Dlaczego kochamy mimo, że wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to że nie powinniśmy?
Mam lekki mętlik w głowie i nie potrafię sobie tego poukładać. Czy kochamy za coś, czy mimo wszystko?
Sam zadaje sobie to pytanie i nie moge znalezc odpowiedzi. Miłość jest jak odruch bezwarunkowy i niestety ślepa. Przynosi tyle samo radości jak i bólu. Trzeba to samemu przeżyć żeby zrozumieć niestety.
Czy kochamy za coś, czy mimo wszystko?
Jakbyśmy kochali za coś to wystarczyłoby to coś zabrać i byłoby "po ptokach".
Nie ma tak dobrze. Miłość jest bezwarunkowa i głupia...bo nie poddaje się racjonalizmowi i rozumowi. W końcu to emocje... Dlatego NIE ZNIKA - nawet gdy bardzo tego chcemy i cierpimy ![]()
No tak bezwarunkowa. Ale chyba nie wszystkim jest dana w takim samym wymiarze. Co z miłością tych którzy zdradzają?Co z miłością tych którzy biją swoich współmałżonków, znęcają się nad nimi psychicznie? Wielu twierdzi że mimo tego kochają. Biją i kochają, zdradzają i kochają. Która miłość jest prawdziwa ? Albo dlaczego niektórym przechodzi?
5 2011-01-08 14:57:18 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-01-08 14:57:41)
MIŁOŚĆ NIE RANI.
Tylko i aż tyle.
A wszystko, co nie "łapie się" na powyższe - MIŁOŚCIĄ NIE JEST.
I wtedy trzeba swoją miłość pożegnać. Zrobić pogrzeb, przeżyć żałobę. I otworzyć się na nowe. Lepsze nowe, oczywiście ![]()
Zakochanie nie jest tylko stanem emocjonalnym, ale także motywującym, waznym dla naszego przetrwania tak samo jak głód czy pragnienie, ponieważ skłania nas do tworzenia więzi. Wprawia nas w doskonale samopoczucie, zadowolenie, uśmiech, stan euforii, daje bliskość, czułość, oparcie, namietność. Tak jest na początku.Badacze stwierdzili ze ma to zwiazek z wydzielaniem dopaminy, neuroprzekaźnika mającego związek właśnie z przezywaniem przyjemności, działa on podobnie jak narkotyk i powoduje euforię - brak snu, brak apetytu, upojenie, zanik rzeczywistości i bujanie w chmurach, znamy to chyba wszyscy? Oprócz dopaminy wydzielają się w mózgu tez 2 inne substancje: PEA - naturalna amfetamina podnosząca nastrój oraz noradrenalina która odpowiada za podwyzszone cisnienie krwi, przyspieszone bicie serca, pocenie się dłoni i nieustanne myslenie o ukochanej osobie. Możecie się ze mną zgodzic albo nie ale to co uważamy za przypływ miłości jest tak naprawdę rezultatem działania chemicznego koktajlu, podobnego w skutkach do działania narkotyków. W kazdym razie jeżeli zakochujemy się z wzajemnością niech sobie ta hustawka hormonów trwa jak najdłużej,bo tylko wtedy nie widzimy wad naszego partnera.Analizując to dalej gdybysmy nie byli w tak miłosnym zaślepieniu i patrzyli na siebie realistycznie, to większość związków nie wytrzymałaby nawet miesiąca. Kiedy nam ten stan przechodzi, czesto zastanawiamy się co ja w nim czy w niej tak naprawdę widziałam/em.
Zakochanie nie jest tylko stanem emocjonalnym, ale także motywującym, waznym dla naszego przetrwania tak samo jak głód czy pragnienie, ponieważ skłania nas do tworzenia więzi. Wprawia nas w doskonale samopoczucie, zadowolenie, uśmiech, stan euforii, daje bliskość, czułość, oparcie, namietność. Tak jest na początku.Badacze stwierdzili ze ma to zwiazek z wydzielaniem dopaminy, neuroprzekaźnika mającego związek właśnie z przezywaniem przyjemności, działa on podobnie jak narkotyk i powoduje euforię - brak snu, brak apetytu, upojenie, zanik rzeczywistości i bujanie w chmurach, znamy to chyba wszyscy? Oprócz dopaminy wydzielają się w mózgu tez 2 inne substancje: PEA - naturalna amfetamina podnosząca nastrój oraz noradrenalina która odpowiada za podwyzszone cisnienie krwi, przyspieszone bicie serca, pocenie się dłoni i nieustanne myslenie o ukochanej osobie. Możecie się ze mną zgodzic albo nie ale to co uważamy za przypływ miłości jest tak naprawdę rezultatem działania chemicznego koktajlu, podobnego w skutkach do działania narkotyków. W kazdym razie jeżeli zakochujemy się z wzajemnością niech sobie ta hustawka hormonów trwa jak najdłużej,bo tylko wtedy nie widzimy wad naszego partnera.Analizując to dalej gdybysmy nie byli w tak miłosnym zaślepieniu i patrzyli na siebie realistycznie, to większość związków nie wytrzymałaby nawet miesiąca. Kiedy nam ten stan przechodzi, czesto zastanawiamy się co ja w nim czy w niej tak naprawdę widziałam/em.
Sama prawda - to po prostu chemiczny haj. Stąd te "różowe okulary". A potem płacz i zgrzytanie zębów.
Dokładnie, przeczytałam jeszcze bardzo ciekawą rzecz o której nie wiedziałam. W trakcie orgazmu mózgi i kobiety i męzczyzny uwalniają podobne ilości oksytocyny (stymuluje pożadanie seksualne ) do krwiobiegu i tak jak u kobiety estrogen w jej krwi zwieksza efekty działania oksytycyny i po stosunku kobieta pragnie dalej umocnienia więzi z facetem przez przytulenie, głaskanie i rozmowy. U męzczyzn jest inaczej - testosteron w jego krwi, którego poziom wzrósł na skutek działalnosci seksualnej, teraz pod wpływem oksytocyny spada i męzczyzna bezpośrednio po stosunku jest senny, nie ma ochoty na długie przytulanie czy rozmowy, najchetniej by coś zjadł lub siegnał po pilota. Uwazam ze to bardzo ciekawe, bo ze swoim byłym ciagle sie o to kłóciłam a teraz na przyszłość wiem he he.
maxi napisał/a:Zakochanie nie jest tylko stanem emocjonalnym, ale także motywującym, waznym dla naszego przetrwania (...) gdybysmy nie byli w tak miłosnym zaślepieniu i patrzyli na siebie realistycznie, to większość związków nie wytrzymałaby nawet miesiąca. Kiedy nam ten stan przechodzi, czesto zastanawiamy się co ja w nim czy w niej tak naprawdę widziałam/em.
Sama prawda - to po prostu chemiczny haj. Stąd te "różowe okulary". A potem płacz i zgrzytanie zębów.
