Na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych znajduje się pycha. Dzisiaj słowo to jest już jakby nieco przestarzałe, co nie znaczy, że sama postawa zdezaktualizowała się w jakimkolwiek stopniu. Najprościej można powiedzieć, że grzech pychy polega na tym, że człowiek stawia siebie i swoje sądy wyżej niż Boga, lub na równi z nim. Wywyższanie się, niedostrzeganie swoich wad, przedkładanie własnych ?chceń? ponad wszystko, to przejawy pychy. Jednak czy chcąc ustrzec się od tego grzechu, powinniśmy poniżać samego siebie i skupiać się na własnych wadach? Czy przekonanie o własnej wyjątkowości jest w takim razie wbrew nauce Kościoła? A może chodzi o coś zupełnie innego? Jak ma się to do samodzielnego wydawania sądów? Czy przebojowość, poczucie własnej wartości, wiara w siebie i przekonanie o słuszności swojego postępowania, które są tak bardzo doceniane we współczesnym świecie, mogą być przejawami pychy i cechami, których chrześcijanin powinien się wystrzegać?
2 2011-05-26 12:08:49 Ostatnio edytowany przez girl90 (2011-05-26 12:18:44)
Człowiek nie może sobie wmawiać że jest nic niewarty, że jest niczym itp. tego Bóg nie chce na pewno! To nie na tym polega! każdy jest wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Na pewno nie wolno się wywyższać nad innymi, np. ja mam lepsza prace, a Ty gorsza czyli jesteś gorszy ode mnie. Albo ja skonczyłem studia z wyróżnieniem czy bez, a Ty podstawówke, zaawodówke czy technikum, albo tylko liceum i jesteś gorszy bo jesteś mniej wykształcony i jesteś przez to dużo gorszy ode mnie. To jest pycha. Uważanie że jest się lepszym od innych! ale tak naprawde przecież nie liczy się jakie szkoły skończyliśmy, gdzie pracujemy tylko najważniejsze jest jakim jest się człowiekiem! ważne żeby być dobrym i pomagać innym. Co do wywyższania się ponad Boga to to też nie jest zdrowe i moim zdaniem to straszne przegięcie... Można mieć swoje racje i zdanie itp. ale nie można uważać że wiemy lepiej od Boga. On stawia nas w przeróżnych sytuacjach i czasami stawia w naszym życiu ludzi które wg KK są zesłane na potępienie (tak według kościoła bo nikt nie wie czego w danym momęcie chce Pan dla nas. Dawniej było inaczej ale Bóg też może zmieniać swoje zdanie, przecież On może wszystko!). Pare ładnych miesięcy temu spotkałam kogoś i żyje z nim i wg kościoła jesteśmy potępieni tylko że pare lat wcześniej powierzyłam swoje życie Bogu, później wielokrotnie się go pytałam czy tak ma być, czy tego chce. Odpowiedział. On raczej dużo wcześniej wie o co się go zapytamy, chyba że wg Was się myle? chyba że nawet On nie wie o co za ileś tam tygodni, miesięcy czy lat zapytamy? (przepraszam za mała dygresje). Co do tematu. To jakby nie patrzeć to właśnie kościół katolicki żyje w pysze (nie wiem czy dobrze odmieniłam). Zapytacie dlaczego. A dlatego iż uważa że tylko mężczyźni mogą służyć przy ołtarzu, kobiety nie mogą bo są gorsze... grzeszne... i tym oto sposobem wywyższają się!! Czy gdzieś w Biblii jest napisane że kobieta nie ma prawa służyć Bogu? przy ołtarzu? nie! Więc same widzicie...
P.S jeszcze chce dodać tyle. Trzeba znać i akceptować zarówno swoje wady jak i być świadomym swoich zalet. Wtedy to nie jest pycha bo znamy swoje słabości i jesteśmy ich świadomi. Nie myślimy że jesteśmy lepsi od innych. Wszyscy jesteśmy na równi. Nikt nie jest idealny i najlepszy od wszystkich! Ja przez pare lat była dołowana przez babcie (rodzice wyjechali za granice) zawsze mówili że jestem tępa, duzo gorsza od kuzynek a to dlatego że nie przynosiłam 5 ze szkoły! albo że jestem za chuda (wcale tak nie uważam, jestem szczupła ale nie chuda. kształty mam) że powinnam wyglądac tak jak moja sąsiądka która na pewno waży z 80 kg. i masa innych oszczerstw i poniżań. Poniżanie kogoś też jest grzechem tylko nie wiem czy zalicza się do grzechu pychy.
Człowiek już najlepiej w sercu wie, czy się wywyższa nad innymi czy nawet wręcz nimi gardzi. Najlepiej opisuje to fragment Pisma Świętego o faryzeuszu i celniku. Nawet krytyka nie może być po to, żeby się wywyższyć, ale żeby pomóc drugiemu człowiekowi dostrzec co robi nie tak.
4 2013-05-02 15:25:06 Ostatnio edytowany przez Catwoman (2013-05-02 15:26:16)
Wartościowy wątek.
