moja historia choć sięga zaledwie 2 lat wstecz jest długa by ją opisać.
otóż 2 lata temu poznałam mężczyznę,który dziś jest ojcem mojego syna i moim mężem.Początki jak to w bajce były cudowne,spacery do białego rana,uśmiech na każdy dźwięk telefonu,motylki w brzuchu.Wszystko rozwineło się w błyskawicznym tempie.po 3 miesiącach bycia razem,ze względu na moją nie ciekawa sytuacje w domu rodzinnym ja i mój obecny mąż zamieszkalismy u niego.poszliśmy na żywioł,przestałam brać tabletki antykoncepcyjne.Zaszłam w ciążę-pozamaciczną.Nie było szans na donoszenie ciąży,lekarz stawiając diagnozę zaznaczył,że to ogromne ryzyko nie tylko dla płodu,który nie miał szansy na prawidłowe rozwijanie się ale i dla mojego organizmu a nawet życia.Przeprowadzono zabieg usuwający.Poczułam się po tym jak zwłoki.Zabrali mi moją istotkę.Wtedy zrozumiałam,że najbardziej czego pragnę to dziecko.Postanowiliśmy z moim mężem się starać o dziecko.W końcu się udało.Moj mały synek trafił w końcu do macicy i tam cudownie się rozwijał.Postanowiłam zaprzestać z imprezowaniem,nie spaniem w nocy tylko w dzień.Pojawil sie u mnie syndrom wicia gniazda.Wynajęliśmy mieszkanie.Było jak w bajce.Jednak mój mąż przestał pracować,dorabiał sobie bez zatrudnienia także pieniądze na wszystkie potrzebu jak i na moje ciążowe zachcianki były.Wzięliśmy ślub a po nim czar prysł.Mąż zaczął zatapiać "smutki" i swe radości w alkoholu.Byly wyjscia na mecze,późnie powroty do domu,często awantury i szarpaniny.Gdy mój synek zapragnął przyjść na świat mój mąż nie miał nawet na taksówke,ponieważ koniecznie MUSIAŁ przegrać wszystko co ma na tzw maszynach.Wytrzymałam jeszcze 4 miesiące awantur,szarpanin.W koncu cos we mnie peklo.Zalozylam blekitna karte i udalam sie do Miejskiego Centrum Interwencji Kryzysowej,gdzie zamieszkałam wraz z synem.Od tego czasu wiele się zmieniło.Mąż zauważył,że ma syna,dbał o nas,odwiedzał.Podjąl leczenie AA,pracuję i robi wszystko by naprawić swój bład.Dodam,że oboje jesteśmy bardzo młodzi on 22 lata ja 20.
Zgłaszam się do was ze swoim problemem,ponieważ kocham go,zmienił się i to bardzo-lecz idealem nie jest.Każdy człowiek zasluguje na kolejna szanse.Jednak czytając rozne fora,sluchajac rodziny czy przyjaciol ciagle slyszę,ze tacy ludzie się nie zmieniają i nie warto czekać aż koszmar z ubiegłego roku powróci.
I tu pytanie.Kierować się swoim sercem,który widzi szansę,kocha i ufa czy rozumem,który modyfikują najbliżsi ??