Pan Lew Starowicz w "pytaniu na śniadanie" bodajże przedwczoraj mówił, że taki stan trwa średnio 2 lata i w tym okresie lepiej nie budować trwałych fundamentów przyszłości. Dopiero po tym czasie spadają nam okularki z nosa i możemy z powrotem patrzeć trzeźwo na świat. ![]()
10 2011-01-08 18:31:57 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2011-01-08 18:42:56)
Maxi a co z chorymi na Parkinsona? U nich wydzielanie dopaminy jest zaburzone. W miarę rozwoju choroby produkcja dopaminy zanika, a nie ma leków które uzupełniają jej niedobór. Czy Ci ludzie nie potrafią kochać ? Na Parkinsona choruje 1 na 100 osób na świecie. Jeżeli sprowadzimy miłość do koktajlu chemicznego to by znaczyło że 1 na 100 osób na świecie nie potrafi kochać albo jej miłość jest mniejsza niż zdrowych osób. Poza tym wydaje mi się że reakcje chemiczne o których napisałaś są następstwem zakochania a nie przyczyną.
Niekochana masz rację miłość nie rani. Ale czasem się zdarza że obdarza nas miłością chory człowiek.
Człowiek który ma zaburzoną osobowość i nie zdaje sobie do końca z tego sprawy. Czy jego miłość jest mniejsza? Na pewno jest zaburzona tak samo jak kochający, ale czy jesteśmy w stanie zmierzyć jej siłę ? A co jak chory podejmie leczenie? Zostawić , otworzyć się na nowe lepsze?
A może to lepsze wyleczone opuścimy i nie znajdziemy innej miłości?
Maxi a co z chorymi na Parkinsona? U nich wydzielanie dopaminy jest zaburzone. W miarę rozwoju choroby produkcja dopaminy zanika, a nie ma leków które uzupełniają jej niedobór. Czy Ci ludzie nie potrafią kochać ? Na Parkinsona choruje 1 na 100 osób na świecie. Jeżeli sprowadzimy miłość do koktajlu chemicznego to by znaczyło że 1 na 100 osób na świecie nie potrafi kochać albo jej miłość jest mniejsza niż zdrowych osób. Poza tym wydaje mi się że reakcje chemiczne o których napisałaś są następstwem zakochania a nie przyczyną.
Kachna, nie mylmy dwóch pojęć - zakochania i miłości. To nie to samo.
Niekochana odpowiadałam na past maxi w którym pisała o reakcjach zachodzących podczas zakochania. A wiemy że najpierw się zakochujemy a potem przychodzi miłośc.
To może tak. Czy chorzy na parkinsona nie znają uczucia zakochania, lub jest ono słabsze niż u zdrowych?
Niekochana odpowiadałam na past maxi w którym pisała o reakcjach zachodzących podczas zakochania. A wiemy że najpierw się zakochujemy a potem przychodzi miłośc.
Oj, kochana i tu się mylisz. Niektórzy nigdy nie przechodzą do drugiego etapu.
Dla nich to już za trudne.
Odnośnie parkinsona i dopaminy - nie mam pojęcia. Ale dopamina odpowiada za wiele "rzeczy" może warto się dowiedzieć, czy one wszystkie szwankują u tych chorych?
Dopamina powoduje, że stajemy się mili, czuli, uprzejmi, romantyczni i szczęśliwi. Gdy nie mamy dopaminy wtedy robimy wrażenie osób szorstkich w obejściu, nieczułych i sztywnych, co ma też związek z chorobą Parkinsona. Wykazano, że jest to również choroba z autoagresji, gdzie pewne czynniki powodują, że nagle zmienia się program w genach , które zamiast chronić komórki mózgowe wytwarzające dopaminę, teraz je atakują. Badacze stwierdzili, że kiedy często się denerwujemy, zawsze upieramy się przy swoim zdaniu, kłócimy się, narzekamy, krytykujemy, jesteśmy nieuprzejmi i despotyczni w stosunku do innych, wówczas geny w komórkach mózgowych, zajmujące się wytwarzaniem dopaminy, czują się niepotrzebne, więc limfocyty ?dochodzą do wniosku?, że należy zniszczyć to, co jest nieużyteczne i zaczynają atakować komórki, które powinny wytwarzać dopaminę tak, że teraz organizm w ogóle nie produkuje tego hormonu, wywołując w ten sposób objawy choroby Parkinsona. Brak dopaminy sprawia, że ta sztywność, napięcie, surowość i despotyzm zostają jakby utrwalone, gdyż teraz chory już na zawsze pozbawiony jest zdolności do tego, czego długo nie chciał okazywać - uśmiechu, romantyzmu czy uprzejmości, jego mięśnie stale są napięte i nie jest w stanie uśmiechać się, gdyż z powodu braku dopaminy mięśnie twarzy są ciągle sztywne i pojawia się charakterystyczne drżenie i sztywność. Czy w takim stanie kocha? Nie wiem.
Wiem jednak, że najlepszym środkiem zapobiegającym tej chorobie jest uprzejmość, okazywanie miłości, radość, uśmiech, ustępliwość i romantyzm, gdyż wtedy, komórki mózgowe wytwarzające dopaminę stale będą wytwarzać ten hormon i nigdy limfocyty nie dojdą do wniosku, że te komórki nie są potrzebne.
Czytałam, że dla osób chorych na tą chorobę, najbardziej wskazana jest dieta wyłącznie roślinna, bez nabiału ani żadnych zwierzęcych produktów, nie powinno się spożywać najmniejszych ilości słodyczy, napojów słodzonych, serów żółtych, ciast itp. i oczywiście w żadnym wypadku nie można stosować najmniejszych ilości używek, włącznie z kawą, alkoholem, herbatą, czekoladą czy napojami typu cola.
cyt. "Wykazano niski potencjał przyłączania się dopaminy do receptorów D2 u osób cierpiących na fobię społeczną. Uczeni spekulują na temat prawdopodobnej patologicznie niższej aktywności układu dopaminergicznego wobec aktywności układu współczulnego u socjofobików"
16 2011-01-08 19:10:25 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-01-08 19:18:57)
Maxi a co z chorymi na Parkinsona? U nich wydzielanie dopaminy jest zaburzone. W miarę rozwoju choroby produkcja dopaminy zanika, a nie ma leków które uzupełniają jej niedobór. Czy Ci ludzie nie potrafią kochać ? Na Parkinsona choruje 1 na 100 osób na świecie. Jeżeli sprowadzimy miłość do koktajlu chemicznego to by znaczyło że 1 na 100 osób na świecie nie potrafi kochać albo jej miłość jest mniejsza niż zdrowych osób. Poza tym wydaje mi się że reakcje chemiczne o których napisałaś są następstwem zakochania a nie przyczyną.
Niekochana masz rację miłość nie rani. Ale czasem się zdarza że obdarza nas miłością chory człowiek.
Człowiek który ma zaburzoną osobowość i nie zdaje sobie do końca z tego sprawy. Czy jego miłość jest mniejsza? Na pewno jest zaburzona tak samo jak kochający, ale czy jesteśmy w stanie zmierzyć jej siłę ? A co jak chory podejmie leczenie? Zostawić , otworzyć się na nowe lepsze?