Odpowiedzią może być.... równowaga. Jak zawsze, wszędzie i we wszystkim. Równowaga to złoty środek, ale tak trudno osiągalny ![]()
By nie popaść w pychę, dobrze jest mieć nastawienie na.... siebie. A mianowicie na pracę nad sobą. Na przyglądanie się sobie.
Pychę często można rozpoznać, gdy oceniamy innych źle.
Pycha jest również wtedy, gdy nie robi się nic - bo wychodzi się z założenia że jest się już przecież doskonałym, a przynajmniej wystarczająco dobrym, mądrym i inteligentnym.
Pycha to brak mądrości - moim zdaniem. To jedynie inteligencja (ewentualnie) lecz nie mądrość.
Czy zastanawiacie się nad sobą? Nad... pychą w środku siebie?
Ja muszę przyznać często- zdarza mi się działać pod wpływem emocji, chcę coś załatwić szybko, szybko coś zrozumieć - i myślę, że wiele razy ulegam pysze.
Czy zastanawiacie się nad sobą? Nad... pychą w środku siebie?
Ja muszę przyznać często- zdarza mi się działać pod wpływem emocji, chcę coś załatwić szybko, szybko coś zrozumieć - i myślę, że wiele razy ulegam pysze.
Ja się zastanawiam i też wiem, że nieraz już zgrzeszyłam pychą w swoim życiu. To wynika z egoizmu, często chcę żeby moje ''było na wierzchu'' = chcę mieć rację = inny racji wtedy mieć nie mogą ![]()
No tak, to się wyklucza ![]()
Chociaż.... taki cytat kiedyś przeczytałam:
"By wierzyć we własną drogę, wcale nie musisz udowadniać, że droga innego człowieka jest błędna".
No tak, to się wyklucza
Chociaż.... taki cytat kiedyś przeczytałam:
"By wierzyć we własną drogę, wcale nie musisz udowadniać, że droga innego człowieka jest błędna".
Udowadniać nie, ale co się myśli o tej drodze drugiej osoby, to już co innego. Choć czasem ciężko rozgraniczyć,przykładowo, kiedy widzę, że ktoś sobie ewidentnie życie komplikuje i nie słucha rad otoczenia, to ciężko mi o tej osobie myśleć, że jest rozsądna
Przykładów na forum jest bez liku.
Ja nie sądzę, że ktoś jest rozsądny, ale też nie czuję się lepiej z powodu czyjejś głupoty.
A to zawsze był jeden z moich ulubionych grzechów. ^^
Wiecie czemu? Bo implikuje właśnie kwestionowanie, a kwestionowanie to myślenie.
Mam wrażenie, że został umieszczony na pierwszym miejscu jako taki wytrych. Jak Ci się coś nie podoba, nie zgadzasz się z czymś religijnym, to z automatu grzeszysz pychą.
Uważam, że pokora jest mocno przereklamowana.
A czy ja wiem.... można się nie zgadzać. I to całkiem pokornie ![]()
No ale wtedy słyszysz, że jak się nie zgadzasz, to grzeszysz pychą, bo wątpisz w boski plan, wątpisz w pismo, negujesz słowa boga etc etc. W konsekwencji wychodzi na to, że nie zgadzać się nie wolno. ![]()
Ciekawie to jednak ujęłaś
w przedostatnim poście.
Hm.... coś w tym jest. Ale też pychą jest uważać, że Bóg chce dla kogoś określonych rzeczy - poza miłością. Tak jest bezpiecznie
Bo szczęścia i miłości chce - i jeśli już mówimy o chrześcijańskim rozumieniu Boga i gdybym miała opierać się na własnych doświadczeniach oraz relacjach innych normalnie-wierzących ludzi, mogę to potwierdzić. Ale i myk jest taki, że miłość niczego nie narzuca.
Co do reszty, można dyskutować.
Nie chcę tu obrazić niczyich uczuć religijnych, a Twoich szczególnie, bo podoba mi się Twoja wizja religijności, ale kompletnie tego nie łapię:
Ale też pychą jest uważać, że Bóg chce dla kogoś określonych rzeczy - poza miłością.
Na przykładzie Hioba - Jahwe chciał dla Hioba tylko miłości, ale zesłał na niego wszystkie nieszczęścia jakie tylko, rozkradli facetowi cały majątek, pozabijali synów, żonę i dzieci zgwałcili i bodajże też zamordowali, jego samego torturowali i zostawili na kupie gnoju. I fajnie, że bóg mu to wszystko wynagrodził jak już przetestował Hioba i zobaczył, że ten się nie ugiął, ale... no nie sądzisz, że to dość chora wizja miłości?
Z jednej strony zawsze słyszałam, że bóg mnie kocha, ale jak dzieje mi się jakaś tragedia, to że poddaje mnie próbie to jak to jest w końcu... To wychodzi trochę na takiego sadystę: "kocham cię" ŁUP!, "bardzo cię kocham" ŁUP! "a ty mnie kochasz?" ŁUP!.
Nie ogarniałam tego blisko 20 lat temu i nadal nie ogarniam....
Napisałam, że miłości, bo wiem - również dzięki zaufaniu w tę Siłę Wyższą- iż jest to do przejścia.
