O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 191 ]

1

Temat: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Witajcie drodzy forumowicze.
Chciałbym podzielić się z wami pewną historią z mojego życia wziętą. Za mieszanie z błotem z góry dziękuje - nie jest mi to potrzebne.
Od dobrych 2 miesięcy przeglądam forum zapoznając się z Waszymi historiami i problemami w związkach. To interesuje mnie najbardziej z racji tego że również doszedłem w swoim życiu do rozdroża.
Większość historii ma zbliżony przebieg - było idealnie, później coraz gorzej ( powody różne, od braku czasu dla siebie, przez różnice charakterów, na zdradach kończąc). U nas jest nieco inaczej.
Poznaliśmy się na drugim roku studiów, 8 lat temu. (Małżeństwem jesteśmy od października 2014). Moja żona była koleżanką dziewczyny która w tamtym czasie dość skutecznie zawróciła mi w głowie. Nic z tego nie wyszło ale w międzyczasie poznałem jej znajomych w tym właśnie moją dzisiejszą małżonkę. Na początku spotykaliśmy się od tak, na przerwach między zajęciami. Żadnego zauroczenia czy motyli nie było ale miło było spędzać z nią czas. (Dodam od razu że jesteśmy dla siebie pierwszymi partnerami właściwie we wszystkim, co ze związkami związane). Fizycznie to nie było "to", ale wtedy nie zwracałem na to uwagi - spotkanie za spotkaniem zbliżaliśmy się do siebie. Trzymanie się za ręce, pierwsze pocałunki, to fascynowało i to bardzo. Tyle że tej przysłowiowej "chemii" nie było. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może nie potrafię tak kochać jakbym tego chciał? Tak wtedy o tym myślałem. Zbliżyliśmy się do siebie bardziej na poziomie emocjonalnym niż fizycznym. Czas mijał, zaczęliśmy funkcjonować jako para. I tak do końca studiów. Ona w międzyczasie zmieniła uczelnie, ja poszedłem do pracy, później już na własny rachunek. Spotykaliśmy się przez te kilka lat co kilka dni. Na początku 3x w tygodniu, później 2, a przez ostatnie 2 lata przed ślubem raz na tydzień. Jedynie wakacje to był czas gdy przebywaliśmy ze sobą dłużej (tydzień). Taki układ nawet mi odpowiadał, czułem się w nim dobrze pochłonięty własnymi sprawami. Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość. Widząc chyba mój brak zdecydowania zaczęła nalegać na zaręczyny. Nie spieszyłem się do tego, miałem sporo wątpliwości czy dobrze robie ale w końcu doczekała się ich po roku. Dla mnie był to jakby kolejny etap, próba zacieśnienia relacji, ona postanowiła jednak nie czekać i jak najszybciej ustalić termin ślubu. Pierwsza trudna rozmowa, prośba o wolniejsze tempo zakończona sprzeczką. Odpuściłem wtedy (o ja głupi dzisiaj żałuje tego chyba najbardziej), uwierzyłem w to że będzie dobrze. Wątpliwości przed ślubem sam od siebie odpychałem, przecież świetnie się dogadujemy na codzień, dobrze się nam razem pracuje, dziewczyna lojalna i uczciwa. Można by powiedzieć pewny strzał. Komu jak komu ale nam się nie może nie udać - tak o tym myślałem.