A może to lepsze wyleczone opuścimy i nie znajdziemy innej miłości?
Kachna: "Dopamina jest także stosowana jako lek, w postaci kroplówek, w zapobieganiu ostrej niewydolności nerek (zwiększa perfuzję nerkową), a w większych dawkach podwyższa ciśnienia tętnicze i działa dodatnio na siłę skurczu mięśnia sercowego i z tego względu jest stosowana we wstrząsie septycznym, kardiogennym, pourazowym, po operacjach kardiochirurgicznych oraz w zaostrzeniu przewlekłej niewydolności krążenia. Na układ krążenia działa w sposób złożony. Przez swoiste receptory D1 już w małych dawkach rozszerza naczynia (głównie nerkowe - korzystny efekt w leczeniu wstrząsu hipowolemicznego i kardiogennego). W większych dawkach działa przez receptory ?-1-adrenergiczne na czynność serca. Największe dawki (powyżej 10 ?g/kg m.c./min.) pobudza receptory ?-1-adrenergiczne prowadząc do skurczu naczyń krwionośnych i zwiększenia oporów obwodowych. Dożylnie najczęściej stosuje się dopaminę w leczeniu niektórych postaci i faz wstrząsów w dawce 2-5 ?g/kg m.c./min. Nie przekracza bariery krew-mózg, dlatego nie można wywołać uczucia euforii poprzez bezpośrednie podanie dopaminy (głównie dlatego w parkinsonizmie stosuje się L-dopę)"
Kachna, czy uważasz, że w imię zaspokojenia miłości chorego jego partner/ka ma poświęcić swoje życie? Dlaczego?
I nie uważam, że jego miłość jest mniejsza. Na pewno jest CHORA - i jeśli to rani partnera - wybór jest prosty.
Czy uważasz, że można mówić o miłości, jeśli wiąże się ona z cierpieniem drugiego człowieka? Czy Ty tak byś zrobiła? Czy powiedziałabyś - CIERP, BO JA CIĘ KOCHAM? TO JEST NAJWAŻNIEJSZE?
I dzieciom też tak powiesz? Cierpicie, bo tatuś kocha mamusię chorą miłością?
A może to lepsze wyleczone opuścimy i nie znajdziemy innej miłości?
Czy tego właśnie się najbardziej boisz? Że już nikt Cie nie pokocha?
Wiesz, mnie nie spędza to snu z powiek - mam córkę, która mnie kocha i SAMA SIEBIE KOCHAM. ![]()
Kachna66,
miłość czy jest, czy nie zależy tylko od Ciebie. Pytanie tylko: jaka? Do kogo? Po co? Jeśli nie ma odpowiedniego partnera, lepiej naprawdę poprzestać na kochaniu dzieci, siebie, całym poranionym sercem. Ja miałam dylemat z chorym facetem. Czy wypada wymagać od kogoś nie do końca poczytalnego? Na ile dać się upodlić z powodu słabości umysłu upodlającego? Czy ludzkim jest traktować go jak człowieka (normalnego), czyli oczekiwać... Tego, że zrozumie, że się czasem pochyli, że ( o Boże, ale ja wymagająca jestem) doceni czasem? Na roztrząsaniu tego problemu zeszło mi naprawdę dużo czasu. Ostatecznie okazałam się świnią. Nie przytuliłam, nie wybaczyłam (tysięczny byłby to pewnie raz), nie chciałam. Byłam pewna, jakąś niesamowitą pewnością, że jeśli teraz zaufam, to już jestem oszukana. Od razu, automatycznie. I miałam rację, ale uniknęłam kolejnej porażki. Mam wrażenie, jakbym uciekła przed lawiną, albo nie wsiadła do samolotu, który rozbił się po starcie.
Ja walczyłam przez kilka miesięcy - można powiedzieć niedługo - ale wystarczająco, żeby poczuć: ALBO ON ALBO JA. Bo to jest jak bagno. Wciąga coraz głębiej.
On nie chce się leczyć - cóż więc mogę zrobić? NIC, zrozumiałam, że już nie mam na nic wpływu.
Kachna, a Ty? Czy już to zrozumiałaś? Że już nic nie zależy od Ciebie? Że jesteś NIEWAŻNA dla niego? Że jego zajmują inne sprawy - ważniejsze niż Ty?
Wiem, że to bolesne, ale taka jest prawda. Ja, marynarka, Ty i wiele, wiele innych kobiet - stałyśmy się NIEWAŻNE dla tych, których kochałyśmy. Oni nas nie kochają - kochają siebie, ponad wszystko.
Niektóre z nas powiedziały KONIEC. Koniec upokorzeń, maltretowania, zdradzania w imię CHOREJ MIŁOŚCI.
Spójrzmy prawdzie w oczy: nałóg (jakikolwiek) jest ich MIŁOŚCIĄ, ich BOŻKIEM. A oni najwierniejszymi z wiernych wyznawców.
Zapytaj siebie: ile procent z tego, co Ty zrobiłaś dla niego - on zrobił dla Ciebie?
To jest złożony problem, z tymi nałogami. Bo jeśli to choroba, to jak byś powiedziała: won umierającemu na raka. Jeśli słabość, to też trzeba by pomóc. Ale ja myślę, że to skrajny egoizm i cynizm ubrany w psychologiczne brednie. Bo ten mój "chory", czy słaby jegomość był jednocześnie tak przebiegły, sprytny, konsekwentny w realizacji swojej "słabości", a tak bezsilny w życiowych kwestiach. Więc siła i wola była, tylko szła w niedobrym kierunku. Pokazywanie właściwego kursu nie przynosiło efektów. Ale, jak ktoś się uprze, to właściwie wykopałam z domu chorego człowieka. On tak uważa. Ja uważam, że wywaliłam z domu podłego alkoholika, egoistę i łajdaka. Jedna sprawa, dwie opinie. Samo życie.
20 2011-01-08 21:17:51 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-01-08 21:18:22)
Już toczyła się zażarta dyskusja na ten temat. Nie ma co porównywać - nałogi są chorobą, ale niejako "na żądanie".
Ehh.. ja w imię walki o chorego psychicznie przez kilka miesięcy dawałam się upodlić, niszczyć psychicznie. Naprawdę byłam o krok od szaleństwa. Dlatego wybrałam siebie i córkę. A właściwie, to on wybrał siebie.
Pilnowałam, odsuwałam wszelkie powody do zdenerwowania, chuchałam, dmuchałam - i NIC. On nie chce. No więc trudno.
Psychiatra powiedziała: zrobiła Pani, co mogła. To wolny człowiek - może zrobić ze swoim życiem, co chce. Pani ma chronić siebie i dziecko. To jest najważniejsze.
A tak w ogóle zastanawia mnie jeszcze jedno: dlaczego mówimy o miłości w kontekście trwania u czyjegoś boku? Przecież można odejść i kochać do końca życia. Można nawet w imię tej miłości pozostać mu wiernym do końca życia. Któż broni?
Dlaczego ciągle wiąże się miłość z tym okropnym słowem POŚWIĘCENIE?
