Sama to zakończyłam, sama zdecydowałam o odejściu i naprawdę miałam ku temu powody. Od dłuższego czasu nie było między nami bliskości, nie kochaliśmy się ze sobą. Pomimo tego łączyło nas coś wyjątkowego. Dobrze nam się ze sobą rozmawiało, lubiliśmy swoje towarzystwo i naprawdę rozumieliśmy się bez słów. Poza tym czułam, że on się o mnie bardzo troszczy i darzy mnie wielkim szacunkiem. W dużej mierze był to przyzwyczajenie, ale w którym wieloletnim związku to nie występuje. Tak dobrze było, kiedy budziłam się rano a on był obok. Silna więź emocjonalna nas łączyła, ale łóżko dzieliło i ja nie potrafiłam tego zaakceptować. Chciałam poczuć się przy nim znowu jak kobieta, której się pragnie. Czas płynął, a ja się nie doczekałam, więc kupiłam mieszkanie i się wyprowadziłam. Oboje to przeżyliśmy i wiem, że było mu ciężko z tym, że mnie już nie będzie. Dzisiaj wiem, że miałam nadzieję, że on zatęskni, zrozumie, że musimy być razem i może pójdzie do specjalisty. I tym sposobem znowu czekałam z nadzieją, że będziemy szczęśliwi razem. Pomimo tego, że nie mieszkaliśmy razem wciąż byliśmy w bardzo bliskiej relacji. Aż tu nagle po roku on kogoś poznaje, a ja dostaję obuchem w głowę. Świat się wali, oddech się zatrzymuje, w środku wszystko pali. Gonitwa myśli następuję, co by było gdybym jednak nie odeszła, gdybym potrafiła cieszyć się tym, co miałam, nie pragnąc niczego więcej. Dzisiaj cierpię, odczuwam paniczny lęk, że popełniłam błąd i na zawsze zostanę sama. Czas nie stoi w miejscu, ale moje życie się zatrzymało i ja nie mam ochoty iść dalej. I tak jak w piosence Dżemu samotność ta taka straszna trwoga, ogarnia mnie przenika mnie. Wszyscy znamy na pamięć słowa, że czas leczy rany i oby to była prawda bo dzisiaj nie chce mi się żyć.
To jest właśnie to "nie docenisz czegoś póki nie stracisz.."
Ale jeśli nie było między wami bliskości fizycznej to predzej czy później by się popsuło..
Pomyśl może sobie o tym jak o lekcji na przyszłość,że ważne są przede wszystkim uczucia, opiekuńczość, szacunek..
rena_sz. a powiedz co działo się przez ten rok??? dlaczego ty stanęłaś w miejscu w tym czasie???żyłaś nadzieją czy co???nie potrafię zrozumieć dlaczego przestałaś się rozwijać.jeśli podjęłaś decyzje o odejściu musiały byc ku temu poważne powody,tak???a ty odeszłaś i czekałaś na niego tak jakby coś wracało...jeśli się odchodzi to trzeba w tym wytrwać i przede wszystkim poważnie przemyśleć...nie możesz odejść i czekać na niego skoro odchodzisz...tak?tak się nie da. musisz to zrozumieć.teraz uważasz że coś nie ma sensu a co było przez ten rok???masz mieszkanie masz swoje 4 kąty.wiele osób podejmuje dziś poważny błąd-odchodzą z nadzieją że ona zawsze będzie czekał-nie lepiej jest pogadać szczerze w 4 oczy o tym co zmienić?o tym co zrobić?to tak nie wiele.teraz jedyne co tobie pozostaje to zrozumieć to wszystko...wyrzucać to wszystko tutaj i iść do przodu zupełnie inaczej nastawionym do życia do samej siebie.uwierz mi.wszystko ma swój sens tylko znaczenie rozumiemy po jakimś czasie...bądź spokojna wszystko się ułoży ale czas musi troszkę ulecieć.
4 2012-02-08 17:33:50 Ostatnio edytowany przez Pamc (2012-02-08 17:37:12)
Właśnie - gdyby doszło do rozmowy, w której byś powiedziała mu o co tak naprawdę chodzi, to podejrzewam, że starałby się to zmienić - w miłości tak jest. I zapytam tak jak bezradny23 - co robiłaś przez ten rok? czekałaś bezczynnie aż on przyjdzie, wróci? To Ty od niego odeszłaś, na jego miejscu myślałabym, że zwyczajnie już Cię nie obchodzi jego los. Musiał dać sobie z tym radę, i niestety na Twoją niekorzyść zaczął się spotykać z inną kobietą. Czasem trzeba się mocno zastanowić gdy czegoś nam brakuje, bo może być tak, że stracimy nawet to co posiadaliśmy dotychczas, i zostaniemy z niczym. I zdamy sobie sprawę, że mieliśmy tak wiele, a nie potrafiliśmy tego docenić.
Uwierzcie mi, że rozmów w cztery oczy było na pęczki. My właściwie ciągle rozmawialiśmy i to bardzo szczerze i nie jedna łza się polała. Wtedy często słyszałam, że może tak musi być, że mamy siebie, choć nie do końca jest wszystko ok. Może po prostu nie mamy innych możliwości. I ja się z takim podejściem nie mogłam zgodzić, chciałam walczyć proponowałam terapię dla par, ale byłam w tym sama. On godził się na taki stan rzeczy jaki był. Ja nie mogłam, nie chciałam. Przez ten rok jak już wcześniej wspominałam pomimo tego, że nie mieszkaliśmy razem byliśmy wciąż dla siebie najważniejsi, najbliżsi. W ciągu dnia kontakt telefoniczny kilka razy dziennie, spotkanie co najmniej raz w tygodniu. Tylko z nim rozmawiałam tak w 100% o wszystkim co się u mnie dzieje, a on miał tylko mnie. Taka trochę niezdrowa zależność. Ja sobie tłumaczyłam, że nie będę nikogo szukać, bo rozstanie trzeba przeżyć odreagować zanim zacznie się nowy etap w życiu. Dzisiaj wiem, że sama siebie najbardziej oszukałam. Może i się wyprowadziłam od niego, ale nie odeszłam. Często łapałam się na myślach typu dobrze, że z R mamy siebie. Wiem, że to co dzisiaj czuję to ból i strach przed tym, że po nim nie będzie nowego życia. Jestem DDA i wiem, że mam mocno zaburzone poczucie bezpieczeństwa. Bez niego teraz się czuję jak mała dziewczynka zostawiona na środku tej wielkiej paskudnej i przytłaczającej Stolicy. Bezpieczniej było tkwić przy nim i mieć świadomość, że ma mnie kto przytulić i że mam dla kogo upiec pyszny sernik :-) Dzisiaj mam wrażenie że bez niego nie jestem pełnowartościowym człowiekiem. Mamy wciąż ze sobą kontakt z tym, że ja płacę za każdą rozmowę z nim i spotkanie bardzo wysoką cenę w postaci totalnego rozbicia i zagubienia. Dlaczego nie potrafię dać sobie choć cienia nadziei, że jeszcze coś dobrego w tym życiu mnie spotka. Tak wiele już przeszłam, tak wiem trudności pokonałam i nagle zaczyna brakować mi siły. Cieszę się, że znalazłam to miejsce. Z jednej strony dlatego, że mogę się "zwierzyć" ze swoich problemów, ale dlatego też, że chętnie będę udzielać się dla innych korzystając ze swoich przeżyć i doświadczeń. Łatwiej jest zasypiać wiedząć, że są na tym świecie ludzie, którzy przejmują się innymi i za to Wam wszystkim dziękuję, o ile doczytaliście to do końca :-)
Tak jak tutaj kolega napisał, powinnaś teraz starać się żyć na nowo, bez swojej drugiej połówki. I nie wiem czy w takiej sytuacji Wasze spotkania są bezpieczne dla Ciebie, skoro czujesz się po nich rozdarta i płacisz wysoką cenę. Musisz teraz stawić czoła samej sobie. Ja mam tylko nadzieję, że uda się to Tobie i że będziesz mogła być jeszcze niezależną kobietą.
