Chyba jak większość osób, które tutaj zagląda, mam masę kompleksów na punkcie swojego wyglądu oraz charakteru. Jestem małomówna, przez co czuję, że osoby w moim towarzystwie się nudzą. Nie potrafię sypać żartami ani opowiedzieć zwykłej rzeczy tak, że komuś wyda się to za..biste. Wszystko biorę zawsze do siebie, przejmuję się, a gdy słyszę komplement jestem zmieszana i się rumienię. Wstydzę się śpiewać bo mam wysoki głos. Robię to tylko pod prysznicem, najlepiej gdy nikogo nie ma w domu. Potrafię zachowywać się względnie normalnie chyba tylko w gronie rodziny bo wśród obcych ludzi a nawet swojego chłopaka wstydzę się różnych rzeczy. Boję się ich krytyki. Reaguję emocjonalnie. Fajnie bo mój chłopak jest dość krytyczny właśnie ![]()
Mój ojciec jest alkoholikiem i boję się, że ja też będę. Mam jego charakter, mam jego cechy fizyczne, mam jego zamiłowania. Najbardziej podobieństwo charakterów mnie tu przeraża... no i to, że uważam że każda okazja żeby się napić jest dobra. Zresztą na seks otworzyłam się po tym, jak się już lekko wstawiłam. Może dlatego, że było mi ciężko oswoić się z samym seksem generalnie. Z tym, że ktoś może mnie kochać i komuś mogę się podobać... Ktoś może akceptować moje ciało i je szanować. Wcześniej przy każdej próbie stosunku zaczynałam płakać i kuliłam się, chowałam twarz w poduszkę, prosiłam chłopaka, by nie patrzył na mnie...Dlaczego?
Ponieważ mój pierwszy raz był tym najgorszym jaki można sobie wyobrazić... I długo nie mogłam się z tym pogodzić. I właśnie alkohol i imprezy tak naprawdę przywróciły mi chęć życia... Czułam, że nie mam wsparcia w ludziach a alkohol i zabawa mi wszystko rekompensują...
Ale to nie był jedyny powód dla którego znienawidziłam swoje ciało. Jestem wysoka po ojcu. Jako dziecko miałam nadwagę i wszyscy śmiali się, że jestem babochłopem, wielka na wysokość i szerokość, a do tego dochodził mój charakter sieroty, i efekt był taki, że nie miałam żadnych przyjaciół... Skończyłam podstawówkę i zaczęłam się odchudzać. Nie zauważyłam kiedy znalazłam się z anoreksją w szpitalu. Wydawało mi się, ze jestem jak modelka, i wszyscy zaczną mnie teraz podziwiać. Z czasem jednak własny widok w lustrze zaczął mnie przerażać... Zrobiły mi się rozstępy, harmonijka ze skóry na udach, która nie zdążyła dopasować się do coraz mniejszego ciała...Obojczyki wyglądały tak, jakby zaraz miały wyskoczyć z reszty ciała...To było takie dziwne uczucie... Przerażenie, gdy zatrzymała mi się miesiączka i gdy spoglądałam na wystające kości miednicy... z jednoczesnym poczuciem dumy i wygranej, bo pokonałam własne słabości, udowodniłam wszystkim, że nie jestem nic nie wartym, słabym, obleśnym potworem... jestem kimś ponad człowiekiem, lekka, oświecona, pozbawiona materialnych ograniczeń... Niestety problemy ze skórą zostały, tak jak zostały schizy. Tylko że ważę prawie 20kg więcej. Setki wizyt u psychologów nic nie zmieniły. Prócz ultimatum. Zaczynam jeść albo zostaję na oddziale zamkniętym. Błagałam ojca by mnie stamtąd zabrał... Dziś moja waga jest w normie, ale za każdym razem gdy coś zjem, nawet sucharka, mam wyrzuty sumienia. Gdy mój chłopak powiedział że podobają mu się azjatki, bo są takie drobne, zaczęłam płakać. Pomyślałam że gdyby poznał mnie kilka lat temu, na pewno bardziej bym mu się podobała...i wiem ze tak by było, bo często mówił, że lubi chude kobiety, modelki, azjatki... Dlatego jak tylko trochę przytyję nie wychodzę z domu, bo uważam że świat brzydzi się mojego widoku za to kim jestem i za to jak wyglądam. Wstydzę się też kochać przy włączonym świetle gdy tylko czuję się zbyt tłusto. I nie potrafię nic na to poradzić.
Chyba, że się wcześniej wstawię i wszystko mi jedno. Ale to chyba nie jest rozwiązanie.
Mam też poczucie, ze wszyscy patrzą na mnie jak na sierotę, ofiarę i dziwkę, po moich doświadczeniach... A poczucie to spotęgowali dodatkowo mężczyźni w wieku średnim, którzy zaczepiali mnie gdy pracowałam jako hostessa na różnych targach. Proponowali wprost pieniądze za seks. Tak bardzo nie chcę się stoczyć... Czasem myślę, że mam to wypisane na czole, że tylko do tego się nadaję. Żeby wszyscy mnie wykorzystywali.
Znalazłam ujście dla swoich zmartwień w pisaniu i malarstwie. Zawsze gdy za bardzo fantazjuję i wpadam w doły, przypominam sobie wszystkie złe chwile... czasem nawet potęguję te myśli, żeby sięgnąć dna... i zaczynam przelewać to na papier albo płótno. Gdy to zrobię czuję chwilową ulgę. To co robię napawa mnie dumą. Nie ma w tym nieśmiałej dziewczynki jaką jestem na co dzień. Niczego się nie wstydzę pisząc. Pozwalam sobie na opis każdej sceny, użycie każdego słowa. W malarstwie bawię się symboliką. Jest ona chyba zrozumiała tylko dla mnie... Ale o to przecież chodzi. O wyrzucenie z siebie, ze swojej podświadomości czegoś, co męczy. Nie potrafię wyleczyć się z kompleksów. Codziennie tęsknię za tymi czasami, gdy byłam chuda. Marzę też o piersiach Pameli Anderson i nosie Angeliny Jolie. Wiem że mogę to mieć, mogę to kupić. Ale nawet to nie cofnęłoby moich doświadczeń, nie zmieniłoby charakteru. Co jeśli nie mogłabym zaakceptować nowego ciała? Nie czułabym się w nim
"swojo"? Póki co mogę przynajmniej pisać o tym, jakie jest beznadziejne.
A jak wy radzicie sobie z kompleksami?