Witam serdecznie wszystkich na forum. Jestem tu nowa.
Pozwólcie, że wkleję to, co kiedyś pisałam na pewnym forum. Dużo tego, ale i problem pewnie większy...
"Przeczytałam właśnie topic o "bojących się chodzenia do pracy".
Jeśli chodzi o mnie to nie boję się kontaktów z ludźmi w pracy, rozmawiania z nimi itp.
Ja przeżywam najgorsze lęki w niedziele... Nienawidzę niedziel, niedzielne wieczory są dla mnie najgorsze. W sumie sama nie wiem czego się tak naprawdę boję. Co niedzielę odczuwam ten sam lęk, gdy kiedyś bałam się matematyki i przed każdą tą lekcją miałam ból brzucha i paniczny lęk oraz chęć ucieczki nie wiadomo dokąd...
Ale może od początku:
wykonuje taki zawod, o ktorym marzylam, odczuwam satysfakcje z pracy - no moze nie zawsze, ale wiadomo - sa lepsze i gorsze dni. Z zarobkow tez jestem zadowolona.
To jest moja 2ga praca w zyciu. Od razu w 1szej pracy pracowalam w swoim zawodzie, ale te swoje leki tlumaczylam sobie tym, ze to nowa praca, nowe obowiazki, duzo sie musze nauczyc. Jednak z czasem, po 2 latach wcale syt. sie nie poprawila.
Poprawila sie wtedy, gdy postanowilam odejsc z powodu marnej placy i gdy podjelam te decyzje i bylam na 2tyg. wypowiedzeniu wszystko stalo sie prostsze i wrecz z usmiechem na twarzy szlam w niedziele spac. Jednak do czasu, gdy znalazlam nowa prace. Ciagle ta sama plyta: w niedziele tak od poludnia zaczynam o tym myslec - co bedzie w tygodniu, czy podolam, czy dam rade. Zazwyczaj daje sobie rade i co najsmieszniejsze... w srodku tygodnia juz sie przyzwyczajam i sadze, ze to juz taka ostatnia niedziela byla, ale gdzie tam... w niedziele zaczyna sie wszystko od poczatku... Od godzin popoludniowych w robocie jest waleriana, melissa. Czasami tez lykam fenactil, ale staram sie rzadko to robic, gdyz ten kompletnie oglupia, ale fakt faktem sprawia, ze czuje sie calkiem tak, jakbym nie miala zadnych problemow... ale pigula przeciez przestaje dzialac i nie mozna sie tak meczyc... W dodatku moj chlopak juz ma dosc tych wszystkcih niedzielnych placzy. Tak tak, bo czesto wtedy placze. Placze, bo jest we mnie jakis lek i nie umiem go teraz nazwac. Czasami ten lek jest dodatkowo podsycony tesknota za rodzina (nie mieszkam w rodzinnym miescie od czasow studiow).
Nakreslilam Wam tu jako taki obraz tego mojego leku. Nie wiem czy moze nie jest to zbyt chaotyczny zarys, ale licze, ze ktos mnie zrozumie...
Oczywiscie mamie wspominalam o tym - wiem, ze dobrze mi radzi, zeby isc i sie nie przejmowac pie***oami, bo zycie jest za krotkie, ale ja wciaz nie moge zrozumiec czego tak naprawde sie boje??? Dlaczego np. ten lek nie powtarza sie codziennie w tygodniu, a tylkko w nd? (owszem, tez czasami czuje jakas obawe w tygodniu - we wt, sr, ale nie jest to tak ogromny ciezar jaki czuje przed zblizajacym sie tygodniem).
Noce z nd na pn tez spedzam niespokojnie... Probowalam juz roznych sposobow; wstawalam np. wczesnie rano w nd, chodzilam na spacery, zakupy, sprzatanie, zajmowalam sie wlasnym hobby zeby sie wiecie, tak zmeczyc zwyczajnie i chodzilam spac pozniej, ok 23ciej, ale to nic nie daje - z zasnieciem nie ma problemow - potrafie za to obudzic sie 3, 4 x w ciagu nocy i sprawdzac na budziku "ile mi jeszcze czasu zostalo" do porannej pobudki. Wstawanie przed budzikiem, 20, pol h to juz u mnie norma. Zwlaszcza w poniedzialki... Dodam, ze najgorzej to przezywam zima, gdy wstac musze, gdy jest calkiem ciemno.
Naprawde, cos ze mna jest nie tak i nie potrafie juz sobie pomoc. Mecze sie tak juz 3ci rok, to nie jest normalne
Dodam tez jeszcze, ze jak pomysle sobie, ze np. siedze w domu na polrocznym zwolnieniu to... mysle, ze wtedy bylabym szczesliwsza, mimo ze nie jestem typem kury domowej. Jednak na razie nie moge liczyc na takie zwolnienie, zreszta nie chce uciekac od tego problemu, bo wrocic do pracy kiedys bedzie trzeba.... Aaaa... jeszcze cos: im dluzszy mam urlop tym gorzej przezywam powrot do pracy, wtedy w niedziele mam ochote uciec do rodzinnego domu i ukryc sie pod koldra (jak juz ktos tu pisal na forum)..."