wiesz moim zdaniem to że ty się z nim kontaktowałaś to duży błąd nawet nie wiesz jak duży...ja tez po odejściu gdy już był konie szukałem z nią kontaktu...to było bez sensu każda rozmowa była prowokowana do kłótni itd. obrażała mnie a ja nie mogłem się bronić itd. popełniłaś błąd...ty nie czekałaś aż ochłoniesz tylko myślałaś że wszystko wróci do normy a było inaczej...ja wiem jak to jest. nie ratowałaś się ani trochę.kontakt z osobą która byłą z nami to duży błąd uwierz mi...sama wiesz do czego cię to doprowadzało...ja tez mam ojca alkoholika ale w życiu radzę sobie sam...i mimo że zostałem sam czuję się z tym dobrze bo trafiłem na kobietę nie godną siebie...co ja więcej mogę poradzić tobie???zauważ w sobie plusy samej siebie.zauważ to wszystko i pokochaj to wszystko.każdy z nas ma wady i nigdy nie będzie inaczej ale możesz zrozumieć że tak ma być.że tak może być...teraz musisz się pozbierać i dać z siebie tyle ile możesz.też na początku byłem rozbity...tylko ona taka była tylko ona tyle dała...to są banały...każdego można pokochać sobie każdy może być naszym ideałem i dla nas bardzo ważny.nigdy nie będzie inaczej.doskonale o tym wiemy.tylko wiara gdy emocji w nas jest tak wiele jest trudna...na ową chwilę.ale to mija trzeba dać sobie czas...musisz być bardziej pewna siebie...stawiać na swoim i wiedzieć jedno że to ty masz być szanowana itd a nie na odwrót.nie mylmy tak ważnych pojęć.to bardzo ważne jest...
Ja straciłam swojego tatę w wieku 10 lat i niestety w bardzo krótkim czasie po jego śmierci w życiu mojej matki pojawił się inny facet. Został moim ojczymem i zamienił nasze życie w piekło. Wiem, że to co dzisiaj przeżywam jest w dużej mierze konsekwencją mojego dorastania w patologicznej rodzinie. Czuję się przez to gorsza choć zrobiłam wszystko by nie powielić tamtych przeżyć. Ktoś, kto dzisiaj na mnie by spojrzał nie zorientowałby się przez co przeszłam, ale to tylko pozór, bo przy bliższym poznaniu wychodzą kompleksy. Przyjaciele mówią: dziewczyno spójrz w lustro. I patrzę i widzę zapewne coś zupełnie odmiennego niż oni widzą. Walczę z potrzebą podtrzymywania kontaktu z byłym ale boję się, że nic mi już nie zostanie. Strasznie boję się samotności. Wiem jednak, że moja matka też się bała dokładnie tego samego i z tego strachu unieszczęśliwiła siebie i swoje dzieci. Dzisiaj wiem jak destrukcyjny jest strach i jak bardzo rządzi naszym życiem. Obym i tą walkę wygrała.
rena_sz nie możesz sama siebie dołować. jak wygląda piekło to ja wiem...nie ty jedna czułaś coś czego ktoś inny nawet nie umie sobie wyobrazić. Bardzo mi przykro że ciebie to spotkało. Wiem co to jest mieć na twarzy uśmiech a w sercu ból...musisz zrozumieć to wszystko i zacząć walczyć o siebie. jeśli twoim znajomi mówią tobie zobacz w lustro na pewno mają na myśli twoją urodę... po drugie wiemy jak ma się patrzenie na piekło i jak to ma się do wnętrza takiej osoby.Słuchaj nie masz pewności siebie,czujesz lęk w życiu, nie masz pewności siebie...ale wiesz co wszyscy dokoła widzą w tobie coś innego.to tylko pozór nic więcej. wiara w siebie i będzie dobrze-uwierz mi.więcej pracy nad sobą.wiary w siebie.nie możesz się poddawać.co teraz ci zostało?co jest lepsze aby pokazać mu co stracił???czy zobaczył ciebie jako poddaną kobietę...nie możesz się pogrążać.nie daj mu satysfakcji-uwierz mi.nie daj mu jej.nie warto.teraz jesteś ty i sobą się interesuj.wszystko inne nie ma prawa być ważniejsze.ja tez czułem podobnie jak ty teraz...rozmowy dla niej to było coś bez sensu...ratowałem to wszystko dzięki mnie to trwało o wiele dłużej ale nie myślałem że jestem juz na dnie ;( jak się ocknąłem nikogo już nie było obok mnie, wszystko skreśliłem dla niej...nie warto zatracać siebie uwierz mi.nie warto.też to zrozum.straciłaś rok.nie zostaje tobie nic innego jak walczyć o siebie...
A jak jest dzisiaj u Ciebie bezradny23? Czy jesteś szczęśliwy? Mam nadzieję, że tak. Co do pewności siebie to doszłam do perfekcji jak robić wrażenie takiej osoby. Niestety szybko ten kamuflaż przy bliższym poznaniu się ulatnia. Jestem zdecydowanie za bardzo uczuciowa, ale chciałabym w końcu poczuć się kochana. Zabrakło miłości w moim życiu i dzisiaj ma na nią wielkie pragnienie. Niczego nie zrobię jednak na siłę. A co do mojego eks. Dużo wysiłku kosztuje mnie by nie prosić abyśmy spróbowali jeszcze raz. Wiem, że ośmieszyłabym się i nic poza tym. Ponad to łatwo w takich chwilach zapominieć, że coś było nie tak. Idealizowanie byłego partnera w takich sytuacjach to standard. Dlatego walczę. Walczę o siebie i swoją godność. Ja naprawdę dużo mam do zaoferowania, ale niestety ma też duże deficyty :-( Jak kocham to całą sobą pytanie tylko jak wiele miłości sama potrzebuję?
rena_sz powiem tobie coś. Popełniasz ogromny błąd w partnerstwie-mianowicie. jeśli z kimś jesteś lokujesz w nim wszystkie swoje uczucia, wierzysz bezgranicznie w te osobę, planujesz z tą osobą wszystko, itd. to duży błąd słuchaj musisz mieć swoje granice. jeśli ich nie ustalisz a ktoś będzie je przekraczał ciągle znaczy że nie masz szacunku do siebie. zrozum jedno że ty też możesz odejść że ty tez masz godność że to ty jesteś lepszą. zrozum jesteś kobietą. szacunek dla ciebie to podstawa. inaczej nie ma rady. zrozum że jeśli jest inaczej trwasz w relacji która zmierza donikąd i koniec prędzej czy później tak będzie. to czy związek się uda czy nie można zauważyć już na początku. wszystko się tak układa"zawsze" że jeśli nam zależy zauważymy to.nie można ślepo wierzyć w coś czego nie ma-zrozum. inaczej będzie zawsze tak samo...zawsze. zawsze możemy siebie uratować-zawsze.nie ma innej opcji.tylko musimy chcieć.
