Witam. Już na wstępie przepraszam, że wpis będzie długi, być może ciężko będzie go przeczytać. Jednak mam tak silną potrzebę podzielenia się swoimi przemyśleniami...
Będąc nastolatką, straciłam człowieka, który był dla mnie najważniejszy. Pogrążona w bólu i rozpaczy, utraciłam wiarę. Myślałam - co to za Bóg, który odbiera ludzi, których kochamy, sens życia ? Cierpiałam, nie widziałam powodów by choćby wegetować. Próbowałam skończyć ze sobą, jedyną rzeczą, jakiej pragnęłam było pogrążenie się w niebycie, bez pamięci i uczuć.
Minęło kilka lat. Pogodziłam się z jego śmiercią i z samą sobą. Jednak nie z Bogiem - wciąż miałam w sobie niebywały żal, ogromną gorycz i pustkę. Radość z czegokolwiek była powierzchowna. No bo z czego się cieszyć, myślałam, skoro to i tak nie ma żadnego wyższego celu ? Wkurzały (i nadal wkurzają) mnie te wszystkie zasady, jakimi katolik ma się w życiu kierować. Buntowałam się i buntuję przeciwko choćby temu, że nawet w małżeństwie czerpanie przyjemności z seksu jest grzechem. Nie raz nie potrafię tego wszystkiego pojąć.
Ostatnio nastąpiła we mnie jednak jakaś przemiana. Zaczęło się od tego, że poznałam głęboko wierzącego człowieka. Najpierw śmieszyło mnie to, że wszędzie widzi Boga. Jednak po pewnym czasie zaczęłam bardzo szanować jego poglądy, a nawet zastanawiać się nad Bogiem. Bo nigdy nie negowałam Jego istnienia, maiłam po prostu żal. I przeczytałam pewną książkę, po której w moim myśleniu nastąpiła rewolucja.
Skoro Bóg jest czystą miłością i stworzył człowieka na swój obraz, choć ułomnego, to nie mogę mieć do siebie pretensji, że byłam wściekła. Musiałam na moment odejść, by wrócić. Zrozumieć.
Bóg doskonale wiedział, jakiego człowieka stwarza. I wszystko jest nam dane od Niego. Więc jak mogę żałować, że kocham się z moim mężem i jest nam doskonale, skoro jest to dla nas przejaw miłości ?
Reguły, którymi rządzi się kościół, w większości zostały opracowane przez ludzi, więc wiadomo, że bardzo daleko im od doskonałości, a chodzeniem do kościoła i "odklepywaniem" formułek wcale nie zapewnimy sobie miejsca w niebie. Jeżeli nie jest się dobrym i nie kieruje w życiu miłością, to na nic modły i ofiary. Ktoś mógłby powiedzieć, że idę na łatwiznę, bo mówię, że wierzę, a nie mam ślubu kościelnego i nie chodzę na mszę świętą. Ale Pan Bóg przecież widzi, co dzieje się w sercu każdego z nas. A ja Go kocham i w Niego wierzę. I widzę Go w każdym stworzeniu, w ludzkich uczuciach i w ogóle wokół siebie. Nie jestem już na Niego wściekła, bo skoro zginął ten tak ważny dla mnie człowiek, to tak miało być i cieszę się, że w ogóle go poznałam.
Mam wspaniałą córkę - jej przyjście na świat też wiele wniosło do mojego życia duchowego. Cud narodzin i te sprawy.
Pogodziłam się w końcu z samą sobą, wyzbyłam się żalu i jestem w pełni szczęśliwa. Bóg do każdego znajdzie drogę.
Każdemu życzę, by spotkało go takie szczęście.