Rok do ślubu zleciał szybko (kto ma to już za sobą wie o czym mówię), przygotowania do wesela, urządzanie domu i rozpoczęliśmy wspólne życie. Chciałbym tu napisać że się rozczarowałem nim - ale nie, wszystko było właściwie tak jak to sobie wyobrażałem, żadnych kłótni, nieporozumień. Uzupełniamy się w życiu codziennym. Tylko mi w tym wszystkim jakby coraz gorzej się funkcjonowało. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może się dotrzemy a chemia przyjdzie z biegiem czasu. No i czas biegł, rok minął i żona zaczęła wspominać o dziecku. Niespecjalnie mnie to cieszyło ale nie chciałem sprawiać jej przykrości. Może ja już taki jestem? Trochę zimny i "niezainteresowany" życiem rodzinnym, seksem? - tak sobie o tym myślałem.  Pojawiło się między nami napięcie - temat dziecka stał się tematem "trudnym". W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem jej co o tym myśle. Trafiliśmy do psychologa - z żoną było tak źle że nie widziałem innego wyjścia.
Kilkumiesięczna terapia po której dochodzę do wniosku że zapomniałem w tym wszystkim o ważnym aspekcie - o własnej fizyczności. O tym że bez tego fizycznego "przyciągania" uczucia są właściwie czysto platoniczne. Żona jest dla mnie bardziej przyjacielem niż kobietą którą chcę dotykać, przytulać czy sypiać z nią. I w tym wszystkim dziecko staje się przeszkodą nie do przeskoczenia. Nie złamie się w tej kwestii, nie odpuszczę kolejny raz siebie samego tylko po to żeby ją uszczęśliwić. Za dużo wymaga ode mnie. Tak na to dzisiaj patrzę. Czeka nas wiele trudnych rozmów ale jedyną opcją jaką dzisiaj widzę jest rozstanie - puki się nie nienawidzimy i puki nie wmieszaliśmy w to wszystko niewinnych dzieci.
Czyja to wina? Myślę że nie ma tutaj winnych. Ona chciała mieć męża, rodzinę, nie mogę jej winić za to że nalegała. Może jedynie siebie że nie zaprotestowałem wcześniej, nie chciałem jej ranić. Była dla mnie zbyt ważna aby ją krzywdzić. Tylko czy ja już jej największej krzywdy nie wyrządziłem? Z tym będę musiał żyć. Wpis ku przestrodze - wszystkim z wątpliwościami radzę przeczytać  i przyjąć że takie  po ślubie nie znikają. Jest tylko gorzej bo zamiast spotkań jesteście ze sobą cały czas. I mimo iż dom mamy duży to już nie mam pomysłów jak i gdzie przed nią uciekać i jak wodzić za nos. Mimo wszystko jest jeden pozytyw - mogę spokojnie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć że nigdy jej mimo wszystko nie zdradziłem. Ale czuje że długo tak nie wytrzymam. Gdzieś te potrzeby we mnie są i coraz częściej dają o sobie znać. Czy ta historia może liczyć na happy end? Na dzień dzisiejszy głęboko wierzę że NIE. Mam jednak nadzieję że ułoży sobie jeszcze życie i doczeka się tego czego tak bardzo potrzebuje - zasługuje na to. Na swój sposób jest wyjątkową i naprawdę wartościową osobą. Chwilami żałuje że nie udało mi się jej pokochać tak jak mężczyzna powinien kochać kobietę. Przyznaje się tutaj przed wami do tego że spieprzyłem jej najlepsze lata życia. I przyjdzie mi niedługo zmierzyć się z czymś co kładzie się cieniem na moim postrzeganiu świata. Rozwód?! i to przed 30tką?! Jak to się dziwnie w życiu plecie. Przecież to się nie mogło nie udać! Komu jak komu ale nam?!

