Od pewnego czasu stały się popularne zloty, na które przyjeżdża młodzież z całego kraju, tak jak na Lednicę czy Przystanek Jezus, a nawet z całego świata, jak w przypadku Światowych Dni Młodzieży czy Taize. Spotkaniom tym towarzyszą zwykle różne atrakcje, koncerty itp. Z jednej strony idea takich zlotów wydaje się piękna, daje młodym ludziom poczucie wspólnoty, pozwala doświadczać wiary w nowy sposób. Pojawiają się jednak również głosy sceptyczne, że masowość takich imprez wyklucza prawdziwą modlitwę, że śpiewy i tańce są zabawą, religijność jest tu bardzo powierzchowna. Czy ludzie przyjeżdżają na takie zloty w poszukiwaniu Boga, czy jest to bardziej spotkanie towarzyskie? Czy proponowanie młodemu człowiekowi tak atrakcyjnej formy religijności przybliża do Kościoła, którego codzienność jest przecież znacznie mniej kolorowa?
Jak zawsze wszystko zależy od samych uczestników. Nie da się tej kwestii zgeneralizować. Dla jednych będzie to forma spotkania towarzyskiego, inni w ten sposób pogłębiają wiarę.
Osobiście co roku jeździłam na zjazdy w Wołczynie (lata temu, nie wiem nawet czy teraz się jeszcze odbywają). Owszem, kusiło to, że z rówieśnikami, pod namiot, bez nadzoru rodziców, że z 3 przesiadkami 14 godzin pociągiem... Ale przede wszystkim miało to dla mnie wymiar duchowy. Takie zjazdy pokazują wiarę w zupełnie inny sposób niż niedzielne msze dopasowane pod moherowe babcie. Dla młodzieży to niesamowicie ważne. Oczywiście dla młodzieży, dla której ważna jest religia. Co mi zostało po latach? Chyba tylko odwaga w głoszeniu własnych przekonań
Ale możliwe, że dzięki takim zjazdom mój buntowniczy charakterek poddawany regularnym uduchowieniom spowodował mniejszą ilość błędów młodych buntowników?