęciłam relacje z rodziną dla tej miłości. Z rodzicami nie miałam dobrego kontaktu, bo wiele mi zabraniali, nie dawali mi wsparcia, byłam bardzo samotna. Nie chciałam, aby mi układali życie. Kiedy wyjeżdżałam do dużego miasta, myślałam, że teraz zacznę żyć. Myliłam się. Wpadłam w wir pracy i studiów, a mój Adam nie spełniał swoich obietnic. Nie kontynuował edukacji, jak mi obiecał. Rzadko gdzieś wychodziliśmy razem. A dodatkowo upijał się z kolegami z pracy, albo wujkiem, albo z ojcem. Co jakiś czas miałam przez niego nieprzyjemności, bo był nietrzeźwy i mnie zamęczał swoim zachowaniem. Robił mi nie raz wstyd, rozbijał mój spokój. Ale to było raz na kilka miesięcy. Niestety teraz się pogorszyło. Zamieszkaliśmy z jego ojcem, który przyjechał tu do pracy i razem wynajmujemy mieszkanie. Adam często spożywa alkohol i upija się z ojcem, albo wraca z pracy już nietrzeźwy. Jak nie pije to ma do mnie pretensje o to, że uczę się w nocy. A ja tylko wtedy mam taką możliwość, bo od 7:00 do 15:00 pracuję, o 17:00 zwykle wracam do domu, zanim zrobię obiad i posprzątam jest 18:00 i on wraca z pracy. Robi mi często przykrość obrażając moją rodzinę, nie słucha mnie, ignoruje moje próby ratowania związku. Nie chce nic zrobić ze swoim życiem. Ani zmienić pracy na lepszą (z budowlańca na wojskowego ma możliwość zmienić), ani nie idzie do szkoły zaocznej (znalazłam mu liceum zaoczne, ale on nawet nie zadzwonił), nie chce samodzielnie wynająć mieszkania (bo albo nie ma teraz pieniędzy, albo nie zostawi taty z opłatami), nie kończy prawa jazdy (bo zawsze mu brak funduszy), nic nie robi w domu (wszystko ja mam na głowie, bo on pracuje i jak wraca jest zmęczony; jego ojciec też nic nie sprząta). Mówi, że mnie kocha, ale co z tego, kiedy ja czuję się przytłoczona życiem i zostawiona sama sobie? On chce ode mnie, żebym ze wszystkim sobie dawała radę. Kiedy proponuję byśmy razem coś zrobili, aby się do siebie zbliżyć to on myśli tylko o seksie. Innych pomysłów nie ma. Nie mam pieniędzy na tyle, by samodzielnie coś wynająć, nie chcę prosić rodziny o pomoc, bo by mi wyrzekali to zawsze już, a nikogo innego nie mam, bo nie mam kiedy się zapoznawać z ludźmi. Nie wychodzę wieczorami nigdzie, bo muszę się uczyć. Robiłam różne rzeczy, żeby go namówić do zmian, żeby między nami nawiązał się taki kontakt jak kiedyś. Ale nic nie skutkuje:( Ja go kocham i nie umiem odejść, ale jak zmienić jego ciągoty do alkoholu i lenistwo, brak ambicji? Dodatkowo on ma problem z wypłatami i ja często muszę robić całe opłaty ze swojej pensji i zakładać też za jego tatę. Potem mi oddają... Ale nie raz opłacałam ze swoich Adama karty kredytowe, zaległe mandaty, czy kary za niespłacanie rat za telefon... Jestem zagubiona, bo oprócz niego nie mam nikogo, a nie chcę, aby moje życie kreowali rodzice. Sama sobie nie poradzę... Jak to zmienić? Co robić? Nie chcę od niego odchodzić, ale nie umiem tak żyć jak teraz... Poradźcie coś, proszę...
Powiem Ci tak bardzo mnie wzruszyła twoja historia i myślę,że jednak bądź co bądź powinnaś spróbować się pogodzić i dogadać z rodzicami wtedy by to zmieniło twoje życie tak jak przeczytałam masz braci również do nich powinnaś się udać o pomoc bo w takiej sytuacji trzeba . W przyszłości możesz mieć jeszcze gorzej , możliwe że pojawi się dziecko i wtedy bedzie nie wesoło jeszcze wszystko możesz uratować !! Pozdrawiam
Ja bym się zastanowił nad sensem trzymania przy sobie takiej kuli u nogi. Rozumiem, że miłość nie wybiera, ale rozsądek powinien pozostać.
Jesteś z facetem 3,5 roku, podczas których facet nie zrobił absolutnie nic, aby poprawić swoją sytuację, rozwijać się, czy zrobić cokolwiek, by ruszyć do przodu. Nie sądzę, by cokolwiek mu się zmieniło. Zresztą, jaką przyszłość w kraju ma człowiek, który nie ukończył szkoły średniej? Może być tylko tym budowlańcem, co wiąże się z niskimi zarobkami, ryzykiem nałogu ( sama piszesz, że już jest z tym problem ), ogólnie utratą zdrowia, bo ile można pracować fizycznie? Póki jest się młodym to jakoś idzie, a w wieku średnim? Nie ma żadnej przyszłości. Zastanów się dobrze, czy jest sens to ciągnąć.
Facet powinien być podporą. Silny, zaradny, inteligentny, dążący do celu, konsekwentny, ambitny, rozwijający i doskonalący się, taki, który prze do przodu, a nie taka pierdoła życiowa, co uczyć się nie chce, nic robić ze sobą nie chce, ewentualnie piwko, czy wódkę strzelić.