Ja też od 10 roku życia przechodziłam gehennę z ojczymem.Staram się o tym nie myśleć i wymazałam tę część mojego dzieciństwa i młodości z pamięci,ale zdarzają się chwile,że to wraca,ale coraz słabiej.
I chyba właśnie takie dzieciństwo spowodowało,że pragnęłam mężczyzny w ramionach ,którego odnajdę spokój i poczucie bezpieczeństwa. Wychodząc za mąż myślałam,że to jest właśnie to......czego tak pragnęłam.
Rok po roku moje pragnienia ulegały weryfikacji.Zamieniały moje życie "w rodzinną wegetację".
Wychowałam troje dzieci starając się stworzyć im to czego ja nie miałam.Jednak 6 lat temu stwierdziłam,że właściwie oprócz wspólnych zakupów i spraw domowych nie mamy już sobie nic do zaoferowania.
I tak postanowiłam złożyć pozew o rozwód.Zaczynam życie praktycznie od nowa.Nie jest łatwo,ale wreszcie uwolniłam się z tego zakłamania i mogę się cieszyć z życia.
Nie możesz żyć z przekonaniem,że wszystko się dla ciebie skończyło jak dowiedziałaś,że on ma inną kobietę. Przecież właściwie ty sama podjęłaś decyzję o samodzielnym życiu już rok temu.
A taki związek "na dochodne" na dłuższą metę nie mógł się dobrze skończyć....i powinnaś być tego świadoma.Facet raczej nie czuje się winnym jak w pożyciu seksualnym coś nie wychodzi.
I jeszcze jedno...nie wsłuchuj się za bardzo w piosenki "Ryśka R...." (którego bardzo lubię),bo jego negatywny stosunek do życia miał inne podłoże a ciebie będzie to tylko dołowało.
Dasz radę "odżyć" tylko musisz w to uwierzyć.....
Dziękuję dor57 za Twoje słowa. Mam dokładnie takie same odczucia i przeżycia jak Ty. Za wszelką cenę chciałam i niestety myślę, że wciąż chcę z kimś być. Bez mężczyzny czuję się krucha i bezradna. Pierwszy związek trwał 7 lat i myślę, że o jakieś 5 za długo, ale bałam się zostać sama, że sobie nie poradzę. Dopiero zbliżająca się data ślubu dodała mi odwagi i odeszłam. Nie byłam długo sama bo po 3 miesiącach w nowej pracy poznałam R. Naprawdę wierzyłam, że to jest własnie to. I tak jak u Ciebie tak i u mnie życie zweryfikowało wyobrażenia. W pewnym momencie nasze życie to też była wegetacja. Czasami miałam wrażenie, że żyjemy jak 2 stare 80 letnie pierniki a jesteśmy młodzi i powinniśmy czerpać z życia i naszej miłości wszystko to co najlepsze. A my tylko praca dom żadnego kina, teatru czy wyjazdu na urlop. Ponieważ miałam trudne dzieciństwo nie chciałam sie godzić na takie jałowe życie, chciałam w końcu poczuć jak życie może być piękne i radosne. I odeszłam. A dzisiaj bez niego mam wrażenie, że nie będzie już niczego dobrego. Mogę to chyba porównać do niezdrowego uzależnienia od niego. Z nim było źle bez niego jest jeszcze gorzej. Ale nie zrobiłam jeszcze nieczego dla siebie. Dlaczego? Bo nie umiem :-( Ale mam chytry plan ;-) pokochać w końcu siebie. Trudne ale chyba nie nierealne.
Twój plan to jest najlepsza rzecz jaką możesz zrobić dla siebie,żeby wreszcie poczuć się szczęśliwą.Ja przez te wszystkie lata "mojej wegetacji" cały czas byłam przekonana,że sama nie dam sobie rady.A do tego mój mąż "doskonale mnie rozpracował" i jeszcze mnie utwierdzał w tym przekonaniu.
Ale los mimo wszystko okazał się łaskawy i chociaż późno jednak udało mi się uwierzyć w siebie.
Po bardzo krótkim epizodzie z niby depresją,otrząsnęłam się szybciutko......schudłam,znalazłam pracę i wreszcie kogoś,kto nie uzależnia mnie od siebie.
Świat potrafi być piękny.....spróbuj warto.....ty masz jeszcze dużo do przeżycia,bo ja już się "zsuwam" z górki a mimo to cieszę z tego co przynosi mi każdy dzień.
Zacznij od drobnych spraw....zmiana fryzury,wyrzuć kilka ciuchów i kup sobie nowe.....a może wyjedź na "jakąś" wycieczkę tam zawsze jest dużo ludzi,z którymi można spędzić miło czas.
Tak czy inaczej masz dobry pomysł na normalne życie.......:):):)
Witam .... wiem że to forum w zasadzie kobiece - ale dziś granica między kobietą a mężczyzną jeśli chodzi o strefę uczuciową uległa rozmyciu ...dziś i my cierpimy potrafimy uronić łzę chodz w ukryciu .. Próby radzenia sobie samemu z problemami strefy uczuć w dzisiejszych czasach wymagają chyba większej uwagi ... nie wiem ale może kiedyś facet radził sobie ze stresem butelką wódki czy agresją dziś to społecznie nieakceptowane - i dobrze ale zostaliśmy bezbronni .. Kobieta potrafi doradzić kobiecie wysłuchać może nawet doradzić ... Męska rozmowa zaczyna się i kończy konkluzją - jak nie ta to inna . A jeśli właśnie tą pokochaliśmy odaliśmy serce włożyliśmy uczucia i troskę ... Wiem że nie byłem w moim ostatnim związku idealny ... Wręcz doszło do swoistej zamiany ról - to ja gotowałem i sprzątałem nie dlatego że byłem zmuszany do tego .. ale po przyjściu z nocnego dyżuru wstawałem o 13- 14 po południu .. moja "kobieta" przychodziła z pracy 2 godziny później ... przecież ja pan i władca nie będę czekał aż obiad sam się ugotuje .. wydawało mi się że świetnie się dogrywamy .. Prowadzimy ciekawe rozmowy ... może mamy inne zainteresowania .. była również strefa zarezerwowana dla nas samych jak wyjście jej z przyjaciłóką i moje z kolegami ... jej świetna praca moja również .. ale czegoś brakowało jej .. Uważała że jestem za mało męski ... praca po 10 - 12 godziny wypluwała ze mnie tą męskośc - praca w jednym z najbardziej męskich zawodach jaki znam - górnictwo powodowało że nie miałem ochoty na sprzeczki i kłótnie .. były owszem ale nie zaniżałem tego poziomu .. jesli wiecie o co mi chodzi .. - orażnie słowne docinki