Dziś był ostatni dzień rekolekcji dla mojej szkoły, i jeżeli nikt nie ma nic przeciwko, chciałbym poruszyć taką jedną kwestię która mnie zdenerwowała :-(
Dobrze wiec zaczynam ![]()
Ksiądz mówił, że zna jakąś kobietę, która cierpiała na bardzo ciężką chorobę, i przez 40 lat była przykuta do łóżka. Pojawiało się w tym domu pełno lekarzy-specjalistów, którzy nie wiedzieli jakim cudem ta kobieta żyje, byli bezradni, nie potrafili tego wyjaśnić.
Okazało się że kobieta ta codziennie przyjmuje ciało Chrystusa.
Ksiądz jednoznacznie krzyknął "TO BÓG JĄ TRZYMAŁ CAŁY CZAS PRZY ŻYCIU !"
No kurde... nie wiem czy to ja jestem takim kretynem ale nie mogłem tego znieść, te słowa jakoś mnie wkurzyły.
Czy ksiądz myśli że medycyna ludzkości już się nie rozwija? Że lekarze nadal nie znają np dokładnej budowy mózgu i jego działania, i o tym jak ogólnie mają duże braki jeszcze?
Przecież medycyna się cały czas rozwija, to że nie wiedzieli co jakim cudem ta kobieta żyła, to znak tego, że mieli w tym braki, i medycyna nie osiągnęła aż takiego stopnia żeby to wytłumaczyć - i co, od razu to sprawa Boga ? Czy może to ja jestem takim głąbem, że nie jestem w stanie zrozumieć że to, czego nie zna jeszcze (BO CIĄGLE ROZWIJAJĄCA SIĘ) medycyna to sprawa Boga?
Później dodał że w Boga chrześcijańskiego wierzą tylko twardzi - czyli co, ja wierzę dajmy na to, nie wiem, w allaha, i jestem gorszy od tych co wierzą w chrześcijaństwo?
No i ostatnie co powiedział to że "Każdy po śmierci zostanie osądzony, nie ważne czy nie wierzył czy wierzył, nikogo to nie uniknie". Dlaczego wypowiedział to tak, jak by to była wiedza a nie wiara?
Dlaczego nie dodał na początku zdania słowa "Wierzymy że" ?
Co ze mną jest nie tak, że nie jestem w stanie tego zrozumieć?
Z góry dziękuje za odpowiedzi