Witam wszystkie kobiety,
Dawno już nie pisałam, trochę się u mnie pozmieniało. Przeprowadziłam się, podjęłam pracę, która gwarantuje rozwój więc z tego jestem bardzo zadowolona. Ale oczywiście jest inny problem, problem - nie problem, nazwijcie to jak chcecie.
Idąc dalej przez życie kieruje się wciąż tymi samymi stereotypami i nie potrafię tego zmienić. Wszystko wymierzone jest w moją własną osobę. Zawsze miałam bardzo niskie poczucie wartości i tracę wiarę kiedy wszystko tak sobie w głowie odnawiam.
1. Dotyczą mojego wyglądu: mam 163 cm i jestem filigranowa - nienawidzę siebie za to. Co spotkam artykuł w gazecie, internecie faceci wypisują, że lubią prawdziwe kobiety o pełnych kształtach. Ja jestem samotna, załamuje mnie fakt .że zawsze byłam szczupła i doprowadza mnie to do płaczu. Nienawidzę patrzeć w lustro bo widzę siebie wciąż taką samą: małą, nieokazałą, mój własny ideał pięknej koiety jest zupełnie inny: wysoka z kształtami. W towarzystwie jestem zupełnie niepewna. Mam też takiego kolegę w pracy który wypomina mi to ze jestem szczupla. Ja w duchu przyznaje mu racje i wracam do domu zdolowana. Nie znosze byc sama bo wtedy przychodza najgorsze mysli. Siostra odmawia mi juz pomocy bo mysli ze nie potrafi mi pomoc. Kazdego dnia koncze napadami placzu, jakiejs skrajnej zalamki. Ogladam sie w lustrze 1000 razy czy czasem nie schudlam kazdego dnia. Wczesniej tak nie mialam, ale ostatnio juz nie wyrabiam sama ze soboa. Nie wiem co sie zmienilo. Co zmienilo sie we mnie, ze czasem marze zeby odpoczac od samej siebie. Zaden facet na mnie nie spojrzy. Zaden facet nie pojdzie ze mna do lozka. Bede coraz starsza brzydsza i coraz chudsza. Czasami nawet myslalm zeby skonczyc z tym wszystkim, jesli wiecie o czym mowie...
2. Dotyczy mojej sfeery materialnej: rodizna srednio-zamozna z naciskiem na srednio. Nie stac mnie na wiele rzeczy a tak sie jakos zrodzilo ze wsrod znajomych mam tych bogqatszych, i ciagnie sie to juz od samego gimanzjum, przez liceum studia, nawet teraz kiedy pracuje sa mlodsi i moznniejsi ode mnie. Wielkie pietno odcisnelo sie na mnie przez moja pierwsza milosc w liceum, gdzie on bl bardzo bogaty a ja raczej biedna. Mowil ze mnie kocha ja oczywiscie wierzylam ale wstyd mu bylo sie ze mna pokazywac to takie wielkie nic twalo lata jeszcze nawet na studiach. Bylam w nim zakochana, kochalam go miloscia prawdziwa on jest raczej jak juz teraz wiem typem zaklamanym i obrzydliwym, jakby jednak nie patrzec odbilo sie to echem na mojej zanizanej przeze mnie wartosci. Glupie to musialam byc wielka naiwniara, no coz przyznaje bylam nia, bo to uczucie ktorym darzylam jego sprawialo ze chcialo mi sie zyc. Nie dodalam ze jeszcze w liceum zostawil mnie dla bogatej bardzo wysokeij blondyny - okazalej. Niszczy mnie to do teraz.
Liceum dawno minelo a ja caly czas zyje tym samym. Poznaje kolejnego faceta i jak nie przyczepiam sie do wlasnej sfery finansowej ze cos jest nie tak, ze do neigo nie pasuje, to przyczepiam sie do wlasnego wygladu.
Dziewczyny blagam pomozcie jakos. Czy ja juz kwalifikuije sie na psychologa? To ciagnie sie latami, ale ostatni osie nasilio, jestem nerwowa, trzaskam drzwiami, wyzywam jestem agresywna mam pretensje do calego swiata. nIE wierze ze w zyciu moge cos osiagnąc bo nawet nic za bardzo ku temu nie robie oprocz od odpekania 8 godz w pracy za marne 2000. Caly czas mam obazy z przeszlosci, nawiedzaja mnie jak duchy, jestem ciekwawa co robi moja dawna milosc pewnie jest juz obrzydliwie bogaty i ma piekna dziewczyne. A ja szara mycha - nic sie nie zmienilo. Boje sie zycia.Boje sie samej siebie. Boje sie samotnosci i bycia nieszczesliwa.
Pomożcie.