Niekochana,
tu w ogóle wątki tak się rozwijają, że powinny nazywać się inaczej. Bo przecież "Dlaczego zdradzani są głupi" poszedł w takim kierunku, że powinien mieć tytuł "dlaczego zdradzani są mądrzy" albo "dlaczego zdradzający są głupi". Prawda?
Miłość, poświęcenie, trwanie, zobowiązanie... Jeden melanż, jak zwał, tak zwał. Wydaje mi się, że my tu głowy ratujemy. To znaczy porządek w tych naszych głowach. Bo serca... Gdzieś może są, ale trzeba by poszukać. Intensywnie poszukać
Niekochana,
tu w ogóle wątki tak się rozwijają, że powinny nazywać się inaczej. Bo przecież "Dlaczego zdradzani są głupi" poszedł w takim kierunku, że powinien mieć tytuł "dlaczego zdradzani są mądrzy" albo "dlaczego zdradzający są głupi". Prawda?
Miłość, poświęcenie, trwanie, zobowiązanie... Jeden melanż, jak zwał, tak zwał. Wydaje mi się, że my tu głowy ratujemy. To znaczy porządek w tych naszych głowach. Bo serca... Gdzieś może są, ale trzeba by poszukać. Intensywnie poszukać
Tak, ja już gdzieś pisałam - nigdy w życiu tyle o sobie nie myślałam, co teraz. Tak głęboko, szczerze i ciepło jednocześnie.
Tak wątki się rozwijają - tak jak my. Ja bardzo korzystam z wypowiedzi innych ludzi - widzę, co już przewalczyłam, a co jeszcze przede mną. I staram się pomagać tym, które dopiero na początku drogi. Też tam byłam - leżałam i skowyczałam. I otrzymałam pomoc- nigdy tego nie zapomnę.
23 2011-01-09 05:05:51 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2011-01-09 05:19:14)
Maxi masz rację co do działania dopaminy, podaje ją się w różnych schorzeniach. Nie mam informacji co do objawów o których piszesz w przypadku braku dopaminy. Ale na pewno nie ma to nic wspólnego z chorobą parkinsona. Nie jest prawdą to co piszesz o zachowaniach typowych dla parkinsoników.
Najlepszym przykładem jest Jan Paweł II. Można o nim powiedzieć wiele, ale nikt chyba nie powie;
" często się denerwujemy, zawsze upieramy się przy swoim zdaniu, kłócimy się, narzekamy, krytykujemy, jesteśmy nieuprzejmi i despotyczni w stosunku do innych"
lub "Brak dopaminy sprawia, że ta sztywność, napięcie, surowość i despotyzm zostają jakby utrwalone, gdyż teraz chory już na zawsze pozbawiony jest zdolności do tego, czego długo nie chciał okazywać - uśmiechu, romantyzmu czy uprzejmości, jego mięśnie stale są napięte i nie jest w stanie uśmiechać się, gdyż z powodu braku dopaminy mięśnie twarzy są ciągle sztywne i pojawia się charakterystyczne drżenie i sztywność. Czy w takim stanie kocha? Nie wiem.'
Parkinsonicy mają tyle samo radości , miłości i dobrych uczuć w sobie co inni ludzie. W późniejszym stadium choroby nie potrafią się uśmiechać ze względu na sztywność mięśni, ale wewnątrz jest w nich uśmiech. Przypomnijmy sobie Jana Pawła II jak w Wadowicach opowiadał o kremówkach. Widoczna była sztywność mięśni twarzy, ale czy się nie uśmiechał?
A przecież wiemy że właśnie brak dopaminy spowodował u naszego Papieża sztywność mięśni krtani, konieczność wykonania tracheostomii. Choroba parkinsona jest nieuleczalna, ale nie śmiertelna. Można umrzeć na powikłania wynikające z tej choroby ,ale sama w sobie nie zabija. Można z nią żyć długie lata będąc aktywnym zawodowo i sprawnym fizycznie.
Grymas jakoby złości pojawia się naprawdę późno i jest spowodowany sztywnością mięśni, a nie cechami charakteru.
"Choroba Parkinsona - powoli postępująca, samoistna, zwyrodnieniowa choroba ośrodkowego układu nerwowego. Choroba Parkinsona to schorzenie ludzi w starszym wieku, którego przyczyną są zmiany zwyrodnieniowe w układzie nerwowym, a szczególnie w obszarze mózgu zawiadującym aparatem ruchu. " Choć jest to choroba wieku starczego to u ok 10 % chorych rozpoczyna się przed 40 rokiem życia.Tak naprawdę nie do końca wiadomo skąd się bierze, wiadomo że często jest dziedziczna, genetyczna, mówi się że pourazowa i po zatruciach.Ale tak naprawdę nie wiadomo wiele o etiologii.
Niekochana ten artykuł który przytoczyłaś jest bardzo dobry ale choroby parkinsona dotyczy tylko ostatnie zdanie "Dopamina nie przekracza bariery krew-mózg, dlatego nie można wywołać uczucia euforii poprzez bezpośrednie podanie dopaminy (głównie dlatego w parkinsonizmie stosuje się L-dopę)"
Co znaczy że dopamina podana dożylnie czy doustnie nie potrafi dojść do uszkodzonego ośrodka w mózgu.Gdyby ktoś znalazł sposób na przekroczenie bariery krew-mózg to mamy nowego Noblistę ![]()
Dlatego w ch. parkinsona nie podaje się dopaminy. L-dopa najkrócej mówiąc niweluje objawy spowodowane brakiem dopaminy, ale niestety ma też działanie uboczne. L-dopa niestety nie powoduje że organizm zaczyna produkować dopaminę, poprawia tylko komfort życia chorych.
Zmniejsz sztywność i ból o którym mało się mówi ,a jest stałym towarzyszem tej choroby.
Co do diety o której pisze Maxi, to owszem są zalecenia przy tej chorobie. Nie będę tu jednak pisać jadłospisu. Ale Maxi nie masz racji ,mięso i sery czyli białko jest bardzo ważnym składnikiem diety w tej chorobie i absolutnie nie można go wykluczyć. Problem polega na tym że l-dopa źle się wchłania po zjedzeniu białka i trzeba go przyjmować częściej ale w małych ilościach i musi być co najmniej 2 godz odstępu od podania l-dopy. Mogłabym dużo jeszcze o tym pisać ,ale nie o tym jest ten wątek. Niekochana jesteś mądrą osóbką i pewnie Ci coś świta w główce
![]()
Co do właściwego tematu nie będę szczegółowo odpowiadać na wasze posty, bo są mniej więcej w jednym tonie. Niekochana pisze "Ja walczyłam przez kilka miesięcy - można powiedzieć niedługo - ale wystarczająco, żeby poczuć: ALBO ON ALBO JA. Bo to jest jak bagno. Wciąga coraz głębiej.
On nie chce się leczyć - cóż więc mogę zrobić? NIC, zrozumiałam, że już nie mam na nic wpływu.