wmawianie winn .. a z jej strony zaczeły takie uwagi padać .. zaczołem poczułem się jak w błędnym kole .. dziwne uczucie ale czułem że jest ktoś trzeci . .. zbyt zaabsorbowany pracą uczelnią .. nie zauważalem jak się oddalamy zaczołem winić jej koleżankę z którą zbyt często zaczeła sie widywać .. powodowało to spięcia ale nie na tyle by nie zaradzić temu .. brak bliskości w łóżku tłumaczyła depresją i anemią .. co w takim wypadku robi facet .. ? zaczyna się troszczyć o nią specjalna dieta .. dla niej .. lekarz ... odpowiednie warunki w domu by nie była przygnębiona lub zła .. zaoczłem się zatracać coraz mniej mnie było w tym związku .. kocham ją kochałem.. ale w dniu moich urodzin nie pojawiła sie w domu ... poszła z koleżanką na imprezę by oznajmnić mi o 1 w nocy ze jedzie do niej .. ma depresję .. do naszego mieszkania było 300 m do mieszkania koleżanki .. jakieś 5 km .. nie wytryzmałem ... o 2 w nocy wypiłem dość dużo by o 12 po południu następnego dnia wyprowadzić się .. do brata .. miala to być nauczka dla niej .. ona sama tego dnia wróciła o 14 .. pijana .. wieczorem wróciliśmy do siebie ale rzeczy nie przywiozłem .. miałem to zrobić za parę dni .. spaliśmy w łóżku przytuleni obok siebie .. Boże jak ja ją wtedy kochałem .. po dwóch dniach poprosiła mnie o klucze .. oddałem jej prosiła mnie o przemyślenie paru spraw ... może nawet mała separacja przydała by się nam oboje ... przystałem na to .. ale po 2 tygodniach ... zaczeł mi jej brakować .. oddaliła się jeszcze bardziej .. nie wiedziałem ... o co chodzi .. kwiaty prezenty wspólna wigilia .. i .. przed sylwestrem dowiedziałem się że jest ktoś inny .. kolega z pracy .. który od 4 lat woził ją do pracy samochodem .... szok .. sylwestra spędziłem sam .. zresztą tego samego dnia .. rozmawiałem z nią ... walczyłem... tłumaczyłem ... że przecież pragnołem naszego dobra .. parę miesięcy i miałem dostac upragniony awans w pracy .. nic nie pomogło jak głową w mur .. było tylko gożej ... zaczołem sięgać po alkochol instynktownie .. staczałem się na dno .. tutaj na to nie ma mocnych .. hmmm rozmowa z tak zwanym mediatorem jej przyjaciłoką pograszała sprawę .. chyba też próbowała mnie wykorzystać nie tyle emocjonalnie co i finansowo .. hmmm nie dwno dowiedziałem się że pierścionek który miał być na przeprosiny sprzedała w lombardzie ... wiem to od tygonia ... nie wiem co mam zrobić .. kontak nasz w zasadzie urwał się .. kiedy na początku dzwoniłem wysyłałem sms-y to hmm zaczeły się wyzwiska od ... potem goźby ... by się nie dowłować nie pisałem ... moze jeden na tydzień .. :hej .. tęsknie .. kocham się .. : z relacji innych osób dowiedziałem sie że wywołało to tylk jej śmiech ... dziś zmieniła prawdopodomnie nr tel .. po miesiącu bycia z nim stwierdziła mi w sms-e że go kocha że chce zmienić mieszkanie urodzić mu dziecko że jest prawdziwym męsczyzną .. ehhhhh dla mnie raczejnie .. nie będę sie rozpisywał dlaczego tak uważam .. piszę to w zasadzie bo potrzebuję pomocy .. chce zapomnieć że kocham .. i to bardzo .. mam 34 lata i zakochałem się jak gówniaż .. nasz związek trwał rok ... wpsaniałe wczasy na krecie na zdjeciach jesteśmy wręcz idealną parą .. i za taką uchodziliśmy .. wystarczyło dla niej 2 miesiące mojego spadku formy ... bo nie dbałem o siebie nie chodziłem ogolony i pachnący .. sorry zajmując się domem opieką nad córką z innego związku uczelnią .. i moją kobietą która jak uważała jest chora na depresję .. nie miałem jeszcze czasu by chodzić po mieskzniu w garniturze .. ahha nie wiem jest z nim szczęśliwa mówi że go kocha .. straciłem ją ... nie widzę dla siebie sensu .. do tego urwałem jescze kontakt z naszą wsopólną znajomą bo informowała mnie o jej szczęściu co Darek zrobił dla niej itp .. hmmm tylko ze robi w zasadzie to samo co ja ... gdzie tu sens ...? czy mam mieć nadzieję że wócimy do siebie .. dużo o tym myśle ... widzę błędy po obu stronach .. nic czego nei dało by się naprawic .. ale pozostaje niesmak że mieszka już z innym .. ja sam zatracam się w smutku .. wygladam coraz gorzej .. pomocy ..
Hmmm....na wiele problemów tego związku sam znalazłeś już sobie odpowiedź w swoim poście.
Zarówno kobiety jak i mężczyźni mają dziwnie skonstruowaną psychikę.Ale prawie zawsze jak się coś złego zaczyna dziać w związku to "ta druga strona" wysyła sygnały.
Przeważnie nie są zauważane,bo z kolei "ta pierwsza strona" jest przekonana,że robi tyle dobrego,że przecież nie można być niezadowolonym.
Sorry ....ale w byciu "gosposią domową" zatraciłeś swoją osobowość,zaniedbałeś siebie......
Sprowadziłeś siebie do roli kury domowej chodzącej cały czas w papilotach.szlafroku i po przydeptywanych kapciach......i zastanów sie teraz czy taką chciałbyś codziennie widzieć swoją partnerkę?.....czy z taką zaniedbaną miałbyś ochotę się kochać?.....podejrzewam,że nie.
Prawdopodobieństwo graniczące z pewnością wskazuje na to,że niestety wasz związek już się zakończył na dobre.
Topienie smutków w alkoholu to jest coś najgorszego co możesz teraz robić.Weź się z a siebie......wiem,że to trudne,bo masz doła emocjonalnego,ale pokaż jej,że bez niej możesz funkcjonować.
Zadbaj o siebie i otwórz sie na ludzi......zacznij się spotykać ze znajomymi i w ten sposób powolutku "wrócisz do żywych"......spotkasz jeszcze kobietę,która przesłoni ci cały świat,ale musisz chcieć,bo siedząc w domu to do ciebie przyjdzie czasami tylko gazownia.