Kłamstwem byłoby przekazywać, że odkąd uwierzysz w Bożą miłość, to nie będziesz mieć żadnych problemów, a Twoje życie stanie się pasmem samych pozytywnych wydarzeń.
Inaczej: zachęcałabym raczej do tego, by człowiek poznał Boga. Takiego, jaki mu się On objawi. Resztę niech załatwiają między sobą
Na początku mojej ...jak to nazwać..przygody? Nie: mojego życia z Bogiem, byłam człowiekiem unoszącym się taką pychą, że to jest aż niemożliwe, jak to sobie przypomnę. Zawsze szanowałam przekonania innych osób, lubiłam każdą odmienność, ale gdy "poznałam prawdę" uznałam, że tę prawdę mam tylko ja, że każdemu no... muszę ją przekazać, że ten, kto jej nie przyjmie, będzie stracony i w ogóle podzieli los biblijnej Jezabel.
Z czasem to się zmieniło. W moim sercu został tylko spokój, wolność, miłość?- mam nadzieję, że tak można nazwać moje poczynania i postawę wobec innych.
Najłatwiej było łazić z Biblią w ręku i truć bliźnim o 'prawdzie jedynej' (czyli w tamtym czasie: mnóstwie zasad, przepisów). Najtrudniej było zaakceptować fakt, że ktoś może nie przyjmować tego, co mówię.
A dziś się z tego cieszę, bo pieprzyłam trzy po trzy czasem.
Dziś mówię tylko: zwracajcie się w stronę miłości, szacunku, refleksji nad samym sobą,
jak ktoś nie ma nic przeciwko- to w stronę Boga; On wymyśli coś dalej.
Ponownie nie urażając nikogo - jeśli to sprowadza się do zaufania, to, zakładając, że bóg istnieje, jest to klasycznie sadomasochistyczna relacja.
Strona uległa pozwala się krzywdzić stronie dominującej, bo ufa jej i wierzy, że tamta ma plan, że jej tak naprawdę nie skrzywdzi, że za ból czeka nagroda.
Nigdy nie patrzyłam na to w kategoriach nagrody. Po prostu wiedziałam, że życie człowieka składa się ze wzlotów i upadków. Później przekonałam się, że łatwiej znieść upadki, mając Boga u swego boku. No i dziękować za te "wzloty" też jest komu. Ale to moje osobiste zdanie.
Na pewno nie chcę poprzestawać na osobie, którą jestem teraz.
Nigdy nie patrzyłam na to w kategoriach nagrody.
A niebo..?
Chciałabym żyć wiecznie - owszem. Ale nie czekam już na ten "cel " - bo to niejednokrotnie czyni życie nieznośnym. Przyjęłam zbawienie z łaski, a Królestwo Boże, o którym mówi Biblia to nie tylko daleka przyszłość = wieczne życie z Jezusem, ale to dary, które daje Bóg. Za życia. Przypomniały mi się przy okazji słowa:
"Albowiem Królestwo Boże, to nie pokarm i napój, lecz sprawiedliwość i pokój, i radość w Duchu Świętym." (Rzymian 14,17, Biblia Warszawska) i dalej:
"Dążmy więc do tego, co służy ku pokojowi i ku wzajemnemu zbudowaniu." (14,19).
Czuję się zbawiona. Czy to pycha?
19 2013-05-03 16:33:32 Ostatnio edytowany przez Vian (2013-05-03 17:25:09)
Cat, uwielbiam Cię, ale czasem tak piszesz, że mam wrażenie, że mówimy o kompletnie osobnych kwestiach. ^^
Ciężko nie patrzeć na relacje wyznawców z większością bogów w kategoriach kara-nagroda, skoro w większości religii jest koncepcja nieba i piekła. Chyba tylko deiści (poza ateistami, agnostykami i resztą wątpiących ogólnie) nie patrzą na religię w kategoriach nagrody. ![]()
To napiszę tak prosto jak się da
: dla mnie, osobiście życie z Bogiem jest nagrodą samą w sobie. Czuję się szczęśliwa. Ot, tyle ![]()
I nie wierzysz w niebo?
Ok, niech sobie będzie nagrodą samo w sobie, ja np. lubię swoją pracę, ale to nie zmienia faktu, że za pracę dostaję pieniądze, bo dobrze ją wykonuję. Gdyby mi ktoś powiedział "no ok, skoro Ty lubisz pracę to pracuj za fraję", poczułabym się oszukana. Ty nie poczułabyś się oszukana jakbyś nie trafiła do nieba?
Wierzę, że będzie życie wieczne na ziemi inna niż ta, na odnowionej. Chciałabym się tam spotkać z bliskimi mi ludźmi, ale i tymi dalszymi, nieznajomymi. Chciałabym tego dla wszystkich ludzi.
No czyli masz w perspektywie nagrodę. Może jest ona dla Ciebie dodatkiem, ale jest. ![]()
24 2013-05-03 20:32:53 Ostatnio edytowany przez Catwoman (2013-05-03 20:33:20)
Hm, no było nie było- tak
To też dla mnie znak, że Bóg chce mojego szczęścia, że mnie kocha i chociaż moje życie i śmierć od Niego zależy, On nie chce ograniczyć naszych więzi jedynie do istnienia tu, na Ziemi.