Kachna, a Ty? Czy już to zrozumiałaś? Że już nic nie zależy od Ciebie? Że jesteś NIEWAŻNA dla niego? Że jego zajmują inne sprawy - ważniejsze niż Ty? '
Marynarka pisze "miłość czy jest, czy nie zależy tylko od Ciebie. Pytanie tylko: jaka? Do kogo? Po co? Jeśli nie ma odpowiedniego partnera, lepiej naprawdę poprzestać na kochaniu dzieci, siebie, całym poranionym sercem. Ja miałam dylemat z chorym facetem. Czy wypada wymagać od kogoś nie do końca poczytalnego? Na ile dać się upodlić z powodu słabości umysłu upodlającego? Czy ludzkim jest traktować go jak człowieka (normalnego), czyli oczekiwać... Tego, że zrozumie, że się czasem pochyli, że ( o Boże, ale ja wymagająca jestem) doceni czasem? Na roztrząsaniu tego problemu zeszło mi naprawdę dużo czasu. "
Dziewczyny jesteście kochane, wiem że chcecie mojego dobra, nie chcecie żebym więcej cierpiała.
Dziękuję wam za to. Ale to nie rozwiązuje moich dylematów.Dlatego odkryję przed wami sporą część mojej prywatności i proszę oceńcie i powiedzcie mi co o tym myślicie?
Miałam ponad 20 lat cudownego męża, nigdy mi nie ubliżył, o biciu, czy znęcaniu psychicznym nie wspomnę, bo tego nie znałam. Nigdy nie usłyszałam Ty.......epitet. Zawsze słyszałam, że jestem najwspanialsza, najcudowniejsza, jedyna, nigdy nie słyszałam,że robię coś źle. Jak Mu się zdarzało zdenerwować a nie miał racji zawsze przepraszał. Jak nie posprzątałam czy nie ugotowałam obiadu, bez względu na to czy nie zdążyłam , czy byłam na kawie u koleżanki czy też najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało, to nie było problemu. Przychodził z pracy i robił to sam. A że nie umie gotować to sobie kanapki zrobił i mi również. Jak miał wolne to nie siedział w fotelu przerzucając kanały na TV , tylko robił razem ze mną. Jeżeli chodzi o seks nigdy nie czułam się zaniedbana.
Otóż w połowie czerwca zeszłego roku dowiedziałam się że jest niedobrze, ale nie miałam pojęcia jak bardzo. Przez 4 miesiące szarpałam się prosiłam, groziłam odejściem robiłam wszystko żeby dowiedzieć się całej prawdy. Wręcz zmusiłam męża aby poszedł do psychologa i zaczął się leczyć. Już w lipcu wiedziałam że mam do czynienia z uzależnieniem. Przez te 4 miesiące cały czas mnie okłamywał, co chwila dowiadywałam się o czymś nowym. Opisałam to w moich pierwszych postach, i nie będę tego robić ponownie, bo nie chcę do tego wracać. Powiem że były to najgorsze 4 msc w moim życiu. Dlaczego nie odeszłam od razu? Ano nie bardzo wiem. Może dlatego że wiedziałam że to uzależnienie i chciałam mu pomóc? Nie potrafię tego wyjaśnić, ale nie potrafiłam Go wyrzucić , bo miałam dobrego męża. Mimo że wiedziałam że prowadził podwójne życie to nie potrafiłam. Musiałam dać sobie czas. Do mojego męża pomału dochodziła wiedza którą mu serwowałam.Końcem października powiedział mi o wszystkim o czym jeszcze nie wiedziałam.
Oczywiście pozamykał za sobą wszystkie sprawy które go łączyły z tamtym życiem. Pozamykał wszystkie konta gg i inne portale społecznościowe, dał mi hasła do wszystkich kont e-mail. Założył mi w komórce taką opcję dzięki której mogę w każdej chwili sprawdzić gdzie jest jego komórka, z którą się nie może rozstawać ze względu na charakter pracy. Dał mi dostęp do bilingów z jego komórki. Czyli przygotował mi plac żebym mogła spokojnie rozwijać swoje współuzależnienie
Oczywiście łyknęłam to jak świeże bułeczki. Nie mam o to do niego pretensji. Chciał mi pokazać, że jest uczciwy. Przez ten dostęp do wszystkich tych "cudowności" dochodziło do wielu spięć. Możecie się domyślać ile bólu sama sobie fundowałam. Ale że nie jestem w ciemię bita szybko wyniuchałam co w trawie piszczy.
Kolejny raz przeczytałam książkę "Koniec Współuzależnienia" i zaczęło docierać. Zaczęłam się "odrywać". I po kilku dniach doznałam szoku.
Im bardziej ja się odrywałam, tym większe On robił postępy. Dopiero wtedy widziałam że do niego zaczyna docierać jak żył. A wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Opisywałam już to więc nie będę wracać. Co mamy dzisiaj? Ano zacytuje Wam parę urywków z e-maili które dostaję regularnie od Niego. Przedstawię je według dat jak je otrzymywałam.
Kim jestem ? Jestem złym człowiekiem ! Z powodów oczywistych. Z
własnego wyboru stałem się kłamcą, zdrajcą, skurw*nem i człowiekiem
bez honoru. To jak postępowałem określa mnie jako człowieka. Nie
zasługuję na miłość, zaufanie, wierność, współczucie. Nie zasługuję w
swoich oczach na to aby w ogóle żyć. Po co komu taki ktoś jak ja ? Po
co żyć z kłamcą ? zdrajcą ? skurw*nem ? człowiekiem bez honoru ? To co
się wydarzyło tylko potwierdza moje słowa. To co się dzieje utwierdza
mnie w prawdziwości tych słów. To słowa którym nie można zaprzeczyć.
W swojej głupocie raniłem tych których pokochałem. Dopiero niedawno
zrozumiałem że raniłem również siebie. Że popełniłem zbrodnię.
Zbrodnię której nigdy sobie nie wybaczę. Zbrodnię którą może wybaczyć
mi Ktoś. Zabijam w sobie Potwora który niszczył wszystko. Zabijam go i
nie mam pewności czy uda mi się go pokonać. Jestem seksoholikiem ? i
co z tego ? Terapia i mocne postanowienie poprawy sprawią że będę
"normalny" ? Normalny Seksoholik ? Normalny już nigdy nie będę. Moje
zachowanie może być normalne. Ale ja ? Już nigdy nie będę normalny.
Czy mogę taki żyć ? Mogę, chcę, pragnę. Jak zwykle jest jakieś "ale".
Muszę mieć dla kogo żyć. Dla Ciebie chcę żyć, dla Ciebie pragnę żyć.
Dla siebie samego - nie mam po co żyć. Nie kocham się. Kocham Ciebie."
Tak pisał na początku drogi, a teraz przytoczę co napisał niedawno pod tym samym tytułem. Kim jestem?
Od kiedy pozostaję w trzeźwości, poznaję siebie na nowo. Odkrywam na
nowo tę stronę życia o której dawno już nie myślałem. Odkrywam miłość
i radość życia, odkrywam uśmiech Żony i spokój jaki we mnie zapanował.
