Witajcie drodzy forumowicze.
Chciałbym podzielić się z wami pewną historią z mojego życia wziętą. Za mieszanie z błotem z góry dziękuje - nie jest mi to potrzebne.
Od dobrych 2 miesięcy przeglądam forum zapoznając się z Waszymi historiami i problemami w związkach. To interesuje mnie najbardziej z racji tego że również doszedłem w swoim życiu do rozdroża.
Większość historii ma zbliżony przebieg - było idealnie, później coraz gorzej ( powody różne, od braku czasu dla siebie, przez różnice charakterów, na zdradach kończąc). U nas jest nieco inaczej.
Poznaliśmy się na drugim roku studiów, 8 lat temu. (Małżeństwem jesteśmy od października 2014). Moja żona była koleżanką dziewczyny która w tamtym czasie dość skutecznie zawróciła mi w głowie. Nic z tego nie wyszło ale w międzyczasie poznałem jej znajomych w tym właśnie moją dzisiejszą małżonkę. Na początku spotykaliśmy się od tak, na przerwach między zajęciami. Żadnego zauroczenia czy motyli nie było ale miło było spędzać z nią czas. (Dodam od razu że jesteśmy dla siebie pierwszymi partnerami właściwie we wszystkim, co ze związkami związane). Fizycznie to nie było "to", ale wtedy nie zwracałem na to uwagi - spotkanie za spotkaniem zbliżaliśmy się do siebie. Trzymanie się za ręce, pierwsze pocałunki, to fascynowało i to bardzo. Tyle że tej przysłowiowej "chemii" nie było. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może nie potrafię tak kochać jakbym tego chciał? Tak wtedy o tym myślałem. Zbliżyliśmy się do siebie bardziej na poziomie emocjonalnym niż fizycznym. Czas mijał, zaczęliśmy funkcjonować jako para. I tak do końca studiów. Ona w międzyczasie zmieniła uczelnie, ja poszedłem do pracy, później już na własny rachunek. Spotykaliśmy się przez te kilka lat co kilka dni. Na początku 3x w tygodniu, później 2, a przez ostatnie 2 lata przed ślubem raz na tydzień. Jedynie wakacje to był czas gdy przebywaliśmy ze sobą dłużej (tydzień). Taki układ nawet mi odpowiadał, czułem się w nim dobrze pochłonięty własnymi sprawami. Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość. Widząc chyba mój brak zdecydowania zaczęła nalegać na zaręczyny. Nie spieszyłem się do tego, miałem sporo wątpliwości czy dobrze robie ale w końcu doczekała się ich po roku. Dla mnie był to jakby kolejny etap, próba zacieśnienia relacji, ona postanowiła jednak nie czekać i jak najszybciej ustalić termin ślubu. Pierwsza trudna rozmowa, prośba o wolniejsze tempo zakończona sprzeczką. Odpuściłem wtedy (o ja głupi dzisiaj żałuje tego chyba najbardziej), uwierzyłem w to że będzie dobrze. Wątpliwości przed ślubem sam od siebie odpychałem, przecież świetnie się dogadujemy na codzień, dobrze się nam razem pracuje, dziewczyna lojalna i uczciwa. Można by powiedzieć pewny strzał. Komu jak komu ale nam się nie może nie udać - tak o tym myślałem.
Rok do ślubu zleciał szybko (kto ma to już za sobą wie o czym mówię), przygotowania do wesela, urządzanie domu i rozpoczęliśmy wspólne życie. Chciałbym tu napisać że się rozczarowałem nim - ale nie, wszystko było właściwie tak jak to sobie wyobrażałem, żadnych kłótni, nieporozumień. Uzupełniamy się w życiu codziennym. Tylko mi w tym wszystkim jakby coraz gorzej się funkcjonowało. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może się dotrzemy a chemia przyjdzie z biegiem czasu. No i czas biegł, rok minął i żona zaczęła wspominać o dziecku. Niespecjalnie mnie to cieszyło ale nie chciałem sprawiać jej przykrości. Może ja już taki jestem? Trochę zimny i "niezainteresowany" życiem rodzinnym, seksem? - tak sobie o tym myślałem. Pojawiło się między nami napięcie - temat dziecka stał się tematem "trudnym". W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem jej co o tym myśle. Trafiliśmy do psychologa - z żoną było tak źle że nie widziałem innego wyjścia.
Kilkumiesięczna terapia po której dochodzę do wniosku że zapomniałem w tym wszystkim o ważnym aspekcie - o własnej fizyczności. O tym że bez tego fizycznego "przyciągania" uczucia są właściwie czysto platoniczne. Żona jest dla mnie bardziej przyjacielem niż kobietą którą chcę dotykać, przytulać czy sypiać z nią. I w tym wszystkim dziecko staje się przeszkodą nie do przeskoczenia. Nie złamie się w tej kwestii, nie odpuszczę kolejny raz siebie samego tylko po to żeby ją uszczęśliwić. Za dużo wymaga ode mnie. Tak na to dzisiaj patrzę. Czeka nas wiele trudnych rozmów ale jedyną opcją jaką dzisiaj widzę jest rozstanie - puki się nie nienawidzimy i puki nie wmieszaliśmy w to wszystko niewinnych dzieci.
Czyja to wina? Myślę że nie ma tutaj winnych. Ona chciała mieć męża, rodzinę, nie mogę jej winić za to że nalegała. Może jedynie siebie że nie zaprotestowałem wcześniej, nie chciałem jej ranić. Była dla mnie zbyt ważna aby ją krzywdzić. Tylko czy ja już jej największej krzywdy nie wyrządziłem? Z tym będę musiał żyć. Wpis ku przestrodze - wszystkim z wątpliwościami radzę przeczytać i przyjąć że takie po ślubie nie znikają. Jest tylko gorzej bo zamiast spotkań jesteście ze sobą cały czas. I mimo iż dom mamy duży to już nie mam pomysłów jak i gdzie przed nią uciekać i jak wodzić za nos. Mimo wszystko jest jeden pozytyw - mogę spokojnie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć że nigdy jej mimo wszystko nie zdradziłem. Ale czuje że długo tak nie wytrzymam. Gdzieś te potrzeby we mnie są i coraz częściej dają o sobie znać. Czy ta historia może liczyć na happy end? Na dzień dzisiejszy głęboko wierzę że NIE. Mam jednak nadzieję że ułoży sobie jeszcze życie i doczeka się tego czego tak bardzo potrzebuje - zasługuje na to. Na swój sposób jest wyjątkową i naprawdę wartościową osobą. Chwilami żałuje że nie udało mi się jej pokochać tak jak mężczyzna powinien kochać kobietę. Przyznaje się tutaj przed wami do tego że spieprzyłem jej najlepsze lata życia. I przyjdzie mi niedługo zmierzyć się z czymś co kładzie się cieniem na moim postrzeganiu świata. Rozwód?! i to przed 30tką?! Jak to się dziwnie w życiu plecie. Przecież to się nie mogło nie udać! Komu jak komu ale nam?!
Czy możecie mi coś sensownego doradzić? Pewnie nie - może jednak ktoś przerabiał podobny temat w swoim życiu. Takie osoby proszę o wpisy. Może czegoś nie dostrzegam.