2 lata póżniej dopisałam:
"Duzo sie dzialo u mnie od napisania ostatniego postu tutaj, dopiero dzis mnie cos natchnelo...
Moze postaram sie w skrocie: w ostatnim poscie pisalam, ze mam 10 grudnia (a to byl chyba 2009 rok) wiz. u psychologa. Bylam. Bylam na 3 wizytach. Potem w mojej pracy zrobilo sie strasznie... szef zalegal mi 3 pensje, jedna z pracownic zostala naszym szefem (tzn. zespolu) i wraz z kolega pilismy melise, lykalismy persen. Zaczelo mnie to wszystko straszliwie meczyc.... bylam cieniem czlowieka. Moj chlopak w tym czasie wyjechal na 4 mies. za granice do pracy... Zostalam z tym wszystkim sama. Z moimi lekami, niezaplaconymi rachunkami, pusta prawie lodowka... zalamalam sie i choc wszyscy wkolo mowili zeby sie nie zwalniac z pracy to ja sei zwolnilam Zamiast glupia pojsc na zwolnienie to nie.. ja musialam sobie w leb strzelic... Musialam zrezygnowac z rozpoczetego kursu prawa jazdy, kursu angielskiego w swietnej szkole... i psychologa.w sumie ze wszystkiego. Szef nigdy nie zaplacil mi tej pensji (wiecej niz polowe dostawalam na czarno
)... szukalam intensywnie pracy. Mimo swoich lekow, bo przeciez chcialam wrocic do psychologa, prawa jazdy i angielskiego!!! To bylo straszne... 9 miesiecy bez pracy. Czasami prace zlecone - tak latalam dziury i jakos z pomoca mamy udalo mi sie na biezaco placic rachunki (sama mieszkalam w wynajetym mieszkaniu). W koncu zaczepilam sie w pewnym miejscu, ale oni juz upadali i pracowalam tam tylko 3 mies. na czarno (leki juz nie byly takie duze - choc zle sypialam z nd na pn, ale wiedzialam, ze to sie wszystko im zawali i znowu bede bez pracy...), potem od razu znalazlam prace w kolejnej robocie, tyle ze tam pracowalam miesiac, bo podziekowali mi po okresie probnym. Tam juz moje leki wrocily znowu, nic sie nie zmienilo... Zaczal sie 2010 rok i znalazlam kolejna prace, w super firmie, cieszylam sie z niej, bo zarobki ok, ludzie swietni... jednak ogromnymi krokami zblizal sie kryzys.... w tej nowej pracy, na tym stannowisku pracowala jeszcze jedna dziewczyna no i kto polecial po okresie probnym... ja, bo ona tam juz 2 lata pracowala... to bylo w maju 2011 r. i od tamtej pory nie pracowalam... w miedzyczasie rozstalam sie z moim chlopakiem, bardzo to przezylam, ale pracy szukalam dalej. Potem jednak postanowilam wrocic do domu rodzinnego - szkoda mi bylo juz czasu i nerwow i pieniedzy na samotne wynajmowanie kawalerki - co zarobilam na zleceniach - ladowalam w rachunki za wode i prad.... schudlam chyba wtedy z 10 kg. Dlugo rozmawialam na ten temat z moja ukochana ciocia, ktora zawsze mnie wspierala, doradzala. Mama zreszta tez, ale ze ciocia na czasie, mlodsza to na gg i na skype dlugo rozmawialysmy... To ona sprawila, ze zaczelam rozsadnie myslec i stwierdzilam,z e skoro nic juz mnie nie trzyma w tamtym miescie to dlaczego by nie zaczac od poczatku w nowym miejscu.. no i wrocilam.... no i... za miesiac moja ciocia umarla...... Okazalo sie, ze miala tetniaka w mozgu, o ktorym sama nie wiedziala... kolejny cios..... w pare chwil odeszla.. niespodziewanie.. szok... dalej niedowierzanie.. od tamtej pory (sierpien) nie szukam w ogole pracy. Mam zlecenia. NIe mam teraz noza na gardle zeby szukac pracy.. ktos powie, ze tak wygodniej, u rodzicow.. ale ja tesknie za wlasnym katem, za praca, za ludzmi.. wiem to bez sensu.. boje sie pracy i tesknie za nia? Ale tak wlasnie jset.... Co do psychologa to potem wrocilam do niej, bylam na 2 wizytach wiec w sumie na 5, ale niewiele mi to dalo.... Tutaj nie mam znajomych, tesknie za miastem w ktorym przezylam 8 lat. Dni przeciekaja przez palce... mam mieszkanie po cioci, ale ja tak strasznie za nia teksnie.. nie chce tego mieszkania... chce moja A. kochana.... nie wiem co bedzie.... szykuje sie do poszukiwan, ale ze teraz mam to zlecenie, to znowu moje opszukiwania sie oddalily w czasie... ale boje sie nachodzacych niedziel jak bede juz pracowac..... to jest jakies zamkniete kolo.. Pozdrawiam Was wszystkich cieplo! Bedę tu zagladac."