Czy to brzmi paranoicznie?:D
Skąd. ![]()
Poza tym, że ta wszechobecna nieskończona miłość boska nadal się dla mnie kłóci z tym, co widzę, czuję i przeżywam. ;-) Nie tylko ja zresztą.
Wiesz, ja kiedyś powiedziałam, że wierzę w ludzi. Faktycznie, nie tyle w ludzi w sensie ludzkość, ale wierzę w siebie, wierzę w swoich bliskich, wierzę, że mamy siłę być porządnymi ludźmi nawet jak co rusz popełniamy jakieś błędy. I nie wiem czym to się de facto różni od wiary w miłość jakiejś istoty wyższej (już wszystko jedno czy Jezusa, czy Allaha czy buddy Gautamy), poza tym, że tu mam namacalne wsparcie, a tam je sobie muszę w sumie wyobrazić tudzież "poczuć w środku".
Można by dyskutować godzinami. Ale ja rozumiem jak to jest nie wierzyć w Boga i mieć się całkiem dobrze.
Chyba to jednak ta "nagroda" czyli w tym wypadku "zbawienie" przeważa. Tak sądzę.
No i wewnętrzne przekonanie, że jest Ktoś, Kto ... się nie pomyli w stosunku do mnie i że można się do Niego zwrócić zarówno w chwilach dobrych jak i złych.
Ale nie chcę nikogo przekonywać. Każdy człowiek ma inne poznanie i inne potrzeby duchowe.
Słyszeliście może o dwunastu stopniach pychy wg. św. Bernarda z Clairvaux?
Moim zdaniem to ciekawa i trafna koncepcja, która może być dobrym barometrem tego, jacy naprawdę jesteśmy. Analiza dość ostra i długa, chociaż i tak postarałam się ją nieco skrócić. Od razu ostrzegam, że mało przyjemna.
Co myślicie na ten temat?
l. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła
Każdy z nas, mówi św. Bernard, musi, przede wszystkim, poznać samego siebie i "dojrzeć własną nędzę". Musimy przecież wiedzieć kim jesteśmy, co się w nas i co się z nami dzieje, dokąd zmierzamy, gdzie chcemy zmierzać, dokąd powinniśmy zmierzać.
Musimy wiedzieć. co powoduje, że jesteśmy wolni, a co nas zniewala. co nam służy, a co nas niszczy, kiedy wzrastamy a kiedy się degenerujemy. Musimy znać swoje braki. wady. słabości i błędy. Potrzebne jest to nam do odnalezienia własnego miejsca w życiu, do znalezienia się w każdej sytuacji, do uniknięcia nieszczęścia. Przykrości, kompromitacji. Potrzebne jest to nam również po to, byśmy mogli pracować nad sobą. doskonalić się, posuwać się do przodu, a nie do tyłu, w górę, a nie w dół. Musimy być w ciągłym kontakcie z prawdą o nas samych, by móc sprawować nad sobą kontrolę i nad wszystkim tym co robimy.
W pierwszym rzędzie nie może nam, co chyba jest oczywiste. zabraknąć ?potencjału" dla poznania samego siebie, zobaczenia i pełnego uświadomienia sobie własnej ?nędzy". dla sprawowania nieustannej kontroli nad sobą. Tym, co nie tylko utrudnia ale także, w konsekwencji, faktycznie uniemożliwia spełnienie tej podstawowej dla nas czynności jest, stwierdza św. Bernard, ciekawość. Jest ona, sama w sobie, czymś absurdalnym. W jej efekcie przecież, angażując często wiele sił, środków i czasu, nabywamy informacje i rozumienia, które są i będą dla nas całkowicie bezużyteczne. Jest ona ponadto rodzajem obżarstwa. Obżarstwo zaś nie powoduje jedynie ?niestrawności". Nie bez powodu jest jednym z grzechów głównych. Przede wszystkim jednak ciekawość odwraca naszą uwagę od samych siebie, jest, jak mówi św. Bernard, chorobą duszy będącą przyczyną zaniedbywania siebie i zajmowania się wszystkim innym.
Ciekawość zamienia naszą świadomość w wielkie śmietnisko. Wszystkie te śmieci zakrywają to co ważne, cenne, istotne. Rodzi się w nas chaos, w którym się gubimy. Zarazem zaczynamy mieć poczucie pewnego nasycenia, wewnętrznego bogactwa. Czujemy się pełni. To, w połączeniu z brakiem samokontroli powoduje, iż zaczyna nas powoli ogarniać pycha. Nie widzimy naszych błędów, słabości, nie czujemy pustki. Jesteśmy zatem we wszystkim O.K. Nasze wady, których nie zwalczamy, powiększają się. Zaczynają coraz bardziej dawać znać o sobie skutki grzechu pierworodnego. Uwalniają się niskie instynkty. Zaczynają w nas, przyjmując taką czy inną, czasami, wydawałoby się zaskakującą postać, dominować. Budzą się w nas "demony".