Ja bym się zastanowił nad sensem trzymania przy sobie takiej kuli u nogi. Rozumiem, że miłość nie wybiera, ale rozsądek powinien pozostać.
Jesteś z facetem 3,5 roku, podczas których facet nie zrobił absolutnie nic, aby poprawić swoją sytuację, rozwijać się, czy zrobić cokolwiek, by ruszyć do przodu. Nie sądzę, by cokolwiek mu się zmieniło. Zresztą, jaką przyszłość w kraju ma człowiek, który nie ukończył szkoły średniej? Może być tylko tym budowlańcem, co wiąże się z niskimi zarobkami, ryzykiem nałogu ( sama piszesz, że już jest z tym problem ), ogólnie utratą zdrowia, bo ile można pracować fizycznie? Póki jest się młodym to jakoś idzie, a w wieku średnim? Nie ma żadnej przyszłości. Zastanów się dobrze, czy jest sens to ciągnąć.
Facet powinien być podporą. Silny, zaradny, inteligentny, dążący do celu, konsekwentny, ambitny, rozwijający i doskonalący się, taki, który prze do przodu, a nie taka pierdoła życiowa, co uczyć się nie chce, nic robić ze sobą nie chce, ewentualnie piwko, czy wódkę strzelić.
i tak myślą prawdziwi faceci na tym świecie!!!
Sama decydujesz jaką będziesz miała przyszłość.
Usiądź i na spokojnie określ sobie gdzie chcesz być za tydzień, miesiąc, za rok, za 5 lat. za 10 lat.
zastanów się potem co może cie przybliżyć do celów jakie sobie wyznaczyłaś, co masz teraz, czego ci potrzeba żeby to osiągnąć.
z kim chcesz to zrobić?
daj sobie czas na to. dobrze przemyśl, im bardziej będzie to twoje tym szybciej ruszysz z miejsca.
Mnie bardzo boli to, jaki on jest. Ale potrafi być czuły, dobry. Tyle razy szukałam rozwiązania, tyle razy obwiniałam siebie. Ale zawsze zwyciężało to, że go kocham. Jesteśmy razem 5 lat. 3,5 roku się ukrywaliśmy a od 1,5 roku mieszkamy razem. Nie tak łatwo przekreślić taki kawał życia. Tyle razem przeszliśmy. On na mnie czekał, aż zdam maturę i będę mogła zacząć z nim się normalnie spotykać. Przeszkadza mi jego zachowanie, to wszystko bardzo ciężkie. Nie umiem go przekonać do zmiany... Ale jak mam przestać go kochać? I jak zbiorę się w sobie i odejdę to dokąd mam iść? Do rodziny, która zaraz znajdzie mi męża? A sama nie dam rady, nie mam nikogo. A chcę dalej studiować, rozwijać się. Marzyłam o tym, że się nam ułoży, że będziemy szczęśliwi. A jak nikt mnie już nigdy nie pokocha? Jak zostanę zawsze sama? Boję się, że już dla nikogo nigdy nie będę ważna:( To nie jest takie proste.
Mnie bardzo boli to, jaki on jest. Ale potrafi być czuły, dobry. Tyle razy szukałam rozwiązania, tyle razy obwiniałam siebie. Ale zawsze zwyciężało to, że go kocham. Jesteśmy razem 5 lat. 3,5 roku się ukrywaliśmy a od 1,5 roku mieszkamy razem. Nie tak łatwo przekreślić taki kawał życia. Tyle razem przeszliśmy. On na mnie czekał, aż zdam maturę i będę mogła zacząć z nim się normalnie spotykać. Przeszkadza mi jego zachowanie, to wszystko bardzo ciężkie. Nie umiem go przekonać do zmiany... Ale jak mam przestać go kochać? I jak zbiorę się w sobie i odejdę to dokąd mam iść? Do rodziny, która zaraz znajdzie mi męża? A sama nie dam rady, nie mam nikogo. A chcę dalej studiować, rozwijać się. Marzyłam o tym, że się nam ułoży, że będziemy szczęśliwi. A jak nikt mnie już nigdy nie pokocha? Jak zostanę zawsze sama? Boję się, że już dla nikogo nigdy nie będę ważna:( To nie jest takie proste.
masz rację 5 lat to nie tak mało ;( spróbujcie gdzieś pojechać razem , odpocząć dobrze to zrobi dla waszego związku
OK, ale nie trać życia na sentymenty. Zacznij wymagać nie słów, a czynów. Z takim facetem daleko nie zajedziesz, choćby był najczulszy i najukochańszy pod słońcem. Niech się chłop za siebie weźmie.
9 2012-03-19 19:04:37 Ostatnio edytowany przez A.Kreis (2012-03-19 19:07:31)
Dziękuję za Wasze rady. Wiem, że jesteście obiektywni bardziej niż ja i macie bardzo wiele racji. Tylko ja nigdy nie myślałam, żeby oceniać Adama na podstawie wykształcenia. ja czułam, że on ma dobre serce. I choć tego nie pokazuje to ja w to wierzę, a jednocześnie nie umiem żyć w takim stresie, z takimi obawami, taka samotna... Nie wiem jak zadziałać. Czasem myślę, że nie ma z tego wyjścia.
Wymagam od niego czynów, ale on nie robi nic w dalszym ciągu. Dlatego czuję się z tym strasznie....
