Dziekuje za Twoja opinie.
Narazie powiedzialam,ze sprobuje, choc nie obiecuje ,ze cos z tego bedzie.
Bo wciaz boli i bardzo chcialabym zrozumiec,dlaczego.
Choc moze wiem?
niestety nie moge (a moze nie niestety?) powiedziec,ze bylam dobra i kochajaca zona, ze sie nie spodziewalam i ze nie mial prawa....
Gdyby on mnie traktowal tak jak ja jego, to bym odeszla. Jego wina lezy w tym,ze zamiast odejsc to poszukal pocieszenia w internecie.
Klocilam sie z nim, robilam mu awantury, wypominalam wszystko co nagorsze, wyzywalam sie na nim,codziennie mialam do niego o cos pretensje.O to,ze byl w pracy,o to ze w niej nie byl, o to,ze musze z nim ogladac filmy wieczorem a kolejnym razem,ze filmu ze mna obejrzec nie chce.I tak w kolko,dzien po dniu.Rano pretensje, w dzien pretensje, wieczorem pretensje.
Jest spokojnym czlowiekiem,przy klotni ' o nic' zdarzalo sie,ze wychodzil do innego pokoju,zeby sie uspokoic i nie klocic, szlam za nim z kolejna porcja pretensji....
Z dwa razy na tydzien slyszal ode mnie ze odchodze, ze wezmiemy rozwod,ze to nie ma sensu.
Czy moge powiedziec,ze sie nie spodziewalam i,ze mogl odejsc lub powiedziec mi,ze jest ze i jesli sie nie zmieni to bedzie szukal w necie pocieszenia? mowil.... od dluzszego czasu prosil,zebym sie z nim tyle nie klocila,ze mecza go ciagle pretensje z mojej strony.Ze kocha,zalezy u na mnie ale nie ma juz sily.Potem mowil w zlosci,czy klotni,ze jesli wciaz go bede trula i klocila sie z nim to nie bedzie dobrze,ze zobacze ze i on potrafi byc niemily,ze w koncu tego nie wytrzyma...
Wiec czy moge powiedziec,ze nie wiedziaam,ze tak to sie skonczy?nie moge. wiedzialam choc chcialam wierzyc ze on wszystko przetrzyma.
Dla dzieci jest wspanialy, o mnie dba.
Zadnej z 'kolezanek' nigdy nie napisal,ze mu na niej zalezy czy ze kocha. nigdy nie napisal,ze odejdzie od zony lub ze mnie nie kocha.jedyne co raz napisal to to ,ze go czesto mecze psychicznie i juz nie daje rady.
Wiec czy widzac swoja wine, widzac,ze to nie tylko on rozwalal nasze malzenstwo, moge tak po prostu odejsc i nie dac nam szansy?
Kocham i jestem kochana.Zrobil swinstwo.
Wczoraj zapytalam go o to co jedna z was wyzej napisala.Czy to ma byc tak,ze jestem jedyna jak jest dobrze,a jak nie to bedzie dalej robil to co robil.
Powiedzial,ze to nie tak.Ze bylam i bede ta jedyna,ze tylko mnie kocha i ze mna chce byc.Wie,ze beda gorsze chwile, klotnie.I ze oczekuje tylko tego,zeby te klotnie nie byly tak czesto jak dotchczas,czyli codziennie.Zeby mogl miec troche spokoju w domu.
Nie oczekuje (i nigdy nie oczekiwal),ze w domu bedzie blyszczalo,obiad na stole i uprane i uprasowane gacie.
Nie ma obiadu?zje kanapki.Nie uprane,wrzuci sam.itp.
Z jego strony bylo to swinstwo,ale czy ja w takiej sytuacji postapilabym inaczej?
jestem bardzo wybuchowa osoba, dzialam pod wplywem impulsu....
on twierdzi,ze zdrady nie uznaje (ma powody do tego) ja tez nie.Problem tkwi w tym,ze on nie uwaza tego za zdrade.... uwaza,ze skoro nic go nie laczylo, nie spotkal sie, nie dotknal nie pocalowal to nie byla zdrada.
Choc rozumie teraz,ze ja uwazam inaczej, ze zrobil zle i mnie bardzo zranil.
Nie uwazam ,ze jest niewinny,ze to bylo dobre. Ale wiem,ze ja mialam w to swoj wklad. Nie bylam dobr zona, partnerka.
Od dawna nie trakowalam go tak,jak powinnam traktowac kogos kogo kocham. Ale nie myslalam nad tym, dopoki prawie tego nie stracilam.
Wiec moze ktos to uznac jako bronienie kogos kto nie byl w porzadku. A ja po prostu chcialam napisac,ze to nie jest tak,ze bylo ok ,a on potrzebowal zabawy.Bylo zle, bardzo zle. Sm twierdzl (jeszcze przed tym co sie stalo),ze od nikogo nigdy nie uslyszal tylu przykrych slow.
Wiec tak, probuje ,odudowac to ,co razem zniszylismy.Wiem,ze mam podstawy na ktorych moge to zrobic.Czy sie uda? nie mam pojecia, nie wiem co bedzie.Wiem,ze oboje chcemy dac sobie szanse i oboje obiecujemy starac sie o to,zeby bylo dobrze.
Wiem,ze moze za jakis czas napisze,ze to byl blad,ze nic z tego nie wyszlo.Ale jesli nie sprobuje to wiem,ze do konca zycia bede zalowac ,ze nie dalam szansy i do konca zycia bede sie zastanawiac 'co by bylo gdyby...'
I szczerze mowiac,nie wiem komu bardziej nie ufam, jem czy sobie.Bo znajac siebie nie wiem czy potrafie dac mu ten spokoj, zycie bez ciaglych awantur i pretensji o byle g..... wiem,ze jesli cos z tego ma byc to ooje musimy pewne rzeczy zmienic i bardzo bardzo sie starac.