Nie czuję niepokoju, nie czuję przymusu, żyję. Staram się żyć
pogodnie. W każdej chwili może mnie jednak dopaść potwór - czai się
przecież tylko - nie odszedł, nigdy nie odejdzie. Zakłamane życie
jakie prowadziłem było dla niego w sam raz - dobrze się w nim czuł.
Muszę się pilnować. Nie mogę kłamać. Nie mogę zakłamywać
rzeczywistości. Uczę się nazywać rzeczy i sprawy po imieniu. Idąc
ulicą mijam ludzi, mężczyzn i kobiety a nie potencjalnych rywali i
potencjalne partnerki. Uśmiechnęła się do mnie ? To nie znaczy że ma
na mnie ochotę !!!!!! Jest po prostu życzliwie usposobiona. Otwarłem komputer,
wyszukuję w necie materiałów o seksoholiźmie. Co znajduję ?
Oczywiście, coś tam jest, ale przy okazji dostaję kilka linków do
stron zawierających treści erotyczne. Pilnuję się. Nie klikam na
podejrzane adresy. Wiem które to są - jestem fachowcem. Wykorzystuję
swoją wiedze do tego aby się chronić. Przynajmniej tutaj mogę sobie
sam pomóc. A reszta ? Jak uchronić się przed sytuacjami potencjalnie
niebezpiecznymi. Muszę myśleć. Muszę być świadomy tego co się wokół
mnie dzieje. Muszę dostrzegać rzeczy których dotychczas nie
dostrzegałem. Muszę odpowiednio reagować. Program 12 kroków to nie
zabawka - to potężne narzędzie. Do ciągłego stosowania w każdej chwili
i w każdej sytuacji. I do końca życia !
Mam szczęście. Moja Żona jest cudowna. Dziś mogę z całą
odpowiedzialnością stwierdzić że uratowała mi życie - było ze mną
bardzo źle. Chorowałem, ciężko chorowałem. Dopiero od niedawna o tym
wiem. Nadal choruję. Jestem seksoholikiem. Trzeźwym seksoholikiem.
Muszę się pilnować. Muszę być świadomym otaczającego mnie świata. Bo
jestem seksoholikiem. Mam na imię ............. i jestem seksoholikiem. Mam
prawie dwa miesiące trzeźwości. Jestem na początku drogi. Rozglądam
się. Wiem że przede mną długa droga. Że wielu rzeczy muszę się
nauczyć. Że wiele spraw jest przede mną jeszcze ukrytych. Wierzę że je
odkryję. Chcę - dla siebie, dla Żony, dla dzieciaków. To co robiłem
przez ostatnie sześć lat zabijało mnie. Z każdym dniem było we mnie coraz mniej mnie samego.
Traciłem kontrolę nad tym co robiłem.
DOŚĆ. Znowu nadszedł mój czas. Chcę panować nad swoim życiem. Uczę się
więc. Słucham i słyszę. Popełniam błędy. Ale się uczę. I nauczę się.
Bo chcę.
Są to dwa urywki z prac które pisał na terapii. Ciekawe jak ocenicie różnice między nimi?
A teraz fragment listu do mnie :
Mój świat bez Ciebie byłby szary. Dziękuję Ci za to że jesteś. Dziękuję Ci za to że wciąż mogę być blisko Ciebie, patrzyć w Twoje cudowne oczy, dotykać Cię, czuć Twój zapach i ciepło, gdy wtulasz się we mnie nocą.
Moja miłość do Ciebie rośnie z każdym dniem. Czuję się tak jakbym poznał Cię zupełnie niedawno. Czuję jak miłość do Ciebie wypełnia mnie coraz bardziej. Mój świat runął. Odbudowuję go dzięki Tobie. Jesteś moim światłem i moją nadzieją. Pragnę być wciąż przy Tobie. Pragnę kochać, kochać, kochać Ciebie !!!
Oddaję Ci moje serce i moją duszę w każdej chwili, wciąż o Tobie myślę. Przytulam Cię do siebie, obejmuję i czuje szczęście. Tak - ............ moja ukochana. Gdy jesteś blisko mnie uszczęśliwiasz mnie samą swoją bliskością.
Kocham Cię .......... Kocham Cię Żono. Kocham Cię mój Kwiatuszku. Kocham Cię moje Słoneczko. Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię.
W takim tonie dostaję od niego listy, sms i słowa powtarzane kilka razy dziennie. Ale nie tylko słowa za nimi idą czyny (sprzątanie, prasowanie itp). Częste telefony, jak nie jesteśmy razem. liczy się z każdym moim słowem, wręcz wyprzedza moje zachcianki. Regularnie chodzi na terapię.
To jest w skrócie obraz mojego męża jaki widzę od 3 miesięcy.
Czy nadal uważacie że On się nie zmieni? Że za to jaki był nie powinnam mu dać szansy?
Że to nadal jest chora miłość?
Kachna66,
masz dwa wyjścia. Dać sobie spokój i nie żyć a duszą na ramieniu, że to wróci ( bo wiesz, że może). Albo zaufać i spróbować. Jeśli chcesz, wierzysz i nie boisz się - spróbuj. Ale czeka Cię życie w ciągłej czujności, będziesz podejrzliwa i nieufna. Będziesz się BAŁA. Już zawsze. Bo TO będzie wisiało nad Tobą. Daj Boże, nie wróci, ale strach będzie Ci towarzyszył. Zastanów się, czy to wytrzymasz?
Z drugiej strony, zawsze jest czas, żeby odejść, może Wam się uda?
Kachna66
Z tego co napisałaś jest w nim wola walki i chęć zmiany, tylko czy on się chce zmienić bo on tak chce i zrozumiał jak siebie i Ciebie ranił swoim zachowaniem, czy chce się zmienić dla Ciebie abyś inaczej go postrzegała, abyś od niego nie odeszła, abyś z nim była, bo się boi samotności, tego nie wiem. To co napisała marynarka jest ważne, bedziesz ciągle czujna, ciagle będziesz coś podejrzewała, ciągle bedziesz się bała czy to znowu zrobi, czy wytrwa? Praktycznie Twoje dalsze zycie to chodzenie po polu minowym, uda się czy nie? Zrobisz jak uważasz, nie wiem nawet jak ja bym zrobiła w takiej sytuacji, bo to bardzo, bardzo trudne.
Niekochana jesteś mądrą osóbką i pewnie Ci coś świta w główce
![]()
![]()
Mam wrażenie, że wiem. Napiszę tak: najważniejsze dla osoby chorej ( i nie mówię w tym momencie o uzależnionym) jest świadomość obecności osób, które będą wspierać. Także w tych najgorszych momentach - gdy świat się wali. Ja kilka lat temu (czekając na wyniki biopsji piersi) przekonałam się, że mój mąż takim człowiekiem nie jest. Przypomniałam sobie wtedy, z jakim niesmakiem patrzył na "amazonki". Na szczęście przyjaciółki i koleżanki nie zawiodły - one były moim prawdziwym wsparciem.