Nikt nie powiedział, że masz kogokolwiek oceniać na podstawie wykształcenia. Wielu inżynierów to po prostu buraki bez wiedzy, którym indeks kupili rodzice itp. itd. Razi zwyczajnie brak chęci rozwoju i pracy nad sobą. Facet który nie chce polepszyć swego życia, swojej sytuacji, poszerzać horyzontów jest z góry przegrany. Nie wiem, czy pasuje Ci życie na kupie, z ojcem, z miesiąca na miesiąc, bez większych planów i osiągnięć. Jemu taka sytuacja pasuje. Zamiast chodzić na wódkę, mógłby pieniądze odkładać na kurs prawa jazdy. Czy to wiele? Nie. A już byłby to jakiś krok naprzód, symbol, że mu się chce. Nie przeczę, że Cię kocha, ale po prostu w pewny momencie wasze wspólne cele się rozeszły. Ty chcesz iść naprzód, uczyć się, rozwijać, zdobywać, a jemu widać podoba się już poziom który osiągnął, skoro nie pragnie poprawy.
Wczoraj próbowałam z nim porozmawiać po raz kolejny. Niestety nic z tego nie wyszło, bo on uważa, że wszystko sobie już wyjaśniliśmy, że on się stara, że nic więcej zrobić nie może zrobić. Starałam się mu wskazać możliwości, ale on wszystkie odrzuca. chciałabym wierzyć w jego przemianę, ale brakuje mi sił. Oddalamy się od siebie w zastraszającym tempie. Zaczynam myśleć o odejściu od niego, ale to będzie straszne... Nie wyobrażam sobie jak to przejść. A poza tym może to ja jestem egoistką, może zamiast na niego narzekać powinnam działać. Żeby go wesprzeć. miłość powinna wszystko zwyciężyć... Jak zostawić chłopaka, który cię kocha dlatego, że sobie nie radzi? Ale jak to zmienić? Już nic nie wiem... Tyle czasu czekałam na zmianę, a tu nic. To czy później się coś zmieni?
Jak to nie radzi... z tego co tutaj wypisujesz to on nawet nie próbuje sobie zacząć radzić... bo co innego jak by próbował i by nie wychodziło, a co innego jak nie zamierza spróbować. Może on nie bierze pod uwagę tego, że możesz od niego odejść i dopiero jak by zdał sobie z tego sprawę to zaczął by coś robić? Powiedział bym, abyś mu zagroziła, że jak tak to będzie wyglądać to sprawy potoczą się w innym kierunku... choć nie wiem, czy tutaj nie potrzebne jest jakieś konkretne działanie, bo pogrożenie palcem może być zbyt banalne...
Są ludzie którym nie zależy na poprawie swojego życia, czy kobiety czy mężczyźni... jest takich wielu i obawiam się, że jeżeli on do takich należy to nic tego nie zmieni.
Sama sobie nie poradzę... ..
Jak to sobie nie poradzisz, skoro radzisz sobie w tej chwili i to jeszcze z takim obciążeniem jakim jest twój chłopak. Bez niego będzie ci łatwiej i lżej. Ten facet się nie zmieni, nie licz na to, a jeśli nawet to na gorsze. Wygląda na to, że jesteś zaradną dziewczyną, która ma dobrze poukładane w głowie i ma ambicje. Jeśli z nim zostaniesz, czeka cię ciągłe znoszenie jego pijaństwa, będziesz się za niego coraz bardziej wstydzić a on cię będzie nadal wykorzystywał. Zostaw go wraz z tym ojcem w mieszkaniu i poszukaj sobie jakiejś współlokatorki lub kilku współlokatorek i razem coś wynajmijcie. Tego chłopaka zostaw w cholerę, bo nie jest ciebie wart, chociaż jemu się pewnie wydaje, że jest cudowny i powinnaś się cieszyć, że łaskawie pozwali ci płacić za siebie rachunki i prać jego gacie. Żenada.
Ehhh... jeszcze jeden przykład na to, że miłość wcale nie zawsze musi być dobra. Zakochałaś się w facecie, który nie może być dla Ciebie podporą bo nic sobą nie reprezentuje. Czasami trzeba oddzielić swoje myślenie od uczuć, które nie są przecież racjonalne.
Coś Ci powiem. To, że ma ciągotki do alkoholu to przy pracy na budowie dosyć typowe i trzeba to od razu ukrócać. Nie wiem czy wiesz, ale tam jest non stop okazja do picia i ciągle namawiają. Miałam podobny problem z mężem, kiedy zaczęliśmy mieszkać razem. Może nie pił non stop ale raz na dwa tygodnie wracał ledwie stojący na nogach. Wtedy mu wykrzyczałam, że nie mam zamiaru żyć z żulem i jak tego nie zmieni to koniec.
Od tej pory nie pije w ogóle w pracy, zdarza mu się raz na rok może jak są święta. Tylko, że mój mąż mnie kocha i mu zależy, a ten Twój facet gdyby Cię faktycznie kochał i zależało mu na budowaniu przyszłości z Tobą, potrafiłby zrezygnować z alkoholu i wykazać trochę inicjatywy w swoim życiu. To co on robi to najlepsza droga do tego , by stać się młodym pół-menelem, a Ty będziesz jego cierpiętnicą i służką. Piszesz, że rozmowy nie skutkują, zatem na Twoim miejscu rozejrzałabym się za pokojem u kogoś, masz pracę, nie musisz wynajmować całego mieszkania, można pokój. A jeśli to nie jest opcja to proś rodziców o wybaczenie. Tylko to by było z deszczu pod rynnę.
Droga Autorko,
Miłość, niestety, nie jest w stanie zwyciężyć wszystkiego - to smutne, ale tak jest. Musisz również wziąć pod uwagę, że to wcale nie jest miłość.