To ciekawość. mówi św. Bernard. spowodowała upadek szatana, grzech Ewy. "Szatan - czytamy - odpadł od prawdy przez ciekawość, albowiem wpierw z wielkim zainteresowaniem podglądał to czego potem grzesznie pożądał i zuchwałe oczekiwał". Ewa wiedziona ciekawością uległa namowom szatana.2. Zazdrość i poczucie wyższości
Pierwszym efektem ciekawości jest powierzchowne, płytkie, małostkowe myślenie. Św. Bernard nazywa to zjawisko lekkomyślnością. Polega ono na ujmowaniu wszystkiego w prymitywnych kategoriach "więcej" i "mniej". które odnoszone są do naszego, niekontrolowanego już, degenerującego się, rozdętego ,Ja".
Człowiek "lekkomyślny" odnosi siebie wciąż do innych dzieląc ich na jakoś lepszych i jakoś gorszych od siebie - tych. co mają czegoś więcej i tych. co mają czegoś mniej. Zaczynają w nim dominować dwa uczucia: zazdrość i poczucie wyższości. Zazdrości "tym lepszym". pogardza ?tymi gorszymi". Całe swoje życie zaczyna poddawać zazdrości i pogardzie - ukazywaniu swojej wyższości.
Z jednej więc strony robi wszystko byle tylko dorównać "tym wyższym", goni za pieniędzmi, władzą, sławą. Z drugiej strony poświęca dużo sił i środków na to. by wciąż udowadniać ?tym niższym", że on jest lepszy. manifestuje swój stan posiadania, wyolbrzymia go, daje wciąż poznać jaką to on ma władzę, jaki jest wolniejszy, silniejszy, itd.3. "Serce głupich gdzie wesele" (Syr 7, 5). Zabić smutek
Następnym krokiem w dół jest zawężenie horyzontu myślowego do obszaru. w ramach którego ?ja" może się nadal rozdymać i w którym rodzi się nieustające poczucie samozadowolenia. Człowiek znajdujący się na tym stopniu pychy ogranicza swoją ciekawość tego wszystkiego. w czym ukazać się może jego własna miernota i wyższość innych. i kierują ją w zupełnie inną stronę: zwraca uwagę na swe domniemane cnoty i w żadnym wypadku nie uznaje zasług drugiego. Usunąwszy z pamięci wszystko. co dotychczas uznawał w sobie za godne pogardy. a więc przykre. a zebrawszy to. co według niego zasługuje na szacunek. nie myśli przy tym o niczym innym jak tylko o tym. co mu się w sobie podoba."
Największym problemem dla takiego człowieka jest, stwierdza św. Bernard, smutek. który rodzi się w nim gdy, pomimo wszystko, uświadomi sobie jakąś swoją słabość, jakiś brak. jakiś swój błąd. Stara się go ?zabić" - po tym można go rozpoznać ? ?niestosowną wesołością" traktowaniem wszystkiego w sposób nie do końca poważny, jakoś żartobliwy, najczęściej z cynicznym i zjadliwym humorem nie szanującym żadnych świętości. Chce nią nasycić swoje życie tak dalece, by nie było już w nim miejsca na poważną refleksję mogącą obnażyć prawdę o nim.4. Potok próżności
Czwarty stopień pychy to stopień ?wzmożonej próżności". która najczęściej. choć w różny sposób. objawia się w "wielomóstwie". Jest to sensu stricte chełpliwość. Sprowadza się ona do zjawiska, które młodzież nazywa "szpanem". Jest to popisywanie się własną wiedzą, erudycją, umiejętnością wysławiania się, dowcipem. "Będzie więc mówił - stwierdza św. Bernard - albo pęknie. Jest bowiem wypełniony gadaniną i ciśnie go para, która w nim jest. Łaknie i pragnie słuchaczy, przed którymi mógłby się popisać swoją próżnością, na których mógłby wylać to, co czuje, aby dowiedzieli się o jego wielkości. Przy nadarzającej się okazji, ilekroć rozmowa dotyczy nauki, on przytacza problemy stare i nowe - płyną błyskotliwe sentencje, latają pompatyczne frazesy, Odpowiada chociaż go nikt nie pyta. Sam zadaje pytania i sam udziela odpowiedzi; przerywa mówiącym. /.../ Mógłby budować. ale nie ma zamiaru. Nie myśli uczyć ciebie. albo uczyć siebie. ale mówi i mówi, by wiedziano do czego jest zdolny.
5. "Nie jestem jak inni ludzie"
"Przykro jest wynoszącemu się nad innych - mówi św. Bernard - nie czynić czegoś, co by go wyróżniało". W ten sposób rodzi się to zjawisko, które wielki Doktor Kościoła nazywa "kultem własnej odrębności".
Człowiek, który zstąpił na ten stopień pychy: "Wcale nie stara się być lepszym, chce tylko za takiego uchodzić. Nie pragnie żyć doskonale. pragnie tylko, by go za doskonałego uważano, ażeby mógł powiedzieć: "Nie jestem jak inni ludzie" (Łk 18, 11).
