Witam, postaram się opisać swój problem najlepiej jak mogę. Może wy<kobiety>pomożecie mi to rozwiązać albo lepiej zrozumieć jej tok myślenia. Otóż poznałem ją 6 lat temu gdy zaczynaliśmy chodzić razem do klasy w gimnazjum. Na początku były to normalne relacje jak kolegi z koleżanka. Pewnego dnia napisała do mnie przez przypadek, i w sumie tak zaczęliśmy pisać na gadu i utrzymywać jakiś kontakt po za szkoła. Jak wyszliśmy z gimnazjum, nasze relacje stały się bardziej przyjacielskie i tak do mają tego roku. Między czasie miała 2-3 chłopaków, gdy były jakieś problemy starałem się jej pomagać. Jak już poszliśmy do innych szkół to raczej utrzymywaliśmy w tygodniu kontakt na gg albo telefoniczny, ewentualnie jakiś kontakt w weekend. Na wiosnę zaczęły się jakby podchody z jej strony. Najpierw było jakieś lapanie za rękę, obejmowanie, zamiast zwykłego buziaka w policzek czasami zachaczala o usta. Pytałem czy robi to bo coś czuje czy poprostu. Więc w maju podczas powrotu z spotkania zaczęliśmy się całować, wcześniej nie miałem żadnego doświadczenia z dziewczynami i dla mnie to było masakryczne przeżycie, jakby świat na chwilę zamarł i nic innego się nie działo. Od tamtej chwili zachowywaliśmy się jak para. Wszystko było dobrze dopóki nie wyjechała na studia do innego miasta. Niby nie daleko bo nie całe 100km. Te studia wywróciły nasze życie do góry nogami. Domyślałem się, że będzie ciężko ale nie, że aż tak. Wcześniej mieliśmy już dwie rozłąki które, trwały jakieś 3tygodnie każda i było ciężko ale daliśmy radę. Natomiast na studiach, których jest, wszystko się zmieniło. Jest na bardzo ciężkim kierunku jak dla dziewczyny. Teraz jest bardzo ciężko z normalnym kontaktem, wcześniej wymienialismy masę telefonów, smsów a teraz ogranicza się to do kilku sms lub kilku minutowej rozmowy. Zawsze jest coś, jak nie nauka, to coś innego, rozkład zajęć i przez to ma strasznie mało czasu. Na początku dawałem znać, że mi się to nie podoba i oczekuje więcej uwagi. Zapomniałem dodać, że widujemy się jakoś raz na dzień albo dwa. Po którejś z rozmów miałem wrażenie, że wybuchła, wylała wszystkie żale, zaczęła mówić jak jest ciężko... Postanowiłem przystopowac i nie robić jej wyrzutów. Natomiast wewnątrz mnie cały czas się gotuje, bardzo mnie denerwuje ten jej brak czasu względem mnie choć staram się rozumieć. Sam już nie wiem co myśleć na ten temat, nie wiem czy jestem wyzbyty uczuć, czy ja kocham dalej, czy kiedykolwiek kochałem. Podczas tych rozłąk byłem zdenerwowany, nie mogłem sobie miejsca znaleść-nie wiem czy to jest odpowiedni powód i wystarczający. Brak w naszym związku namiętności, mam wrażenie, że to wszystko robione mechaniczne jest, tylko żeby było i ciągniete żeby ciągnąć. Z jednej strony jest to jedyna osoba, której w pełni ufam i nie chce z nią tracić kontaku a z drugiej nie wiem czy ja kocham, bo jeśli nie to nie chce jej ranić ale i tak tego się łagodnie nie da zrobić.
O bracie to masz orzech niezły, wiesz wątpię żeby ktoś Ci tu coś doradził sam jestem facetem i wiesz na odległość ciężko zwykłą znajomość utrzymać,a związek to już w ogóle. Sam sobie raczej będziesz musiał odpowiedzieć czy ją kochasz. Wiesz miłość, a zauroczenie to dwie różne rzeczy, które większość myli. Z zauroczenia szybko się wyleczysz gorzej z tym drugim. Z czasem kontakt się bam będzie urywał, w końcu oboje pewnie zapomnicie. Dobra rada poczytaj to forum to jest cała masa podobnych tematów o związkach na odległość. Sam oceń czy wam coś z tego wyjdzie. Ważnych decyzji nikt za Ciebie nie podejmie.
Mogę się z tobą podzielić co ja bym zrobił po prostu bym kropkę postawił i żył sobie dalej, poboli i przestanie.