Twój facet ma rozbuchane ego i bardzo nie lubi krytyki, nie wiem, czy ktoś taki jak on jest w stanie wejść na takie wyżyny empatii jakie stanowi miłość, nie własna ale do innej osoby. Widzę, że umie wszystko wytłumaczyć, ale głównie to, co jego dotyczy, dla Ciebie jest pewnie mniej wyrozumiały. Twoje jest w tym związku mniej ważne, bo jego zawsze musi być na wierzchu. A może się mylę? Poświęcił się kiedyś w jakiś sposób dla Ciebie? Usiądź i pomyśl, może było coś takiego.
Jeśli ktoś ma w pracy taką atmosferę, która pozwala na picie, to bardzo źle, a to, że jest to budowa niczego nie usprawiedliwia. W ogóle jest mi trudno wyobrazić sobie, że można pić będąc budowlańcem, bo dla mnie to jest to samo co picie będąc taksówkarzem - spacer po linie, a jak zdarzy się kontrola, to koniec - pracy, pieniędzy, etc. Ale wiedz, że nawet w takiej sytuacji będzie bardzo ważny. Znam kilka takich osób, nie jest to fajny typ.
Masz przyjaciół? Ja bym się na Twoim miejscu spakowała i wyprowadziła do znajomych, a potem zobaczyła, jakie mam możliwości dalszego działania. Jeśli będziesz to odkładać, nigdy Ci się nie uda. Najlepiej coś postanowić i zrobić.
Jeśli nie masz dobrej relacji z rodzicami, to czy bracia nie są w stanie Ci pomóc?
Ile tu ocen i dobrych rad, chłopaka już cześć z was wrzuciła do rynsztoka.
A.Kreis, potrzebujesz rozmowy kimś bezstronnym i nie oceniającym nikogo.
Rozwiązanie jest w tobie tylko jeszcze go nie widzisz
Z rodzicami sprawa wygląda tak, że jeśli zaczną mi pomagać to będą wymagali ode mnie, abym spełniała ich oczekiwania w stosunku do wyboru męża, szkoły, a nawet stroju czy życia codziennego. Wrócą dawne przyzwyczajenia, bo będą mnie mieli pod kontrolą. A z nimi nie da się w tej sprawie dyskutować. Bracia moi zawsze byli jak kolejni ojcowie- kontrolowali, czasem radzili i we wszystko się wtrącali. Nie sądzę by miało się to zmienić. Przecież dlatego musiałam się od nich odciąć wyjeżdżając. Co do Adama- podjęłam kolejną próbę rozmowy z nim. Postawiłam sprawę bardzo jasno i na ostrzu noża. Omówiłam wszystkie moje wątpliwości, zmartwienia itd. W końcu udało mi się do niego dotrzeć. Zrozumiał chyba, że może mnie stracić. Powiedziałam mu, że się od siebie oddalamy, a on tego nie widzi. Zadeklarował, że się za siebie weźmie. Podał konkretny plan, tak jakby o tym wcześniej myślał. To chyba jakiś dobry znak...? Poza tym podał mniej więcej terminy załatwienia poszczególnych spraw, powiedział, że przemyśli sprawę pracy. Poza tym sam zaproponował, że pójdzie na kursy doszkalające. Obiecał, że będzie dbał o nasze fundusze. A co do alkoholu zaproponował, aby mógł wypić czasem jedno piwo, ale tylko jeśli będę obok. Nie będzie pił za moimi plecami i nie będzie się upijał. Obiecał się poprawić i zaangażować we wszystko. Szczerze mówiąc nie mam pewności, czy mu wierzyć. Ale może warto mu dać szansę? Nie odtrącił wyciągniętej do niego ręki. Nie chcę go wrzucać do rynsztoka, chcę wierzyć, że on zmieni nastawienie. Przecież chyba każdy zasługuje na szansę. Zwłaszcza, że to ostatnia szansa. Nie wyjaśniliśmy do końca sprawy mieszkania... Poprosił, abym dała mu trochę czasu. Nie wiem jednak ile to potrwa, bo tego nie określił. Powiedział tylko, że ograniczy kontakty z ojcem, aby nie mącił mu w głowie... Nie wiem, co miał na myśli, zobaczę jak się sprawy potoczą. Czy uważacie, że to może być pierwszy krok do zmiany na lepsze? Boję się znów zawieść i cierpieć po cichu... A nawet jeśli bym musiała odejść to wolę chyba dać mu ostatnią szansę. Będę miała czyste sumienie. Oby podołał. Samej będzie mi trudno żyć, nie chciałabym tego... 23 marca nasza 5-ta rocznica. Może to ten przełomowy moment?
Skoro wykazał dobra wolę (czym jestem zaskoczona), to daj mu szansę, ale obserwuj. Jeśli mu na tobie zależy, to będzie się starał i może coś z tego wyjdzie. Jeśli faktycznie zajdzie w nim znacząca zmiana, to musisz mu koniecznie dać znać, że to doceniasz. Bardzo trudno jest zmienić przyzwyczajenia, wiem to po sobie. Nie jestem idealna, i pewne moje zachowania drażnią mojego męża, (niektóre jego zachowania drażnią mnie), mówimy sobie o tym, więc wiem co go wkurza i na prawdę bardzo się staram pewne nawyki zmienić z różnym skutkiem, ale on docenia sam fakt, że się staram. Najtrudniejsze jest to, by ta zmiana była na stałe, a nie na trochę.
Nie napisałaś, czy ojciec twego chłopaka już z wami nie mieszka, a myślę, że to byłaby ważna zmiana w waszym związku.
Trzymam kciuki, żeby wykazał się silna wolą i udowodnił, że mu na tobie zależy. Oby się udało.