Cały swój wysiłek poświęca więc tworzeniu swojego "image" - zaczyna udawać najlepszego manifestacyjnie podejmując takie działania, które w powszechnej opinii uchodzą za oznakę wielkości. Wszystko robi na pokaz, stwarza tylko pozory zaniedbując, faktycznie, całkowicie swoje życie moralne i duchowe.6. Zarozumiałość
Człowiek zstępujący na ten stopień pychy pozbywa się niepokoju. który mu dotąd towarzyszył. niepokoju rodzącego się w związku z pytaniem: Czy jestem doskonały? Taki człowiek jest teraz pewny, stuprocentowo pewny - jestem wspaniały pod każdym względem, wszyscy przy zdrowych zmysłach muszą to uznać.
Św. Bernard mówi, że życie takiego człowieka zdominowane jest przez niezachwianą niczym pewność siebie, pyszałkowatość i głód pochlebstw. Odrzuca on autorytety. wierzy tylko sobie, wszystko, co robi uznaje za szczyt doskonałości. Wciąż manifestuje tą swoją "doskonałość", opowiada o niej, popisuje się swoimi zdolnościami. Zarazem robi wszystko, by usłyszeć pochwały. Podejmuje je w taki sposób. by, przede wszystkim. innym się to podobało. Działa ?pod publiczkę", zadaje się tylko z takimi ludźmi, którzy albo go podziwiają. albo przynajmniej nie szczędzą mu komplementów.7. Niepohamowana ambicja
Normalny człowiek szuka swojego miejsca w życiu, nie za niskiego, nie za wysokiego, tego właśnie, które jest mu przeznaczone, które odpowiada jego możliwościom, w którym nie tylko dobrze się czuje ale i potrafi sprostać wszystkim, związanym z nim wymaganiom.
Człowiek, który zstąpił na siódmy stopień pychy chce być jak najwyżej. Jego ambicja jest nieograniczona. Wszystko jej podporządkowuje. W pierwszym rzędzie poświęca się temu. co nazywa się karierą zawodową. Bez pardonu, bez miłosierdzia dla innych, ale także i dla siebie, wręcz, niekiedy nawet wprost, po trupach pnie się w górę. Także w innych sferach nie zapomina nigdy o swoich aspiracjach. Zawsze chce być najlepszy, stać jak najwyżej.
?Jakże człowiek przekonany o swej wyższości - stwierdza św. Bernard - może bardziej cenić innych niż siebie? Na zebraniach zajmuje pierwsze miejsce. w naradach pierwszy zabiera głos. Zjawia się nie proszony, wtrąca się bez przyczyny, poprawia porządek, kwestionuje decyzje. Czego sam nie przeprowadził i nie uporządkował. nie uważa za słuszne i sprawiedliwe. Wydaje sądy o sędziach. wyroki uprzedza projektami orzeczeń. [...] Gdy mu zlecają wykonanie jakiejś drobnostki, zżyma się, protestuje, uważa bowiem, iż nie wypada zajmować się błahostkami, ponieważ jest stworzony do wielkich rzeczy".8. ?Nie zrobiłem niczego złego"
Człowiek. który- uznaje się za doskonałego. który- nie ma żadnych wątpliwości. co do swojej doskonałości. zarozumiały i chorobliwie ambitny staje się. jeśli chodzi o własną osobę. ?ślepy moralnie". Nie jest w stanie, w żaden sposób dostrzec swoich słabych stron, błędów, grzeszków nawet wtedy, gdy jawią się one jak na dłoni. gdy są bezdyskusyjne, oczywiste, gdy aż ?kolą w oczy".
Gdy ktoś więc coś mu wytknie, przedstawi świadków, udowodni niezbicie nie przyjmie tego do wiadomości bądź do upadłego będzie się bronił starając się udowodnić, że faktycznie nie ma tu żadnej jego winy.
Taki człowiek. stwierdza św. Bernard. gdy wspomni się o jakimś jego przewinieniu, zawsze zaczyna swą obronę od zdania: ?Nie zrobiłem tego". Gdy się go trochę "przyciśnie do muru" mówi: .,Zrobiłem. Rzeczywiście, ale dobrze". Gdy mu się udowodni grzech w taki sposób się usprawiedliwia, że wynika z tego co mówi, iż on za to nie odpowiada. Stwierdza np.: "Chciałem dobrze, a że stało się tak jak się stało to już nie moja wina". Oskarżony reaguje zawsze agresywnie, ?złości się", wreszcie stara się udowodnić, przede wszystkim sobie, ale także innym, że powodem oskarżenia jest uprzedzenie, zazdrość, że jest ono zakamuflowanym prześladowaniem itp., itd.
Ten stan, czytamy w traktacie "O stopniach pokory i pychy" jest charakterystyczny dla ósmego stopnia pychy. W tym momencie zstępujący po stopniach pychy "wkracza w przedsionek piekła", staje się podobny szatanowi, już zaczyna traktować siebie jak Boga - istotę, w wypadku której słabości, błędy, pomyłki, grzechy są nie do pomyślenia.
