jak myślicie czy Wasze wychowanie wpłynelo w jakimś stopniu na to jak dzisiaj reagujecie na dyskryminacje w miejscu pracy?
jaki był Wasz model rodziny,a jaki jest teraz?jaki był w Waszych rodzinach podzial obowiązków a jaki jest teraz?
Nie wiem czemu ten wątek pojawił się w dziale "Kobieta i kariera" jak też dlaczego zakładasz, że spotykamy się z dyskryminacją w miejscu pracy.
Jeśli chodzi o kwestię dyskryminacji - nikt mi tego szczególnie w rodzinie nie wpajał, że nie wolno dyskryminować ludzi ze względu na rasę, wiek, płeć... przyszło to raczej samorzutnie wraz z rozwojem mojego światopoglądu. Jeśli zaś chodzi Ci o to jak reaguję gdy ktoś dyskryminuje jakąś inną osobę - wyrażam swoje zdanie iż jest to nie na miejscu, jednakże rozumiem też, że każdy człowiek ma prawo do tego by wyrażać własne zdanie.
Owszem to co zauważyłam to inne podejście do podziału obowiązków domowych - w moim domu rodzinnym kwestie zakupów, sprzątania, gotowania i innych prac domowych pozostają na głowie mamy, mimo że ona również pracuje. Zaś w moim domu nie ma sztywnego podziału - oboje pracujemy to oboje zajmujemy się również domem. Nie ma zlituj.
Nie wiem czy nie lepiej byłoby zamienić ten problem na wychowanie a dyskryminacja. Mam wrażenie, że nazwa nazwą a i tak chcesz zbadać coś zupełnie innego. Warto byłoby w kontekście tego problemu zapytać o to:
Jak i czy reagujesz gdy widzisz przejawy dyskryminacji w swoim otoczeniu?
Czy rodzice przekazywali Ci jednoznaczne wzorce zachowania w stosunku do osób innej rasy, religii itp.
Czy wśród Twoich znajomych/ znajomych Twojej rodziny są osoby innej narodowości, religii, orientacji sex...itp
Zacznijmy od tego że młoda jestem, i jeśli pracuję to dorywczo lub podczas wakacji. Wiadomo jak się traktuje pracownika "na lato"- jak czarną siłę roboczą. 8 godzin bezustannego zapieprzu, bez przerwy na śniadanie no i zanim Cię puszczą do domu mija 30-45 minut.
A ja nie lubię, żeby mnie traktowano jak byle co, bo byle czym nie jestem- i to przekonanie wyniosłam właśnie z domu, w którym podział obowiązków odbywał się na zasadzie "każdemu co umie"- Tata prasował, Mama gotowała, dzieci wynosiły śmieci, wyprowadzały psa i odkurzały dywany raz dziennie. Poza tym w domu moim
wszystkich traktowało się równo i sprawiedliwie, nikt nie miał "łatki" - no wiecie, że Jaś jest bałaganiarz, a Aga kłamczucha, a Bernard zwala winę na kogoś innego. Nie. Kżda "Sprawę" rozpatrywano zawsze oddzielnie;) Myślę, że dzięki temu w pracy potrafię się "postawić" i powiedzieć: to nie należy do moich obowiązków, albo "pani kierowniczko, przypominam, że mnie także należy się 10 minut przerwy" i tę przerwę otrzymać. Że koleżanki patrzyły na mnie jak na kosmitkę? Cóż, one były uległymi myszami i nie jadły w pracy śniadań. Że pani kierowniczka mnie nie lubiła? I cóż z tego
Do pracy chadzam po pieniądze, a nie po sympatię.
Oj, się rozpisałam:)
Myślę, że łączysz tutaj dwie różne sprawy - pewien model rodziny/człowieka wyniesiony z domu i to, czy ktoś daje sobie w kaszę dmuchać. Nie nazwałabym tego dyskryminacją - a wiem, o czym mówię, bo szkoleniami antydyskryminacyjnymi też się w swojej pracy zajmowałam ![]()
Ale pomijając definicje, a odpowiadając na pytanie...:)
W moim domu odkąd skończyłam lat 8 nie było właściwie żadnego modelu rodziny, byłyśmy same z mamą. To właśnie moja mama wychowała mnie na Zosię-Samosię i bardzo samodzielną, zaradną osobę. Jestem jak z wiersza Szymborskiej - nie wiem, do czego ta śrubka, a zbuduję most ![]()
Jeśli chodzi o pracę, nie miałam nigdy większego problemu z przełożonymi. Generalnie miałam szczęście do szefowych, trafiały mi się świetne, życiowe babki i znajdowałam z nimi wspólny język. Ale wiem, o czym mówisz, ja też nie przychodzę do pracy czesać sobie warkoczyki z szefową ![]()
Zacznijmy od tego że młoda jestem, i jeśli pracuję to dorywczo lub podczas wakacji. Wiadomo jak się traktuje pracownika "na lato"- jak czarną siłę roboczą. 8 godzin bezustannego zapieprzu, bez przerwy na śniadanie no i zanim Cię puszczą do domu mija 30-45 minut.
A ja nie lubię, żeby mnie traktowano jak byle co, bo byle czym nie jestem- i to przekonanie wyniosłam właśnie z domu, w którym podział obowiązków odbywał się na zasadzie "każdemu co umie"- Tata prasował, Mama gotowała, dzieci wynosiły śmieci, wyprowadzały psa i odkurzały dywany raz dziennie. Poza tym w domu moimwszystkich traktowało się równo i sprawiedliwie, nikt nie miał "łatki" - no wiecie, że Jaś jest bałaganiarz, a Aga kłamczucha, a Bernard zwala winę na kogoś innego. Nie. Kżda "Sprawę" rozpatrywano zawsze oddzielnie;) Myślę, że dzięki temu w pracy potrafię się "postawić" i powiedzieć: to nie należy do moich obowiązków, albo "pani kierowniczko, przypominam, że mnie także należy się 10 minut przerwy" i tę przerwę otrzymać. Że koleżanki patrzyły na mnie jak na kosmitkę? Cóż, one były uległymi myszami i nie jadły w pracy śniadań. Że pani kierowniczka mnie nie lubiła? I cóż z tego
Do pracy chadzam po pieniądze, a nie po sympatię.
Oj, się rozpisałam:)
DOKLADNIE:) Idziesz do pracy po pieniadze, a nie po sympatie kierowniczki i nalezy sie upominac o swoje. Inaczej beda po Tobie chodzic.