A więc tak... byłam z K. ponad rok, następnie się rozstaliśmy przez ciągłe kłótnie. Po roku odnowiliśmy kontakt, on wyszedł z tą propozycją, pisaliśmy ze sobą kilka miesięcy po czym wszystko sobie wyjaśliliśmy i stwierdziliśmy, że spróbujemy jeszcze raz. Było lepiej, nie było kłótni, według mnie nie było się do czego przyczepić. Spotkaliśmy się 5-6 razy i przyszedł covid, zamknięcia wszystkiego, panika.
Wiecie jak to było na początku? Każdy się bał, bo nie wiadomo co to jest. Dlatego też za jego propozycją przez pewien czas się nie spotykaliśmy, tłumaczył, że ma starszych rodziców, których musi odwiedzać i im pomagać dlatego nie chciał ryzykować. Okej, trwało to 2-3 miesiące, gdy ja już chciałam się spotykać to zmienił prace, zaczął pisać prace na studiach i znów słyszałam wymówki, że nie spotkamy się, bo nie ma czasu. Ja już nie wytrzymałam, zaczełam się go czepiać, że tak nie może być. Że dla kolegi ma 10 minut, a dla mnie nie, że na urodziny chrześniaka przyjechał, a do mnie nie...
Gdy moje pretensje nic nie dawały, odpuściłam. Zajęłam się sobą, zaczęłam podróżować, poznawać ludzi, ale w głębi serca nadal czekałam, aż on znajdzie czas. Nasza znajomość tym razem rozeszła się w ten sposób, że będąc na imprezie i dodawajac z niej zdjecie napisał do mnie, że to koniec, że pewnie już i tak jestem z innym. Próbowałam mu wytłumaczyć, że po prostu poszłam się bawić z koleżankami, ale nie dostałam odpowiedzi... nie odpisał nic przez 2 miesiace.
Po dwóch miesiącach ja nie wytrzymałam i napisałam, że tęsknie, że nie rozumiem tego wszystkiego. Znów sobie wszystko wyjaśniliśmy, było okej. Pisał ze mną rok, nie spotkaliśmy się, ale planowaliśmy to zrobić. Podczas ostatniej rozmowy wygadał się, że wtedy, gdy mnie zlewał na brak czasu pisał, a następnie spotykał się z koleżanką ze studiów, ale do niczego między nimi nie doszło i nawet się nie całowali.
Zabolało, ja czekałam aż znajdzie czas, a on się liczył na coś z inną. Jeszcze wpędzam mnie w wyrzuty sumienia, że to ja jestem ta zła, bo podróżuje, chodze na imprezy itp.
Powiedziałam mu o tym, że to było słabe, a on? znów przestał się odzywać.
Nie wiem co robić... za każdym razem po kłótni/sprzeczce to ja wyciągaałam rękę, bo on nie potrafił się odezwać.
Ale czy jest sens? Czuję się oszukana, mimo, że teraz od nowa zaczynało być między nami dobrze.
Zresztą czy ja jestem winna? dlaczego ja mam wyciągać znów rękę i zabiegać...
co byście zrobili na moim miejscu?