Człowiek, który osiągnął ósmy stopień pychy "dusi się" moralnie, "usycha" duchowo, zaczyna "konać", by wreszcie "umrzeć" na duszy. Na tym stopniu pychy staje się więc, stwierdza św. Bernard, żywym trupem. Od tego momentu zaczyna się już "rozkładać".9. Kłamstwo i przewrotność
W świadomości człowieka zstępującego po stopniach pychy zachodził dotąd proces utraty kontaktu z prawdą o sobie i, w znacznej mierze, również prawdą o innych ludziach oraz, w konsekwencji, całej rzeczywistości. W ramach tego procesu zanika zatem tak samokrytycyzm tego człowieka jak i zdolność prawidłowej oceny wszelkich zjawisk i faktów. W efekcie człowiek taki traci zdolność rozpoznania swojego realnego (faktycznego) ?ja" biorąc za nie swoje ?ja" idealne (wymyślone przez siebie) i dokonując, za jego pośrednictwem projekcji na całą rzeczywistość tak, że zaczyna funkcjonować w większym stopniu w krainie fikcyjnej wykreowanej przez swoje marzenia i oczekiwania niż w realnym świecie wierząc zarazem wciąż głęboko. że wszystko to jest ?nagą" prawdą.
Takie postępowanie podyktowane jest jego naturalnym przywiązaniem do prawdy. Fakt. iż przywiązanie to zaczęła przewyższać pycha powodował, że człowiek taki robił wszystko, by za prawdę uznawać tylko to, co "karmiło" tę pychę. Śmierć duszy, która nastąpiła na ósmym stopniu pychy polegała, także, na całkowitym zanegowaniu swojego realnego "ja" (można powiedzieć "zabiciu" go), a co za tym idzie również pozostałej części rzeczywistości. co spowodowało. w konsekwencji, utratę przywiązania do prawdy. Teraz zaczęła się już liczyć dla tego człowieka i rządzić nim niepodzielnie pycha. Ustało więc działanie przyczyn zmuszających go do separowania się od faktów. Nastąpiło otwarcie na nie i zarazem całkowite ich lekceważenie.
Ze stanu zatem wyalienowania z rzeczywistości. swego rodzaju niepoczytalności człowiek taki przeszedł nagle do stanu chłodnej, obiektywnej oceny faktów i pełnej odpowiedzialności za swoje pomysły i czyny. Jedynym efektem tego mogły być, w takim kontekście tylko "narodziny" kłamstwa i przewrotności jako środków pielęgnacji pychy.
Św. Bernard podaje przykład zachowania zakonnika znajdującego się na tym stopniu pychy, który twierdząc dotąd, że jest bez grzechu zaczyna nagle "kłamliwie wyznawać grzechy".
"Tego rodzaju człowiek - czytamy w traktacie "O stopniach pokory i pychy" - nie tylko nie usprawiedliwia czynionych mu zarzutów. ale wręcz przeciwnie - winę swą powiększa do tego stopnia. że widząc jak dodaje do niej rzeczy wprost niewiarygodne i dziwne. jesteś skłonny odrzucić nawet to, coś dotąd uważał za pewne. Rozgłaszając rzeczy nie do wiary, przewrotnie zakrywają grzech, kiedy go wyznają: słowa oskarżenia brzmią chwalebnie. lecz nieprawość wciąż kryje się w sercu słuchacz ma utwierdzić się w przekonaniu, że to nie tylko prawda, ile raczej pokora przez nich przemawia. według tego, co napisano: ?Sprawiedliwy najpierw sam siebie oskarża" (Prz 18, 17)".
Człowiek. który znajduje się na dziewiątym stopniu pychy zaczyna świadomie przeciwstawiać ją prawdzie. Jeszcze jednak prawdy nie neguje. Chce tylko żeby mu w żaden sposób nie przeszkadzała. Pragnie żyć i funkcjonować i być akceptowanym w "porządku prawdy". Pragnie aby, w jej perspektywie, go doceniono". Stara się więc ją naginać tak, by "była po jego stronie" (przewrotność) lub zniekształcać aż do faktycznego (ale nie formalnego) jej zakwestionowania - "neutralizować" (kłamstwo) tak, by zawsze mu "służyła". Chce ją zatem, po prostu. podporządkować swojej pysze. Wysiłki te jednak satysfakcjonują go nie w pełni i krótko. "Apetyt rośnie w miarę jedzenia". Zstępuje więc na kolejny stopień pychy. Proces ?gnicia" zaczyna przebiegać coraz szybciej.10. Bunt: uczyni życie śmiercią, a śmierć życiem.
Ten stopień pychy jest początkiem buntu woodu. Jest to w pierwszym rzędzie. i to jeszcze skrywany, bunt przeciwko ludziom, głównie przeciwko wszelkim ?szefom" i autorytetom. Żywy trup nie chce już. nawet formalnie. w żaden sposób być komukolwiek podporządkowany. Nie chce nikogo słuchać ani z nikim się liczyć. Otwarcie więc kwestionuje zasadność wszystkich takich zależności. także intelektualnych. moralnych, obyczajowych. On jest przecież ?najlepszy", "najmądrzejszy" , ?największy" itd. Nie zniesie, by ktoś, choćby pośrednio, to kwestionował.