MEDEMAGAN. Słuchaj stary ja byłem z kimś dwa lata zaręczony. Sam na nas pracowałem sam nas utrzymywałem...wszystko...dbałem o kobietę tak bardzo: kremiki, balsaminki,lakiery wszystko aby miała...chciałem dla niej dobrze...dawałem wszystko co miałem...co dostałem zamian za to??? awantury ciągle mało, stała się zaborcza itd ale to moja historia. Ja ci powiem tak twoja była zachowała się wobec ciebie gorzej niż zero-rozumiesz to???weź sobie daj spokój...waliła cie w boki twoje uczucia-wyśmiewała-wiesz co ty sie ciesz że ten margines jest z kimś innym a nie z tobą...co ty myślisz ze z nim będzie szczęśliwa cale życie???stary takie cuda stwierdza się na początku świadczy to o tym jak mało dorosła jest ta laska...z nim będzie będzie i znowu wróci to samo...takie osoby się nie zmieniają...graja sobie na uczuciach...uzależniają od siebie a gdy czują że zrobi z tobą co chce odejdzie a jak sie sparzy zawsze będzie mogla wrócić do ciebie,tak???weź nie wierz w te brednie co ci nasiała do głowy...ze tamten to prawdziwy facet...itd. nie daj sobie wmówić.a te filmy erotyczne co sobie w głowie tworzysz-nie dokładaj sobie.one tobie nie pomogą.alkohol-stary to pomyłka jaką możesz zrobić...problem mija na chwilę a drugi dzień jaki jest???kac ból głowy istna masakra...masz córeczkę.żyj dla niej.zaopiekuj się nią.nie możesz jej teraz pokazać kim jesteś...przez jedną kobietę-chłopie zrozum to.olej o co było...nie będę jej uprzedmiotawiał ale to chore jest im szybciej to pojmiesz tym lepiej dla ciebie...ja tez myślałem ta była moja jedyną...daj luz...więcej sobie sam wmówiłem niż faktycznie było!!!zrozum co ci zrobiła...jak cie potraktowała...co z ciebie zrobiła...tak chcesz przeżyć resztę życia???pozbieraj się.bo masz córkę.masz cel-pokazać kim jesteś-jej.to tylko rok twojego życia.a kontaktu z nią nie szukaj.musisz to zrozumieć...to błąd chłopie-błąd...ta kobieta jest niczym i taka już zostanie...to co zrobiła jest tak podłe że brakuje mi słów.to tylko rok.zrozum.uwierz w siebie.i nie pij bo to nie pomaga...wiem co mówię.posłuchaj mnie...a emocje wylewaj na forum...załóż swój własny temat opisuj co czujesz...na dana chwilę...i będzie mijało.
Cześc Wszystkim!
Rena_sz napisałaś, że z byłym partnerem łączyła Cię silna więź emocjonalna, bliskośc, dobrze Wam się rozmawiało, lubiliście swoje towarzystwo, rozumieliście się bez słów- powiem Ci, że to bardzo, bardzo dużo.. To jest niesamowicie ważne w związku. U mnie dochodzę do wniosku, żę właśnie tego brakowało, natomiast fizycznośc dominowała... Co sądzicie o takiej sytuacji????
Rena_sz zrobiłam dokładnie jak Ty z moim narzeczonym ![]()
Mieliśmy doskonały kontakt emocjonalno-intelektualny a z fizycznością to ja miałam problemy( uczyłam się przy nim fizycznej miłości ).
W pewnym momencie związku zaczęliśmy żyć jak dziadkowie: nigdzie nie wychodziliśmy, tylko nauka,praca,dom. On całkowicie się skupiał na sobie a ja byłam w jego życiu na zasadzie wplatania się. Jestem DDD i poczucie bezpieczeństwa jest dla mnie bardzo ważne. Tyle tylko ,że kiedyś to poczucie bezpieczeństwa uzależniałam od związku, bycia z kimś; a dziś wiem ,że poczucie bezpieczeństwa daję sobie ja! i zarówno mogę sobie je odebrać ![]()
Związek długoletni rozpada się duużo dłużej. Wysyła się sygnały, rozmowa, rozmowa, prośby i nagle pakuje się walizki i się odchodzi.
U mnie zaczęło być za dużo egoizmu, brak wspólnych decyzji aż w końcu niesamowicie mnie zawiódł jak bardzo go potrzebowałam.
Odeszłam ,tak jak Ty z nadzieją ,że się ocknie, będzie starał się walczyć bo związek miał szanse być rewelacyjny ale jedna osoba nie ciągnie związku.
Walczył, prosił o powrót, coś tam przepraszał jednak w międzyczasie poznał inną dziewczynę i zauważyłam ,że zaczyna wybierać. Więc uważaj na kontakt z nim żeby nie zrobił z Ciebie koła zapasowego! Jak mu nie wyjdzie.
U mojego wygrał egoizm i chęć bycia z kimś kogo będzie sterował.
Tak samo jak Ty przez pewien czas nosiłam maskę szczęśliwej a środek aż piszczał.
I nastąpił przełom : nie, nie zapchałam klina klinem
zaczęłam się siebie uczyć i rozwijać. Zobaczyłam jak mój rodzinny dom zamazywał mi obraz partnerskiego związku. Jak mało siebie doceniałam i szanowałam. I prędzej czy później ten związek by się rozpadł.
Jeżeli już się podjęło decyzję o wyprowadzce to powód musiał być duży. Tylko uświadom sobie ,że świat i Twoje szczęście nie zależy od drugiego człowiek w całości. Prawda jest taka : jeżeli Ty sama ze sobą nie umiesz być szczęśliwa to nigdy nie dasz szczęścia drugiej osobie.
Drugi człowiek ma być partnerem - jeżeli był chłód łóżkowy on powinien iść z Tobą na terapię, cokolwiek zrobić...Chciałabyś być z kimś kto Twoje odczucia ignoruje? kto nie dba o Twoje potrzeby?
I urwij kontakt całkowicie.
Każdego dnia podejmuję walkę z sobą, aby podjąć dezycję o zerwaniu kontaktu i wciąż nie mogę tego zrobić. Cierpie ale zerwania zupełnego też się boję. Najgorsze jest to, że łapię sie na tym, że czekam aż on przyjdzie i powie, że chce wrócić, że się mylił sądząc, że z kimś innym będzie szczęśliwy. Wychodzi na to, że zwyczajnie czekam, że mu nie wyjdzie ten nowy związek. Głupie to strasznie. A jednak uczucia mną rządzą zamiast dopuścić do głosu rozsądek. Z drugiej strony, gdyby był taki zakochany i szczęśliwy, to nie podtrzymywałby kontaktu z byłą? Myślę jednak, że robi to, bo ma potrzebę opiekowania się mną, troszczenia się o mnie. Takie chore poczucie obowiązku. Słaba jestem w tym wszystkim bardzo. Marnuje czas i sama siebie unieszczęśliwiam. Jest o tyle trudniej, że mam już swoje lata i czas płynie coraz szybciej. Jeszcze duuuużo pracy na sobą przede mną :-( i dużo pracy nad zmianą myślenia o sobie i swoim życiu.
21 2012-02-10 17:08:49 Ostatnio edytowany przez LapkaPandy (2012-02-10 17:10:30)
Z drugiej strony, gdyby był taki zakochany i szczęśliwy, to nie podtrzymywałby kontaktu z byłą?
To byłby z Tobą.
Jest nie fair w stosunku do obecnej i do Ciebie.
Ale mu dobrze bo sobie może wybierać ![]()
No właśnie.....czy on nie ma przypadkiem syndromu "osiołkowi w żłobie dano........".
Sam próbuje,ale właściwie chyba nie myśli co ty czujesz w takiej sytuacji......jest trochę egoistyczny albo to rodzaj "małej zemsty" za twoją zmianę miejsca zamieszkania.....sama nie wiem....
Żeby stanąć na nogi musisz koniecznie szybko podjąć decyzję....czy walczysz o niego i akceptujesz warunki jakie do tego momentu sobie stawialiście....czy zrywasz kontakty i zaczynasz żyć na nowo.
Nie zwracaj uwagi na swój wiek,bo to w dalszym życiu nie ma żadnego znaczenia.