Witaj ![]()
Dam Ci najlepszą radę jaką moge Ci dać. Kopnij go w tyłek, poprostu. Odejdź i zacznij żyć. Znajdź kogoś kto Cie będzie kochał, szanował, wspierał. Faceci nie zmieniają się, albo szanują albo nie. Proste.
Pozdrawiam
Witajcie ponownie! Chciałam wczoraj napisać o moich wątpliwościach dot. związku z Adamem. Zaczęłam się zastanawiać czy nie odejść?
Obiektywnie podchodząc do sprawy (rozumowo) to nasze drogi się rozchodzą: ja trzymam wszystko na swoich barkach, on się nie chce rozwijać intelektualnie tj. kontynuować edukacji, ma ciągłe problemy z funduszami i pracą, wszystko, co mi obiecywał to tylko słowa. Ale uczuciowo jest mi bliski- krótko mówiąc kocham go. Stąd mój kłopot, bo wiem że nic mnie z nim dobrego nie czeka (wystarczy spojrzeć na relacje jego rodziców i uświadomić sobie, że Adam jest jak jego ojciec), a z drugiej strony on mnie na swój sposób kocha i ja jego i ciężko mi to przerwać. Zwłaszcza ostatnio zamotał mi w głowie, bo stał się czuły, fantastycznie opiekuńczy i troskliwy i znów obiecywał. Powiedział "kocham Cię, chcę Cię uszczęśliwiać", co mnie doprowadziło do płaczu z wyrzutów sumienia, że chciałam odejść... Ale to był jednodniowy wylew uczuć, teraz znów jest to samo, czyli bagno. I on mnie tak od 5 lat za nos ciąga- obiecuje złote góry, wszystko planuje na głos, mówi o wspólnej przyszłości, o tym jak on się rozwinie, co on sobie obiecał, że teraz już będzie działał a nie mówił i oczywiście jak mnie kocha i jaka jestem ważna dla niego. i na tym się kończy metamorfoza. Moje pragnienia zaspokojone na kilka dni, przechodzimy do szarej rzeczywistości, a czas leci i nic się nie urzeczywistnia z jego słów. Przemyślałam to i chcę się wyprowadzić jak tylko zdam sesję letnią na studiach, bo teraz wyprowadzka to nie dobra myśl, bo wiem, jak to przeżyję emocjonalnie, bo nadal go bardzo kocham. Muszę wybierać- albo dam siebie zniszczyć i będę całe życie go sobie kochać, albo mimo, że go kocham odejdę. Zdecydowałam odejść, wiem, że rodzina moja oferuje mi pomoc, czuję się podle, ale chcę żyć, a nie umierać z bólu każdego dnia. Bo ten ból to ból duszy, że on mnie oszukuje, nic nie zmieni, a ja go kocham i bym za niego życie oddała. Muszę to przerwać, tak sadzę. Wspomnę, że on mnie codziennie oszukuje w małych sprawach i codziennie pije choć 1 piwo, wiec alkohol ciągle jest obecny w jego życiu, a jak w jego to i moim. Ale tak czy inaczej, chciałabym poznać Waszą opinię- czy dobrze robię?
Skoro jest jak mowisz ze obiecuje ze bedzie OK a po kilku dniach to samo to starego psa nowych stuczek nie nauczysz no i ten pociag do alkoholu to tez nic dobrego. Nie mi jst decydowac ale wg. mnie robisz slusznie zapewne nie bedzie to latwe on bedzie natretny zebys wrocila ale sila woli dasz rade. Chyba ze sie zmieni w co watpie- predzej trafie 6 w totka
Powodzenia ![]()
23 2012-04-14 21:09:41 Ostatnio edytowany przez fairytale (2012-04-14 21:28:07)
Kochasz go.... Fajnie. A on Ciebie?
Nie wygląda na to. Jesteś jego służącą, w dodatku pozwalsz mu na skandaliczne zachowanie.. Upijanie z ojcem pod jednym dachem? Ty opłacasz ich rachunki? Kobieto, skoro Ty siebie sama nie szanujesz, to niestety inni Ciebie też szanować nie będą. Nie chce robić Ci przykrości, ale moim zdaniem zachowujesz się jak zwykle popychadlo. Twoj chłopak nawet do liceum nie chce chodzić a Ty studiujesz? Nie widzisz jaka jest przepaść między Wami? Ty robisz wszystko, jesteś jak służąca, masz ambicje, a Twój chłopak? Co on robi dla Ciebie? Mówi że Cie kocha i uprawia z Tobą seks? Super związek,naprawdę super... Pasożyta niezłego sobie wychowałaś. W dodatku jeszcze masz na głowie jego ojca, a więc dwa pasożyty... Po prostu ręcę opadają! Jak można robić dla kogoś wszystko, a w zamian znosić jakieś pijaństwo i lenistwo? No wybacz, ale jeżeli chcesz być wieczną slużącą, która usluguje dwóm leniom to proszę bardzo kochaj go nadal i nie oczekuj od niego niczego. Ale nie licz na to że będziesz szczęśliwa
ja na Twoim miejscu już dawno bym ich zostawiła (pisze ich, bo ojca też masz na glowie) i znalazła sobie lepszego faceta, na swoim poziomie, ktory będzie mnie szanował i pomagał mi a nie utrudniał życie swoim uzależnieniem od alkoholu. Zrób coś z tym, bo naprawdę to do czego dopuściłaś jest żenujące i na pewno nie zmieni się na lepsze bez Twojej interwencji.
