"Książę może poślubić kopciuszka, ale księżniczka nigdy nie poślubi żebraka..." - tytułem wstępu słowa pewnej pani prof. Chodzi o to, że przy takiej "księżniczce" ten "żebrak" nie czuł by się prawdziwym facetem, który dba o bezpieczeństwo ukochanej o sprawy materialne itp. Taka różnica między partnerami może dotyczyć wykształcenia, pochodzenia, finansów, inteligencji i wielu innych spraw.
Jakkolwiek za księżniczkę się nie uważam - ten cytat pasuje (niestety) idealnie do mojego związku.
On - z rozbitej rodziny, bez ambicji, z podstawowym wykształceniem (z powodu perypetii rodzinnych nie skończył liceum), mający 24 lata Piotruś Pan.
Ona - z pełnej rodziny, gdzie do wszystkiego dochodzi się własną pracą, studentka, z wielkimi (czasem aż zbyt) ambicjami i milionem pomysłów na życie. Posiada cele w życiu, chce robić jak najwięcej rzeczy ciekawych, szuka nowych wyzwań.
Spotkaliśmy się 3 lata temu, przez kilka miesięcy rozmawialiśmy przez telefon, na skype (dzieliło nas jakieś 450km). Później się spotkaliśmy - było cudownie! Niczym z bajki, pierwsza prawdziwa miłość u obojga, pierwsze poznawanie siebie, pierwszy tak bliski kontakt z drugą osobą. Później nastał czas pójścia na studia - akurat tak się złożyło, że wypadło to na drugi koniec polski (600km od domu) sama w wielkim mieście. Wtedy postanowiliśmy razem zamieszkać. Tak już mieszkamy od 2 lat razem i wszystko pięknie gdyby nie coraz więcej zbieranych po drodze takich małych i dużych "ale..".
Przeszkadza mi jego brak wyszktałcenia. Chodzi o przyszłość, o zapewnienie bytu rodzinie. Pracuje po 12h dziennie za kilka groszy:/ Na początku mówił, że chce się uczyć, że ma jakieś aspiracje, więc poszedł do szkoły bezpłatnej (3 lata). Zawalił 1 rok... teraz jest w liceum eksternistycznym (1,5 roku trwa) ale z tego co widzę - nie ma szans na zdanie czegokolwiek. Dla mnie czytanie książek, nauka (choć nie zawsze) była fascynacją, możliwością rozwoju, zaspokajała ciekawość...
Irytuje mnie również rutyna. Praca-dom-praca-dom-praca-dom... u mnie zamiast pracy widnieją studia. Ja czasami błagam go o wyjście do teatru, o kupno nowego tomiku poezji czy chociaż o jakieś wyjście! Siedzę sama, bez przyjaciół, bez faceta mimo że w związku. Coraz częściej myślę, że nadajemy na innych falach, mamy inne priorytety, inne potrzeby. Może wymagam zbyt dużo? Bo widzę, że mnie kocha, że się stara, nie jest przysłowiowym matołem, jest osobą inteligentną, tylko, że jesteśmy w związku partnerskim a nie rodzicielskim - nie mam już siły co chwilę prosić żeby usiadł na chwilę do książek bo jutro ma egzamin z 3 lat liceum... i żeby odszedł od komputera, przestał grać (czemu poświęca więcej czasu niż mi)...
A mimo to chyba go kocham... chociaż może to tylko przyzwyczajenie i strach przed byciem samą....