Musisz to wszystko przemyśleć i zakończyć to wszystko albo na "tak" albo na "nie".....inaczej oszalejesz i skończysz na terapiach.
23 2012-02-10 22:03:14 Ostatnio edytowany przez Aga30 (2012-02-10 22:05:33)
W moim przypadku od tamtej decyzji minęły juz ponad 2 lata... Powód identyczny, choć teraz myślę, że byłam za mało dojrzała i zbyt mało świadoma siebie, by zaakceptować stabilny związek bez chorych emocji (DDA). On bardzo szybko się ożenił, ma dziecko. A ja? Na początku czułam, że tracę oddech bez jego wsparcia. Wpadałam w histerię, gdy nie mogłam do niego zadzwonić z jakimś problemem lub tylko po to, by usłyszeć jak bardzo mnie kocha i jak jestem wspaniała. Potem rzuciłam się w wir beznadziejnych, ekspresowych znajomości, łącznie ze związkiem z żonatym facetem, kóre zapewniły mi wrażenia, których tak mi w tamtym związku brakowało. W końcu sobie uświadomiłam, że to droga donikąd.
Z perspektywy czasu uważam, że tamta decyzja nie była dobra, że moje potrzeby nie były moimi potrzebami - były odzwierciedleniem atmosfery związku moich rodziców, przyzwyczajeniem do ekstremalnych emocji. Jednak dzięki temu rozstaniu usamodzielniłam się, znalazłam wymarzoną pracę, rozwinęłam skrzydła, uwierzyłam w siebie. I musiało się to wszystko wydarzyć, żebym teraz mogła docenić spokój i stabilizację (choć ciągle ciągnie mnie w tą złą stronę). Wtedy się dusiłam, czegoś mi brakował, miałam nawet depresję. Także w tamtym momencie życia to nie był człowiek dla mnie, więc i tak by się to rozpadło bez tego co wiem teraz i jaka jestem teraz. Banał, ale wszystko ma jakiś sens...
24 2012-02-10 22:12:29 Ostatnio edytowany przez LapkaPandy (2012-02-10 22:13:03)
Z perspektywy czasu uważam, że tamta decyzja nie była dobra, że moje potrzeby nie były moimi potrzebami - były odzwierciedleniem atmosfery związku moich rodziców, przyzwyczajeniem do ekstremalnych emocji. Jednak dzięki temu rozstaniu usamodzielniłam się, znalazłam wymarzoną pracę, rozwinęłam skrzydła, uwierzyłam w siebie. I musiało się to wszystko wydarzyć, żebym teraz mogła docenić spokój i stabilizację (choć ciągle ciągnie mnie w tą złą stronę). Wtedy się dusiłam, czegoś mi brakował, miałam nawet depresję. Także w tamtym momencie życia to nie był człowiek dla mnie, więc i tak by się to rozpadło bez tego co wiem teraz i jaka jestem teraz. Banał, ale wszystko ma jakiś sens...
Całkowicie się z Tobą zgadzam i dokładnie to samo po czasie stwierdzam
Tylko mi mój były zdążył dać powody..
Cześć dziewczyny
tak fajnie sobie tutaj gadacie. dobrze to wszystko ujmujecie...zgadzam się z wami. tez teraz byłem z osoba mało dojrzałą...to co przeżyłem było wspaniałą lekcją i wiem że mój kolejny związek będzie cudowny-dlatego że wiem że nie ma co wierzyć że ktoś się zmieni...w słowa...że jeśli ktoś ciągle się spóźnia i jest nie słowny dalej jest taki...gdy nadal traktuje nas jak powietrze i wiele innych to od razu trzeba to urywać i się nie bawić czy to w jedną czy druga szansę...ktoś nie ma szacunku nie będzie go miał i tyle. ktos nie umie nic docenić to nie doceni i będzie uważał ze jemu się wszystko należy itd. itd. mam za sobą dwa nie udane związki jeden 4 lata drugi 2 lata. w pierwszym ja nie umiałem zaufać w drugim ktoś mi nie umiał zaufać i ciągle robił mi awantury... a teraz jestem pełen optymizmu i wigoru aby wejść w coś nowego z osobą która bedzie stała ze mną murem...i tyle.wiem to.bo ilekroć gdzieś wyjdę widzę że nie jestem niewidzialny...i wiem że moje szczęście jest przede mną.jak przed wami tak samo...wnioski to coś pięknego...3mam za wszystkich kciuki.mam w sobie tyle energii że mogę podzielić się z wami( dziewczyny)
pozdrawiam.
26 2012-02-10 22:29:35 Ostatnio edytowany przez Aga30 (2012-02-10 22:35:31)
Ja na szczęście rozterki na temat tamtego związku mam za sobą - on definitywnie zerwał kontakt i nawet jak nachodził mnie lęk przed samotnością nie miałam opcji powrotu. Natomiast rena po roku bycia/nie bycia razem znalazła się w punkcie wyjścia, a i tak nie może ruszyć z miejsca, bo ciągle są blisko.
rena, jeśli jesteś pewna, że na tym etapie życia będziesz potrafiła (wobec wizji straty tego mężczyzny) docenić związek oparty bardziej na przyjaźni, to walcz o niego. Jeśli natomiast wiesz, że będzie Ci brakować namiętności i nie da się jej wskrzesić, to zerwij kontakt i poproś go, żeby Ci w tym pomógł.
Ja wiem na 100%, że bez późniejszych doświadczeń absolutnie nie zaakceptowałabym braku pożądania lub niesatysfakcjonującego pożycia w tamtym związku. Nie chcę przez to powiedzieć, że teraz to akceptuję
, natomiast zdaję już sobie sprawę, że motyle to nie wszystko.
Rena_sz zrobiłam dokładnie jak Ty z moim narzeczonym
Mieliśmy doskonały kontakt emocjonalno-intelektualny a z fizycznością to ja miałam problemy( uczyłam się przy nim fizycznej miłości ).
W pewnym momencie związku zaczęliśmy żyć jak dziadkowie: nigdzie nie wychodziliśmy, tylko nauka,praca,dom. On całkowicie się skupiał na sobie a ja byłam w jego życiu na zasadzie wplatania się. Jestem DDD i poczucie bezpieczeństwa jest dla mnie bardzo ważne. Tyle tylko ,że kiedyś to poczucie bezpieczeństwa uzależniałam od związku, bycia z kimś; a dziś wiem ,że poczucie bezpieczeństwa daję sobie ja! i zarówno mogę sobie je odebrać
Związek długoletni rozpada się duużo dłużej. Wysyła się sygnały, rozmowa, rozmowa, prośby i nagle pakuje się walizki i się odchodzi.
U mnie zaczęło być za dużo egoizmu, brak wspólnych decyzji aż w końcu niesamowicie mnie zawiódł jak bardzo go potrzebowałam.
Odeszłam ,tak jak Ty z nadzieją ,że się ocknie, będzie starał się walczyć bo związek miał szanse być rewelacyjny ale jedna osoba nie ciągnie związku.
Walczył, prosił o powrót, coś tam przepraszał jednak w międzyczasie poznał inną dziewczynę i zauważyłam ,że zaczyna wybierać. Więc uważaj na kontakt z nim żeby nie zrobił z Ciebie koła zapasowego! Jak mu nie wyjdzie.