Dodam, że właśnie doczytalam Twój ostatni post. Dałaś mu szanse, postąpiłaś wobec niego uczciwie - każdy zasluguje na możliwość poprawy. On niestety z tej możliwości nie skorzystał, wręcz przeciwnie - utwierdził Cię w przekonaniu, że nie możesz na niego liczyć. On nie zrobi dla Ciebie nic, ani teraz, ani w przyszłości, bo gdyby mu zależało i chcialby się zmienic to zrobiłby to teraz, w momencie gdy Ty powiedziałaś mu, że nie chcesz tak dłużej żyć. Jak sama widzisz, Twoje slowa po nim spłynęły i nie ma zamiaru się zmienić i spelnić swoich rzucanych na wiatr obietnic. Sama jesteś tego swiadoma. Jedyne co pozostalo to odejść od niego i zacząć żyć od nowa. Powodzenia.
Twoja historia jest bardzo smutna. Z tego co wnioskuję jesteś mniej więcej w moim wieku. Nie będę Ci odradzała tego chłopaka, bo sama już widzisz minusy tego związku. A skoro je widzisz, to kwestią czasu jest powiedzenie sobie dość.
Myślę, że może powinnaś pomyśleć o wynajęciu pokoju może wraz ze studentami albo innymi pracującymi osobami. W Warszawie to na pewno nie problem.
Tak mi się ogromnie przykro zrobiło, gdy przeczytałam Twoją historię. Siedzę i próbuję powstrzymać łzy. Od 3 lat jestem w podobnym związku i w potrzasku. Kiedy się związaliśmy, wymarzyłam sobie dobre, malutkie i tylko nasze wspólne życie. Od początku było nam razem dobrze, dziś też potrafimy się świetnie razem bawić, a kiedy jest mi źle (bo np. małe, codzienne smutki lub kłopoty w pracy) to nikt mnie nie potrafi tak zrozumieć, rozweselić i przytulić. Tylko że... Zanim się poznaliśmy, zaczęłam z rewelacyjnym skutkiem remont 100-letniego domu. Później on mi zaczął pomagać. Ja wzięłam 1 kredyt, i drugi... Od roku mieszkamy razem u moich rodziców (nasze relacje też są średnie), żebym nie musiała daleko dojeżdżać do pracy. On ma mieszkanie w kiepskim stanie, którego nie znosi (złe wspomnienia z dzieciństwa), ja je niemal całe wyremontowałam, żebyśmy mogli je wynająć. Teraz mieszkanie stoi puste, ewentualnie pomieszkuje w nim jakiś beznadziejny znajomy mojej miłości, który nawet za prąd nie płaci (za to ja dotychczas płaciłam, bo straszyli komornikiem). Moja miłość ponad rok temu rzucił pracę zagranicą, teraz pracuje dorywczo na budowach i w "naszym domu" (remont już dawno ugrzązł w miejscu). Ja (2 fakultety, podyplomówka) tyram na 2 etaty, czasem biorę dodatkowe zlecenia do domu, rok temu zaczęłam dodatkową szkołę i do dziś to ciągnę, płacę za nasze rachunki (w tym jego prywatne ubezpieczenie - "na wszelki wypadek"), w przeważającej części za jedzenie, remont mojego starego autka itd. itp. On właściwie bez zawodu (ciągle mówi, że zacznie ogólniak zaocznie, ale jeszcze nie teraz), wielkim sukcesem jest chociaż to, że rok temu zrobił prawo jazdy (i jeździ moim autem). Jestem wykończona tematem naszych finansów, jego długów, moich długów, ewentualnej przyszłości, tym ciągłym trzymaniem wszystkiego w garści. Mam 30 lat, chciałabym mieć dziecko, on podobno też (ale jeszcze nie teraz). Nie wiem, co robić. Szkoda tych 3 lat. Szkoda tego, że poza brutalną rzeczywistością dobrze nam razem. Podobnie jak Ty, boję się, jak by to było samej. Ty masz ze swoim facetem jeszcze dodatkowo problem picia. Życzę Ci, żeby zdarzył się w Twoim życiu jakiś mały cud, żeby się wszystko ułożyło i żebyś była pewna siebie, stanowcza i wierzyła w siebie - sobie też tego życzę. Właściwie mogłybyśmy być bohaterkami tragedii antycznej - jakkolwiek byśmy nie postąpiły, nasz wybór jest wyborem tragicznym, żadne wyjście nie jest do końca dobre i niesie duże ryzyko, że będziemy nieszczęśliwe. Nie życzę takiej sytuacji największemu wrogowi. Nie mam z kim o tym pogadać, nikomu się nie żalę, sama to duszę w sobie i na zewnątrz udaję, że daję radę, że wszystko OK. Tylko moja mama mi ostatnio (nie wiedzieć czemu) powiedziała, że wszystkie kobiety, które zna i które litowały się nad mężczyznami, miały nieszczęśliwe życie. On dużo gada, obiecuje, niewiele robi. Za kilka tygodni idziemy na kolejne wesele znajomych. Albo będę udawała, że jest OK, albo pójdę sama. No nic to , się rozpisałam i jakoś mi lżej. Teraz mam tydzień wolnego i wiele do przemyślenia. Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę szczęścia! M.