Kierowana właśnie tym uczuciem "konieczności wsparcia" wprost powiedziałam M.: "Wiem, że nie jesteś winny temu, że pojawiła się choroba - każdemu z nas to się mogło przytrafić. Ale musisz walczyć - dla siebie, dla mnie, dla całej naszej rodziny" I walczyłam z nim, a później przeciw niemu - bo nie chciał się leczyć. I stało się to, o czym często pisze Zazdrość - sprawy zaszły za daleko. Zbyt wiele zostało powiedziane i zrobione - on zniszczył naszą miłość. Pozostało to okropne uczuć - LITOŚĆ. Tak, jest mi już tylko go żal. Jak człowieka, z którym byłam związana przez 15 lat.
Jako gwoździk do trumny - niedawno dowiedziałam się, że M. opowiada "swoją historię na mój temat" naszym znajomym.
Na szczęście "nasi znajomi" to głównie moi znajomi, którzy znają mnie od lat.
Reasumując: walcząc z nałogiem czy inną dolegliwością partnera nie wolno nam zapomnieć o sobie. Bo jeśli nie będzie on wart zaufania i nie będzie nas naprawdę kochał - to co będzie, gdy nadejdzie czas próby?
Dziewczyny jesteście kochane, wiem że chcecie mojego dobra, nie chcecie żebym więcej cierpiała.
Dziękuję wam za to.
Bardzo Ci dziękuję, że to napisałaś. Wcześniej jak się spierałyśmy - miałam wrażenie, że myślisz, że chcę Ci "dokopać" - a to była ostatnia rzecz, która była moim celem. Rozumiałam Cię - wiem jak to jest, gdy cały człowiek jest "poobijany". Ktoś chce pomóc - chwyta Cię i auć... boli. Boli, bo wszędzie "siniaki". I ta myśl: po co ona mi to robi? Czy mało wycierpiałam?
Ale nie można przestać łapać - można poluzować uścisk - powiedzieć - jestem tu i czekam. Ale czekam do czasu - potem znów Tobą potrząsnę. I jeśli będziesz potrzebowała - pomogę i zaopiekuję się Tobą. Ja przez 20 początkowych lat nie miałam takiego wsparcia, teraz w mojej chorej sytuacji mam. I staram się pomóc innym.
Są to dwa urywki z prac które pisał na terapii. Ciekawe jak ocenicie różnice między nimi?
Nie na darmo jestem fanką 'Końca współuzależnienia" - przecież ten pierwszy list to jedna wielka manipulacja.
Takie zrzucenie odpowiedzialności na druga osobę.
Natomiast drugi list jest listem człowieka, który ZROZUMIAŁ: swoją winę i to, że on musi walczyć. To ma być jego walka.
Teraz tylko najważniejsze - czy ma na tyle siły, żeby wytrwać.
A teraz fragment listu do mnie :
Mój świat bez Ciebie byłby szary. Dziękuję Ci za to że jesteś. Dziękuję Ci za to że wciąż mogę być blisko Ciebie, patrzyć w Twoje cudowne oczy, dotykać Cię, czuć Twój zapach i ciepło, gdy wtulasz się we mnie nocą.Moja miłość do Ciebie rośnie z każdym dniem. Czuję się tak jakbym poznał Cię zupełnie niedawno. Czuję jak miłość do Ciebie wypełnia mnie coraz bardziej. Mój świat runął. Odbudowuję go dzięki Tobie. Jesteś moim światłem i moją nadzieją. Pragnę być wciąż przy Tobie. Pragnę kochać, kochać, kochać Ciebie !!!
Oddaję Ci moje serce i moją duszę w każdej chwili, wciąż o Tobie myślę. Przytulam Cię do siebie, obejmuję i czuje szczęście. Tak - ............ moja ukochana. Gdy jesteś blisko mnie uszczęśliwiasz mnie samą swoją bliskością.
Kocham Cię .......... Kocham Cię Żono. Kocham Cię mój Kwiatuszku. Kocham Cię moje Słoneczko. Kocham Cię, Kocham Cię, Kocham Cię.
W takim tonie dostaję od niego listy, sms i słowa powtarzane kilka razy dziennie. Ale nie tylko słowa za nimi idą czyny (sprzątanie, prasowanie itp). Częste telefony, jak nie jesteśmy razem. liczy się z każdym moim słowem, wręcz wyprzedza moje zachcianki. Regularnie chodzi na terapię.
To jest w skrócie obraz mojego męża jaki widzę od 3 miesięcy.
Czy nadal uważacie że On się nie zmieni? Że za to jaki był nie powinnam mu dać szansy?
Że to nadal jest chora miłość?
Przeczytałaś książeczkę, więc wiesz jakie jest ryzyko - "trzeźwiejący" gdy zrozumie ogrom wyrządzonych krzywd stara się to wynagrodzić. Stara się bardzo, aż może dojść do wniosku, że tak naprawdę nie jest w stanie wynagrodzić zła - i odchodzi. Odchodzi, bo nie jest w stanie żyć codziennie ze świadomością zła, które wyrządził.
Osobna sprawa (jak wspomniała marynarka) - czy Ty jesteś w stanie i czy CHCESZ żyć cały czas w niepewności i uczuciu strachu. Bądźmy szczere - zawsze, gdy nie dotrzyma "ustaleń" będziesz się zastanawiała, czy to powrót do nałogu. Każda kobieta, na którą spojrzy, do której się uśmiechnie - czy to już..?
Na te pytania i wątpliwości musisz sobie odpowiedzieć. Dla siebie - bo zasługujesz, żeby mieć u swego boku partnera, na którego w ciężkim czasie będziesz mogła liczyć, który będzie Twoim oparciem.
I nie miej proszę wyrzutów sumienia, jeśli postanowisz odejść - pomogłaś swemu mężowi jak nikt na świecie. Swoim kosztem, niestety.
On już teraz WIE, teraz czas jego walki o siebie.
I Twojej o Ciebie.
Bardzo mocno Cię ściskam. I dziękuję, że otwarcie o wszystkim napisałaś - to dobry przykład dla tych wszystkich, które boją się otworzyć.
Jak już wcześniej powiedziałam jesteście kochane. Cudowne kobiety, z których bynajmniej nie kapie miód a szczerość. I dlatego tak bardzo Was cenię. Niekochana jak przeczytałam ponownie swój post
to się przeraziłam, czy przypadkiem nie poczułaś się urażona, mogłaś źle odczytać niektóre moje słowa. Ale miałam rację. Jesteś mądrą kobietą.
Maxi zdaję sobie sprawę z zagrożenia, właśnie z tej świadomości biorą się moje dylematy. Znam mechanizmy uzależnienia, wiem co to za zaburzenie i czym to się je. Wiem również że można z tego wyjść, nie jest to choroba uleczalna i trzeba jej się przeciwstawiać do końca życia, ale można nad nią panować. Wiem również że osobie która żyje z uzależnionym towarzyszy strach, ale tylko do czasu kiedy ponownie zaufa, a bez tego nie wyobrażam sobie życia.