U mojego wygrał egoizm i chęć bycia z kimś kogo będzie sterował.
Tak samo jak Ty przez pewien czas nosiłam maskę szczęśliwej a środek aż piszczał.
I nastąpił przełom : nie, nie zapchałam klina klinemzaczęłam się siebie uczyć i rozwijać. Zobaczyłam jak mój rodzinny dom zamazywał mi obraz partnerskiego związku. Jak mało siebie doceniałam i szanowałam. I prędzej czy później ten związek by się rozpadł.
Jeżeli już się podjęło decyzję o wyprowadzce to powód musiał być duży. Tylko uświadom sobie ,że świat i Twoje szczęście nie zależy od drugiego człowiek w całości. Prawda jest taka : jeżeli Ty sama ze sobą nie umiesz być szczęśliwa to nigdy nie dasz szczęścia drugiej osobie.
Drugi człowiek ma być partnerem - jeżeli był chłód łóżkowy on powinien iść z Tobą na terapię, cokolwiek zrobić...Chciałabyś być z kimś kto Twoje odczucia ignoruje? kto nie dba o Twoje potrzeby?
I urwij kontakt całkowicie.
Choć nie o mnie - przeczytałam jak dla siebie. I bardzo Ci dziękuję. Cieszę się, że na forum znajduję tak wiele pozytywnych wypowiedzi i osób, od których mogę się uczyć. Moje życie wyglądało podobnie. Nie miałam jednak dotąd odwagi powiedzieć sobie: nie moja wina, że związek się rozpadł, bo gdyby były mąż chciał cokolwiek zmienić, to zrobiłby to. Jedna osoba nie uciągnie związku za dwoje - święta prawda. Chciałabym tylko jeszcze wprowadzić w czyn słowa: "urwij kontakt całkowicie". Bardzo się staram.
Wiem, że to co teraz czuję jest wynikiem, jak już wczesniej wspominałam, strachu przed samotnością i utraty, jak mi się teraz wydaje, jedynego człowieka w swoim rodzaju. Jednak mam mocno wyryte w głowie słowa bezrdnego23, że to są bzdury podyktowane obecnym osłabionym stanem emocjonalnym. My DDA tak często potrzebujemy, by ktoś był obok i się nami zaopiekował. Mogę się jedynie domyślać, że nawet gdyby doszło do powrotu źle by się to skończyło. Dzisiaj idealizuję i R i związek, bo trudno przywołać w pamięci tą frustrację jaką czułam przez ostatnie lata żyjąc z nim pod jednym dachem. Walczyć nie będę, bo nie mam czym. Ale o siebie zawalczę, aby móc sobie spokojnie spojrzeć w lustro z uśmiechem i sympatią do samej siebie.
Aga30 tak dokonale rozumiem Twoje słowa, w których piszesz o panice jaką czujesz, gdy nie można zadzwonić usłyszeć jego głosu i słów, których tak bardzo pragniemy.
Wiecie, ja na samym początku, jak tylko się dowiedziałam, że on zaczyna się z kimś spotykać powiedziałam, że już nie mogę być częścią jego życia i że nie będziemy utrzymywali ze sobą kontaktu - i co? To on pierwszy napisał, że nie może się do mnie nie odzywać, a ja zmiękłam.
Trudno na dzień dzisiejszy wyobrazić sobie, że ktoś mnie jeszcze zaakceptuje i pokocha. Ale zacząć należy od siebie i tutaj chciałabym zacytować fragment książki Robin Norwood " Kobiety, które kochają za bardzo":
"Wiele kobiet popełnia błąd: szuka mężczyzny, aby z nim zbudować związek nie zbudowawszy najpierw takiego ze sobą. Pędzą od mężczyzny do mężczyzny, usiłuąc odnaleźć to, czego im samym brakuje. Poszukiwania tym czasem muszą się zacząć u źródeł, we własnym wnętrzu. Nikt i nigdy nie będzie nas kochał tak byśmy zaznały spełnienia, dopóki nie kochamy same siebie, bo kiedy wewnętrznie puste ruszamy szukać miłości, możemy jedynie znaleźć pustkę. Nasze życie odzwierciedla to, co się kryje głęboko w nas samych: przekonanie o własnej wartości, prawo do szczęścia, to na co w życiu zasługujemy. Kiedy zmieniają się owe przekonania, zmienia się nasze życie"
Wiem, że to co teraz czuję jest wynikiem, jak już wczesniej wspominałam, strachu przed samotnością i utraty, jak mi się teraz wydaje, jedynego człowieka w swoim rodzaju. Jednak mam mocno wyryte w głowie słowa bezrdnego23, że to są bzdury podyktowane obecnym osłabionym stanem emocjonalnym. My DDA tak często potrzebujemy, by ktoś był obok i się nami zaopiekował.
Czasem, podobnie jak i Ty, idealizuję mój były związek. Potrzebuję dużej dawki racjonalności -- pamiętania upodlającego proszenia o uwagę, również tę w łóżku - aby nie zapętlić się w myśleniu jak to było cudnie (bo, do jasnej, nie było!) A jednak nie umiem sobie wyobrazić bycia z kimkolwiek innym. I nie mam na myśli motyli w brzuchu, bo wydaje mi się, iż jasne jest dla mnie, że nie o to w życiu chodzi. Moje myśli biegną w stronę rozumienia się jakąś częścią instynktownego, wewnętrznego kodu, którego nie znalazłam z nikim innym. Z emocjami, których nie umiem zapomnieć do dzisiaj. DO zapachu, który tak mi pasował. Do myślenia: "gdyby tylko choć trochę chciał!". NIE WIEM dlaczego nie umiem sobie powiedzieć - nie chciał,nie był wart.