Dziękuję M. Współczuję Ci bardzo, rozumiem co czujesz... Jesteś w potrzasku, jak ja. Masz ciężką sytuację jak ja. Różni nas w naszych związkach to, że u Ciebie są poważne długi, a u mnie chłopak pije. Ja swoich długów nie mam, bo na całe szczęście wiedziałam, że nie mogę się pakować w coś takiego, kiedy nie mam stabilizacji. Mojemu chłopakowi to nie przeszkadzało jednak i ma w bankach 1500 zł długów, poza tym już go ścigają za mandaty (coraz to nowsze powiadomienia przychodzą), a obecnie znów nie płaci za kolejny telefon. Poza tym on i jego ojciec wiszą mi 500 zł, jeszcze w tym miesiącu nie opłacili czynszu, a termin minął pierwszego... Adam zwolnił się z jednej pracy, bo nie płacili całości, tylko tyle co na konto, czyli ok 1200 zł. Ale zawsze było na czynsz. Przez ostatni miesiąc pracował w innej firmie i nie dostał wcale wypłaty. Teraz znów jest w innej firmie i jeszcze nie dostał tygodniówki. Nie stać mnie na opłacanie szkoły, czynszu i utrzymanie nas dwojga i psa. Dlatego opłacam tylko swoje opłaty, psem się sama zajmuję (ostatnio miała sterylizację, którą sama opłacałam i sama się zajmowałam naszą suczką), kupuję to, co jest konieczne, żeby przeżyć. A co się uda, to odkładam na konto, bo... postanowiłam. Definitywnie odchodzę od niego. Muszę. Kocham go, kochałam... Bo po tym wszystkim już sama nie wiem, co czuję do niego. Raz mi żal tych 5 lat zwiazku. Innym razem go nienawidzę za jego zachowanie... Szkoły nie ma zamiaru skończyć, nie szuka lepszej pracy, a co gorsza rezygnuje z propozycji jakie dostał kilka razy (wojsko, ochrona). Umie mnie tylko krytykować. Ostatnio mi powiedział, że mam podkrążone oczy i wyglądam okropnie. A jak mam wyglądać po 9 godzinach pracy, 5 godzinach snu, 2 godzinach w kuchni, godzinie sprzątania, 4 godzinach nauki, godzinie spaceru z psem... I tak codziennie. Chyba, że jadę na uczelnię na cały dzień. A poza tym mam ponoć gruby brzuch. A zapewniam, że nie jest gruby. Może nie płaski jak decha, ale też nie wystaje. Ale to nie ważne. On krytykuje wszystko i myśli, że ja muszę mu usługiwać i wszystko miec na swojej głowie. Ale to koniec. Zdecydowałam i na poczatku lipca wyprowadzam się. Muszę do tego czasu przeczekac ze względu na sesję, chcę też zebrać trochę pieniędzy na poczatek. Rodzina mi pomoże. Juz z nimi się dogadałam. Poza tym nie mogę w tej chwili zrezygnować z pracy, bo kasa mi potrzebna (nie chcę rodziny soba obciązać, chcę niezależności finansowej), a też nie mogę powiedzieć "przepraszam, od jutra nie pracuję". Szanuję innych i tak się nie zachowam. A po wyprowadzce chcę mieć "luźną" głowę. To było 5 lat związku z wieloma trudnościami, myślałam, że będziemy jak z jakiejś baśni: zakochani, walczacy z przeciwnościami, osiągający sukcesy ciężką pracą, wspierający się i oddani sobie... Bzdura. Jak od początku jest ciężko to marne szanse, że się ułoży. Ale może nie powinnam tak mówić. Jestem po ciężkich przeżyciach i przed kolejnymi niedługo, więc brak u mnie obiektywnej oceny sytuacji. Pragnę, żeby ktoś mnie pokochał, ale to nie wszystko. Teraz wiem, że to nie wystarczy. Chcę życzliwości, dobroci, wsparcia, a nawet oparcia w mężczyźnie. Chcę, aby tak jak ja się starał i kochał bezwzględnie jak ja. Pragnę szczęścia i w tym związku go nie znajdę. Poniekąd zostałam oszukana, bo tyle obiecywał i tak zapewniał... Rozbudzał moje ukryte tęsknoty... Teraz wiem, że kłamał, żeby mnie usidlić. Chodzi mu o korzyści. Z resztą on tego nie kryje. Ostatnio powiedział, że jak skończe studia i otworzę swój gabinet (o którym marzę i to zrealizuję) to mu powinnam kupić samochód z salonu, bo on sam nigdy na taki nie uzbiera kasy. Mnie to rozbiło. Bez komentarza... Nie mam sily nawet napisać jaki mam w sobie ból. Nie wiedziałam, że można kogoś tak wykorzystać. Ale nie chcę być ofiarą i nie będę. Zacznę jeszcze raz swoje życie prywatne. I już nie popełnię tych samych błedów. Ale tak jak mówiłam, to było 5 lat, wiążą się z tym ogromne emocje, cała sytuacja będzie ciężka. Nie mam zamiaru się z nim rozmówić twarzą w twarz. Zostawię list, spakuję się, zabiorę psa i wyjadę na zawsze. Nie da nic rozmowa, bo decyzje podjęłam, próbowałam rozmawiać 5 lat, nic to nie dało, a masochistką nie jestem, żeby celowo szukać dodatkowych ciosów w serce. I tak to przeżyję bardzo, bo już to przezywam. Nie sypiam dobrze. Najgorsze, że tak go kochałam, tak mu wierzyłam i on mnie oszukał ze wszystkim. Moja miłość do niego kona, zaufanie i wiara w ten związek już umarły. Nie da się tego ratować. Zgadzam się, że nie ma dobrego rozwiązania. Ale mam do wyboru- godzić się na poniżenia i wykorzystywanie pod osłoną rzekomej miłości, albo uciekać i ratować siebie. Wybrałam wyprowadzkę, zakończenie związku. Nie chcę jednak by to wpłynęło na moją naukę, więc aby uniknąć problemów, wyprowadzę się po sesji. Ta sytuacja będzie dla mnie jedną z gorszych w życiu. Będę potrzebowała czasu, żeby się otrząsnąć. W czasie sesji tego nie ma. Nie ma czasu na załamania, płacz, nieprzespane noce i brak skupienia. Teraz chyba będziecie wiedzieli dlaczego zwlekam. Muszę udawać, że jest normalnie, jak zawsze, ale to nie trudne, bo od dłuższego czasu jest źle.