Marynarka mam nadzieję, że mojemu mężowi się uda. Ale bardziej zależy mi na tym żeby udało się mi. Wyzwolić ze współuzależnienia i zrobię wszystko co w mojej mocy aby to osiągnąć. A jak z pewnością w głosie i sercu powiem -jestem zdrowa nie jestem już współuzależniona, to wtedy nie będzie mowy o strachu, nieufności i czujności. Bo zdrowy człowiek nie uzależnia swojego szczęścia od innych. Ono jest w nim. Widzicie teoretycznie jestem przygotowana na szóstkę, praktycznie dałabym sobie marne 3. Dlatego że choć postępuję jak człowiek zdrowy, to są to zachowania kontrolowane przez umysł, serce jest dalej współuzależnione.
Dziewczyny te pierwsze straszne 4 miesiące nasze rozmowy były moim monologiem, to ja tłumaczyłam, mu mechanizmy, uczucie i nie wiem co jeszcze, on każde słowo rozumiał, ale połączone w zdania ni hu hu. Od 3 msc nasze rozmowy to nadal monologi, tylko teraz mówi mój mąż, a ja słucham i w przeciwieństwie do niego rozumiem. Dziś wiem że On chce się zmienić dla siebie. Dużo "rozmawiamy".
Widzę jak z każdym dniem zmienia się jego myślenie. A że sprytna bestia jestem to potrafię wysnuć wnioski. A ponieważ walnie czasem takim tekstem , że wiem że nie są to wyuczone, a przemyślane teksty, bo gdyby ich się wyuczył to nie popełniałby takich gaf.
Niekochana napiszę do Ciebie na prywatnego e-maila jeżeli pozwolisz?
28 2011-01-09 14:41:46 Ostatnio edytowany przez niekochana72 (2011-01-09 17:09:16)
Dziewczyny te pierwsze straszne 4 miesiące nasze rozmowy były moim monologiem, to ja tłumaczyłam, mu mechanizmy, uczucie i nie wiem co jeszcze, on każde słowo rozumiał, ale połączone w zdania ni hu hu.
Ja miałam tak przez miesiąc - co noc tłumaczyłam przez kilka godzin - żeby dziecko nie słyszało.
Po kilku godzinach przyznawał mi rację, mówił, że rozumie, że się będzie leczył - i co? Rano od nowa "jazda". To mnie tak wykończyło, że stanęłam (dosłownie) na granicy szaleństwa. Mojego szaleństwa - żeby było jasne ![]()
Pisz, śmiało. Ale nie obiecuję, że szybko odpiszę. Córka właśnie dopomina się o "czas dla niej" - ma niezłe argumenty ![]()
29 2011-01-11 03:02:19 Ostatnio edytowany przez malina551212 (2011-01-11 03:11:59)
Witaj Kachna,
wg mnie( subiektywne podejscie do tematu) odpowiedz na Twoje pytanie,zawarte w tytule watku
-(milosc) nie znika,ale robi sie coraz bledsza,ksztalt i intensywnosc juz nie te same.........
I poczucie krzywdy.I zlosc na siebie,ze wierzylam,ufalam.I wscieklosc,ze bylam swiadomie oklamywana.
I bezsilnosc.
I ta bezsilnosc,dla mnie,to najgorsza sprawa.
Bo to ciezka pigulka do przelkniecia,ta wiedza,ze na nic,naprawde nie mamy wplywu.
Obie bylysmy sila sprawcza i okulista,ktory zdjal bielmo z ich oczu........
Odwalilysmy kawal dobrej roboty!
Jakim kosztem- a no naszym.Czy to przynioslo efekty?
Nie wiem( I MOWIE TU WYLACZNIE O SOBIE,I TAK,JESTEM TYLKO SUBIEKTYWNA).
I tu,dla mnie,rodzi sie zasadnicze pytanie- czy ja chce milosci bez zaufania,czy ja chce zaufac ponownie,narazajac sie znow na ryzyko.Czy ja moge sie zmierzyc ( i czy starczy mi sil),z kazdym jego spojrzeniem skierowanym na inna kobiete.
Czy mam w sobie na tyle milosci,zeby nie myslec( po powiedzmy trzech latach),zyje z kims,kto jest sexualnie zaburzony?
Reasumujac:
- nie mamy zadnego wplywu na ich decyzje,i co gorsze,na ich impulsy,albo raczej na ich kompulsywne zachowania
-oni sami nie moga dac sobie zadnej gwarancji,ze pomimo terapii,umiejetnosci nazwania i checi okielznania demonow, ze to nie wroci - wiec tym bardziej- nie moga niczego zagwarantowac nam.
I teraz - wiedzac to wszystko- czy chcemy podjac to ryzyko?
TO WSZYSTKO ZALEZY OD TEGO,JAK SILNA JEST NASZA MILOSC
A to przeciez tak indywidualna sprawa...............
Pozdrawiam Cie goraco i trzymam kciuki.
Podstawowy problem - czy to jest miłość? Czy współuzależnienie?
Odpowiedzi na te pytania są najważniejsze. I najtrudniejsze.
Malinko skoro zadajesz te pytania mniemam że nie znasz odpowiedzi. A więc następne pytanie które się nasuwa brzmi. Co chcemy z tym zrobić? Sprawdzić czy potrafimy z tym żyć, albo odejść nie sprawdzając.Ja wiem że nie chcę tak żyć. Ale zaczekam na to co wyniknie z jego leczenia i co najważniejsze jak ja poradzę sobie ze współuzależnieniem.
Niekochana dziś wiem że nic nie wiem. Ale tak jak wyżej pisałam zaczekam aż będę pewna.
Tylko jak rozróżnić miłość od współuzależnienia?
Ja, na swój własny użytek "rozpatrzyłam swój wniosek o podjęcie odpowiedniej decyzji"
następująco:
1. kazałam sobie
napisać na karteczce cechy, zachowania itp. hipotetycznej osoby, która wg moich standardów kocha prawdziwą miłością
2. kazałam sobie napisać zachowania, których NIGDY nie powinna zrobić kochająca osoba
3. kazałam sobie napisać słowa, których NIGDY nie wypowiedziałaby osoba, która kocha
4. kazałam sobie napisać cechy partnera, jego zachowania które są dla mnie fundamentem związku - takie, z których nie mogę zrezygnować
Pisałam powoli, bardzo długo się zastanawiałam.
I teraz dalsza praca. Wzięłam kolejne 2 karteczki. Jedną podpisałam: JA, drugą ON.
I po kolei odnosiłam się do rzeczy, które wcześniej napisałam - czy JA/ON je spełniamy, czy nie.
Hmm.. a potem z godnością przyjęłam fakt, że jestem przez niego NIEKOCHANĄ
. I że ja go już tez nie kocham.
Z mojego testu jasno wynikało, że my już się tylko w imię nieistniejącej miłości ranimy. Jestem współuzależniona. Ale ciężko pracuję i mam nadzieję kiedyś napisać to w czasie przeszłym.
Zastanawiałam się, w którym wątku o to zapytać. Zapytam tutaj: A jak się czuje teraz M.? (To bez podtekstów, on jest osobą też chorą i mocno skrzywdzoną przez samego siebie i jestem ciekawa jak mu idzie walka z bólem)