Dziękuję za rady ... w zasadzie sam odpowiadam sobie na pytanie czy to ma sens ... jest szczęśliwa .. mam jej zakłucać to szczęście ... jasne od rozstania mija dziś dokładnie 2 miesiące a ja nie umiem od tak przestać myśleć o niej ... katuszą jest włączenie kompa ... bo przez przypdaek natknę się na jej zdjęcie ... zawaliłem sprawę na początku ... ale ja nie lubię gierek ... moim piorytetem był dom do którego wraca się z chęcią po ciężkim dniu .. ale nie kapcie gazeta .. lecz z uczuciem że ktoś tam jest i czeka na mnie ... nie jest mi łatwo ... była jedyna osobą która akceptowała to że mam dziecko .. próbuję kompulsynie zmieniać coś w sobie .. ostatnio dowiedziałem się ze sprzedała pierścionek który to ja jej podarowałem na przeprosiny .... chciałem go odzyskać dla mnie to nie była rzecz - ... tylko symbol ... ktoś z moich znajomych zadzwonił z prośbą że R.... chce odzyskać go .... usłyszał że wyrzuciła go bo dla niej nic nie znaczył ... kurka prosiłem ją tylko o 3 miesiące naszego życia bym poukładał swoje sprawy .... dziwnym trafem te najtrudniejsze rozwiązało samo życie ... dziś czuję się nikim ... niska samoocena robi swoje ... w zestawieniu zemną to raczje on wyglada blado ... ale to go wybrała .. jest chamski i pewny siebie .. dzwoniąc do niej i rozmawiając z nią .. usłyszałem jego głos że ma sobie dać z tym ciulem spokój ... wychodiz na to że byłem tylko dojną krową .. :-(....czuję sie oszukany i wykorzystany ... czasami nachodzi mnie złość .. by ... no właśnie .. dostałem w zasadzie do niego przez jej nr telefonu nie wybredne i chamskie sms-y groźby i pomowienia ... byłem w szoku .. nie wiem dlaczego to trzymam ... czasami zastanawiam sie czy nie zgłosić tego do prokuratury ... wiem śmieszne może to jest .. ale w moim przypadku naprawdę jestem w szoku że tak sie to potoczyło w grudniu miałem urodziny które spędziłem sam ... sylwester też poszedł sie rypac ... hmmm nie wierzę w sprawiedliwość na tym czy na tamtym świecie .. boli jak diabli ... tym bradziej ze zdecydowałem się na związek po 4 latach samotnego życia ... nadal ehhhh mam dziś mętlik w głowie .. raz mi je brakuje raz jestem wściekły na nia zabrak zrozumienia i czasu .... też nie byłem uczciwy wobec niej ... okłamałem ją w pewnej sprawie ... rozmawiając z innymi na ten temat to banał ale dla niej to coś ... bardzo ważnego ... zresztą nie wiem .. dziękuję wszystkiim za wcześniejsze wypowiedzi .... R
No to koniec. Zamknęłam sprawę swojego związku - nie związku zdaje się ostatczenie. Nie będzie już niepotrzebnych złudzeń, wyobrażeń. Tylko dlaczego czuję się jakbym miała się zaraz rozpaść. Mam wrażenie, że jutro stanie się ze mną coś złego, że nie przeżyję kolejnego dnia. Nie czuję nic oprócz pustki i poczucia bezsensowności. Uzależnienie od drugiego człowieka jest równie destrukcyjne jak alkoholizm. Nie wiem, czy wyjdę cało z tej choroby. Generalnie nic już nie ma sensu. A chciałam być taka dzielna i walczyć o siebie. Niestety okazuje się, że mi na sobie nie zależy. Nie potrafię się pokochać.
Po burzy wyjdzie slońce:) daj sobie czas, bol po rozstaniu minie...
Wracam dzisiaj do Was bo nie mam już gdzie dać upustu swojemu smutkowi. Pomimo starania się urwania kontaktu z byłym za każdym razem, kiedy on dzwonił, ja odbierałam :-( Po ostatnim moim poscie, gdzie napisałam, że już urwałam całkowicie kontakt, nie dalej jak godzinę później, otrzymałam od niego telefon, że właśnie zakończył swoją znajomość. To był poniedziałek. Możecie się domyślać, jaka nadzieja zrodziła się w mojej głowie. W niepamięć poszło urywanie kontaktu, bo przecież on był wolny i mogło się tak stać, że będziemy znowu razem (nie pytajcie po co, bo sama nie myślałam racjonalnie w tamtym momencie). I cóż 2 tygodnie od tamtego czasu dokładnie w ostatnią sobotę zadzwonił i grobowym głosem poinformował mnie, że zostanie ojcem (po 2 m-ach znajomości). Usłyszałam również przepraszam. Kiedy zapytałam za co, usłyszałam "że nie z Tobą". Od tamtej chwili snuję się jak cień i nie potrafię się pozbierać. Najbardziej boli mnie to, że oddałam temu człowiekowi 7 lat życia a on w 2 miesiące był gotów na dziecko z inną kobietą. Z całą świadomością nie starali się zabezpieczać. On tego chciał. Przykre, że rozstali się a po tygodniu ponownie zeszli, bo ona jest w ciąży. Mi jednak chodzi o to, że czuję się nic nie warta, oszukiwana przez te wszystkie lata wymówkami: teraz nie jest odpowednia pora, nie mamy warunków ani środków, sami też nie jesteśmy gotowi na to, aby zostać rodzicami. Ale po 2 miesiącach można już wiedzieć, że to jest kobieta, z którą chce się mieć dzieci i spędzić resztę życia? Czuję się na wpół żywa, mam do siebie żal, że jestem taka żałosna. Po raz kolejny i mam nadzieję, tym razem definitywny urwałam kontakt. On jednak pisze, ze on tak nie chce, że nie wyobraża sobie, że już nigdy więcej mnie nie zobaczy, że mnie potrzebuje i że paradoksalnie boi się dalej iść beze mnie. Ciągle gra na moich uczciach nie chcąc chyba zauważyć, że ja przez niego cierpię. Kochani, napiszcie mi proszę, co mogłam zrobić nie tak, że mi się nie powidło. Boję się, że kiedyś powiele te błędy. Sama domyślam się, że byłam zbyt wyrozumiała czekając na jego dojrzenie do założenia rodziny. Chciałam aby to było nasze wspólne przemyślane życie, bo tylko tak w moim odczuciu można budować szczęście, nic na siłę. Jak większąść samotnych i nieszczęśliwych z miłości kobiet boję się, że już nic dobrego mnie nie spotka. Nie chciałabym nigdy więcej przeżywać i czuć tego co obecnie się ze mną dzieje. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Wesprzyjcie mnie proszę dobrym mądrym słowem, to zawsze pomaga i niejednokrotnie daje do myślenia. Liczę na Was.
No tak.....trudno jest mi w tej chwili pozbierać myśli,żeby jakoś sensownie dodać ci otuchy.:(
Ty nie postępowałaś źle....po prostu bardzo go kochałaś a ta miłość zaślepiła ci w pewnym momencie rozsądek,który powinien przynajmniej starać się iść w parze z uczuciem.
Trafiłaś na egoistę,któremu było dobrze z tym,że był "numerem jeden" w waszym związku i wszystko co robiłaś było tylko z myślą o jego przyjemnościach.
Myślę,że już będziesz wiedziała jak postępować z facetami......to była bardzo bolesna szkoła,ale to nie koniec świata.
Nie możesz zakładać,że robiąc do tej pory tyle błędów nie będziesz w stanie inaczej żyć.
To absolutnie nieprawda....ja też traktowałam mojego męża jak świętą krowę myśląc,że tak jest dobrze ...wszystko było robione pod niego.
Myślałam,że nie będę potrafiła już nikomu zaufać,bo przecież drugi raz stworzyć potwora nie ma sensu.Stało się inaczej......okazało się,ze potrafię wymagać,żądać i żyć dla siebie.
Ten drań uderzył w twój najczulszy punkt....w macierzyństwo....zadał ci dużo bólu,który z czasem przejdzie.Mam tylko nadzieję,że to ostatni cios jaki od niego przyjęłaś,bo teraz powolutku zaczniesz się wygrzebywać na powierzchnię.Musisz być silna.....całe życie przed tobą.....a on?...on z tak budowanej rodziny nie będzie miał radości.
Nie kontaktuj się już z nim więcej i nie przyjmuj fałszywych słów pocieszenia.Szuka jakiegoś "nędznego rozgrzeszenia" i tego mu nie daj....niech sumienie go pomęczy....to i tak mały ból w porównaniu z tym co ci "wykręcił".
Witaj, bardzo dobrze Cię rozumiem. Bo sama przeżywam podobną sytuację... Jak chcesz to zajrzyj do mojego wątku.
Bardzo ciężko jest tez jestem DDA i rozumiem ze ma to wplyw na zwiazki, na kontakty z innymi i na cale zycie ![]()