A do M.chciałam powiedzieć tylko jedno: ratuj siebie, bo nikt inny tego nie zrobi.
dziękuję Wam. Będę pisać jak się sytuacja rozwija.
Dziewczyno, zostaw go zanim będziesz miała więcej zobowiązań.Nie licz na to,że on się zmieni.Z rodzicami porozmawiaj.Ja miałam takie nastawienie jak Ty , dopiero gdy miałam 40 lat zwróciłam się o pomoc do rodziców.Oni nas zawsze wesprą. Prosić o pomoc i przyznać się do błędnych decyzji to żaden wstyd .Uwierz, ja na dzień dzisiejszy żałuję ,że ciągnełam to tak długo.Szkoda życia. Powodzenia
Gratuluje Ci, że jesteś taka silna i podjęłaś decyzję. Słuszną
Wiem, ze Ci ciężko, ale gdy zaczniesz nowe życie zobczysz jak Ci ulży.. Naprawdę nie żałuj tych 5 lat - czasu się nie cofnie. Ale pamiętaj że przed Tobą przyszlość i może ona być lepsza niż te 5 lat. To tylko od Ciebie zależy ![]()
A ten facet... szkoda słów. Nie jest Ciebie wart po prostu, nie zasługuje na Ciebie. Znajdziesz sobie kogoś lepszego, uwierz mi
I jeszcze jedno.. Gdy odejdziesz on na pewno będzie probował się z Tobą skontaktować i będzie zawracał Ci tyłek... Zrób to tak, aby nie miał takiej możliwości, zmień numer telefonu i nie podawaj mu swojego nowego adresu. Wtedy będziesz mogła raz na zawsze zapomnieć i odetchnąć.
Popieram. Mądra z ciebie dziewczyna A.Kreis. Będę trzymać kciuki, żeby twoje plany udało ci się zrealizować. Faktycznie dobrze by było, gdybyś zmieniła numer telefonu i nie podawała mu adresu, bo jest wielce prawdopodobne, że będzie cię nękał, zwłaszcza po alkoholu, albo usiłował wzbudzić poczucie winy.
Wyprowadziłam się do innego miasta. Zakończyłam ten toksyczny związek. I zdałam sobie sprawę, jak było mi ciężko, jaka byłam przybita i zaniedbana. Wszystko maskowałam pod makijażem, całe swoje zmęczenie. Już koniec z tym, zaczynam nowe życie. Adam, kiedy się wyprowadzałam nawet się nie odezwał, potem sam zaczął mnie pakować. Podejrzewam, że bał się mojego brata, który pilnował, aby było bezpiecznie. Następnego dnia dzwonił do mnie i obiecywał, że koniec z alkoholem, że się za siebie weźmie. Powiedział, że beze mnie nie będzie sobie życia układał. Groził, że się zabije, że nie odpuści, ze mnie odzyska... Powiedziałam mu, że to definitywny koniec i się rozłączyłam. Popłakałam się, bo czułam się właśnie winna, bo on skamlał do słuchawki jak zbity pies. Strasznie mi było ciężko... Kolejnego dnia znów zadzwonił, ale tym razem kompletnie pijany. Powiedziałam, że jak jeszcze raz zadzwoni do mnie to zgłoszę na policji, że mnie nęka. Jego siostra do mnie też napisała, żebym jej powiedziała, czy to faktycznie koniec i nie mam zamiaru ratować związku. Oczywiście napisałam, że nie ma co ratować i to koniec. Bardzo było ciężko. Minęło już trochę czasu, ale jeszcze nie uspokoiłam się do końca. Widzę jednak same plusy tej decyzji. Nawet mój pies jest szczęśliwszy. Także temat Adama uważam za zamknięty i dziękuję Wam za wsparcie, bo nie wiem, jak bym inaczej sobie z tym poradziła. Buziaki:)
jedna madra i odwazna! Tak trzymac! I powodzenia na nowe zycie. Napewno lepsze
Dziękuję aggy! Jestem już wolna od tygodnia. I mówię Wam szczerze, warto było zakończyć ten związek. Nareszcie oddycham swobodnie. Adam dzwoni, ale planuję zmienić numer. Teraz już wiem, że w związku nie muszę ciągle ustępować i być ofiarą. Mogę żyć normalnie, a jak Bóg da to spotkam mężczyznę, który będzie dla mnie dobry przy którym będę się czuła szanowana i bezpieczna. Pozdrawiam:)
Dziękuję aggy! Jestem już wolna od tygodnia. I mówię Wam szczerze, warto było zakończyć ten związek. Nareszcie oddycham swobodnie. Adam dzwoni, ale planuję zmienić numer. Teraz już wiem, że w związku nie muszę ciągle ustępować i być ofiarą. Mogę żyć normalnie, a jak Bóg da to spotkam mężczyznę, który będzie dla mnie dobry przy którym będę się czuła szanowana i bezpieczna. Pozdrawiam:)
Bardzo fajna historia z happy endem. Bardzo Ci gratuluję
i mam nadzieję, że inne dziewczyny w podobnej sytuacji też podejmą decyzję z korzyscią dla nich samych. Powodzenia.