Taka postawa prowadzi go wprost do buntu również przeciwko prawdzie jako takiej. przeciwko całej rzeczywistości. Ludzie. którzy go do czegoś "zmuszają" odwołują się przecież do prawdy, wskazują na rzeczywistość. mówią - "musi być tak. a nie inaczej", ?tak jest głupio", ?to jest zło" itd. Żywy trup na tym etapie ?swojego rozwoju" nie próbuje jeszcze otwarcie ?brać się za bary" z Bogiem, jeszcze woli Go ignorować, lub wierzy, że to jego właśnie, jako tego najlepszego, Bóg promuje. Atakuje agresywnie nie przebierając w środkach to, co nazywa "ludzką prawdą", ?ludzkim rozumieniem dobra", ?ludzkim ujęciem Boga" i jest przekonany, że może, de facto, innych ludzi, całą rzeczywistość, samego Boga ?owinąć sobie dookoła palca". Wierzy w swój sukces - w to, że uczyni życie śmiercią, a śmierć życiem.
Próbuje jeszcze trzymać się, chociażby formalnie, faktów, uznaje jakoś czy raczej toleruje pewne aspekty natury. Jest wodzem swojej własnej, prywatnej, totalnej ?rewolucji" i ma głęboką nadzieję zwycięstwa.11. Wystąpienie przeciwko Bogu. Żywy trup
Zwycięstwo to nie nadchodzi. Mnożą się natomiast porażki. Rzeczywistość. pomimo wszystkich manipulacji, pozostaje rzeczywistością. prawda. wbrew wszystkim wysiłkom. pozostaje prawdą. Prawo naturalne wciąż daje o sobie znać. Bóg wciąż jest Bogiem. Panem stworzenia i Prawodawcą. a Jego obecność i działalność, Jego miłosierdzie, od których nie można uciec, przypominają o ludzkiej słabości, małości, bezradności, boleśnie godzą w podsycaną wciąż przez rosnące ciągle, jak na drożdżach" pychę, "miłość" własną.
Żywy trup nie może pogodzić się z taką sytuacją. Występuje otwarcie, wprost przeciwko Bogu. Już nie jest "nieśmiałym" uczniem szatana. Jeśli świadomie uznawał go za swojego mistrza i przewodnika odrzucającego autorytet, nawet, niekiedy, gardzi nim z powodu jego porażek. To on - żywy trup będzie nosicielem światła - Lucyferem. To on pokona Boga i zajmie Jego miejsce.
Układa sobie więc teraz plan "detronizacji" Boga. Plan taki przybrać może różne postacie. Niekiedy jest bardzo rozbudowany, precyzyjny. finezyjny, drobiazgowy. Jego pierwszy punkt, jedyny zresztą, który udaje się żywemu trupowi zrealizować, jest zawsze taki sam: postępować tak jakby Boga nigdy nie było. Św. Bernard nazywa to "swobodą grzeszenia".
W tym momencie żywy trup zaczyna głosić "wolność bez granic" i realizuje ją podejmując i gloryfikując takie działania, co do których przypuszcza. że najbardziej zabolą Boga, najbardziej w Niego ugodzą. Grzech czyni swoim chlebem powszednim. "Nurza się" w nim i "tarza" jak świnia w błocie. Wychwala jego "smak". "Pieje" nad swoim "szczęściem". Drwi: "No i co, cóż na to Bóg, nic nie może, nie reaguje, jest bezsilny. nie ma go - umarł." Bada granice swojej niegodziwości, kroczy wciąż dalej i dalej. grzeszy coraz więcej. coraz częściej, coraz intensywniej. To zjawisko świetnie uchwycił Henryk Sienkiewicz w "Quo vadis" gdzie Neron. w chwili szczerości. mówi: "Zabiłem nawet swoją matkę. by zobaczyć czy bogowie zareagują" .
Pozbywa się resztek niepokoju. jest coraz pewniejszy siebie. czuje się coraz silniejszy. czuje się coraz bardziej bogiem. Powoli. niedostrzegalnie. dla siebie, przekracza ostatnią granicę - wchodzi w ostatni etap swojego ?rozkładu".
?Niestety. podobnie jak bywa z próbującym przejść rzekę w bród - stwierdza św. Bernard - i on zwolna pogrąża się w wirze grzechów". Dodajmy: by dotrzeć za życia, jeżeli to można jeszcze nazwać życiem, do samego dna ?piekła".12. ?Już cuchnie"
To dno ?piekła" św. Bernard nazywa ?nałogiem grzechowym". ?Gdy pierwsze występki - czytamy w traktacie ?O stopniach pokory i pychy? ? unikną straszliwego wyroku Bożego, szuka się nowych rozkoszy; te zaś uwodzą coraz bardziej. Rozbudza się pożądanie, rozum popada w stan uśpienia, a nałóg zacieśnia pęta. Nieszczęśnik stacza się w przepaść zła i jako więzień poddany zostaje tyranii występków".
Proces ?rozkładu" żywego trupa kończy się w tym momencie. Już nie ma w nim nic. co mogłoby jeszcze zgnić. Nad niczym już nie panuje. Jest tylko kukłą. którą wprawia w ruch. taka czy inna. teraz niejako samoistna. żądza. Jest mumią. która porusza się ruchem robactwa. które ją toczy. To dosłownie trup i to trup. Który ?już cuchnie".