Czy możecie mi coś sensownego doradzić? Pewnie nie - może jednak ktoś przerabiał podobny temat w swoim życiu. Takie osoby proszę o wpisy. Może czegoś nie dostrzegam.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

zakończ to jak najszybciej
co można więcej powiedzieć sam wiesz jaki błąd popełniłeś i jak ja skrzywdziłeś

3

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Po pierwsze, gratuluję odwagi, że sam doszedłeś do miejsca, gdzie twój obraz siebie jest jasny i klarowny. Po drugie myślę, że w czasach gdzie małżeństwa były zawierane z innych powodów (i nadal w sumie są), wasze miałoby całkiem duże szanse na przetrwanie. Ożeniłeś się z rozsądku, tej osławionej "chemii" od początku nie było. Ciekawe jak było z jej strony, bo nie wierzę, że nie rozumiała na jakich wartościach wasz związek się opiera. Choć może była w tobie bardzo zakochana, ty dobrze odgrywałeś rolę chłopaka, narzeczonego, męża, to się dziewczyna nic nie domyślała. Później jak kulturowa bajka nie mogła się dalej kręcić, to zaczęły się problemy, depresja i terapia.

Wiesz, mam dużo wyrozumiałości dla ciebie i nie będę ci ciosać kołków na głowie. Mi koleżanka Marajka w moim wątku napisała, że ta druga osoba w związku jest właśnie takim wyzwalaczem i poligonem dla nas, abyśmy się rozwijali i odkrywali kim naprawdę jesteśmy. Aż mnie korci, z takiej babskiej ciekawości, żebyś spojrzał na mój wątek i wysnuł z opowieści, czy my już też na wylocie i nie ma się co oszukiwać. U nas chemia była ogromna, do dziś jest, ale jest mnóstwo obszarów, w tym wizja na wspólne życie, które są rozbieżne. Zresztą, on też tak przede mną ucieka tak jak ty przed nią. Może właśnie w ten sposób daje mi do zrozumienia, że to nie to. Może taka jest prawda, nie natomiast to, że taki już jest. Być może z inną, jak i ja z innym, w większości spraw organizowalibyśmy się jak masełko.

Życzę powodzenia, dużo sił i wiary w siebie, jeśli dojdzie do rozwodu. Trzymaj się.

4

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Energy nie pierwszy i nie ostatni stajesz przed takim problemem:

http://www.netkobiety.pl/t92379.html

5

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Tyś się chłopie nie wyszalał i o to Ci chodzi. Chcesz zobaczyć jak to jest być z inną. Czy seks inaczej smakuje, czy można czuć te przysłowiowe motylki, czy da się ponieść namiętności itd. Ale gdzieś tam jakaś moralność nie pozwala Ci tego smakować, gdy jesteś w małżeństwie, oczywiście kwestia czasu bo prędzej czy później moralność zanika. Rozejdziecie się i tak więc lepiej chyba teraz niż jak już będziesz ją regularnie zdradzał. Wbrew temu co piszesz Twoja historia wcale nie różni się od niektórych opisywanych na forum- poszperaj to znajdziesz. Był związek z rozsądku, a chcesz z miłości. Dostaniesz po zadku od takiej co Ci zawróci w głowie to zatęsknisz za tą z rozsądku. Niestety takie życie.

6 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2016-05-12 10:06:37)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
lilianna90 napisał/a:

Tyś się chłopie nie wyszalał i o to Ci chodzi. Chcesz zobaczyć jak to jest być z inną. Czy seks inaczej smakuje, czy można czuć te przysłowiowe motylki, czy da się ponieść namiętności itd. Ale gdzieś tam jakaś moralność nie pozwala Ci tego smakować, gdy jesteś w małżeństwie, oczywiście kwestia czasu bo prędzej czy później moralność zanika. Rozejdziecie się i tak więc lepiej chyba teraz niż jak już będziesz ją regularnie zdradzał. Wbrew temu co piszesz Twoja historia wcale nie różni się od niektórych opisywanych na forum- poszperaj to znajdziesz. Był związek z rozsądku, a chcesz z miłości. Dostaniesz po zadku od takiej co Ci zawróci w głowie to zatęsknisz za tą z rozsądku. Niestety takie życie.

Lilianna skad Ty bierzesz te madrosci? Serio wierzysz w to ze mozna stworzyc szczesliwy zwiazek kalkulujac a nie czujac? Autor nie wyszalal sie to fakt ale nie w tym rzecz ze znudzila mu sie malzenska stagnacja i szuka na nowo motylkow. On tych motylkow nigdy nie czul i tu wlasnie popelnil blad.... zakladajac ze tak to widocznie ma wygladac. Jako ze zona byla jego pierwsza kobieta nie mial porownania jak wyglada prawdziwe zauroczenie /zakochanie a jak taka "wychodzona" relacja z przyzwyczajenia. Mleko sie juz rozlalo bo jak sam zapewne wie nalezalo nie dopuscic wogole do slubu ale skoro juz sie stalo to teraz nalezy ratowac co sie da. Piszac ratowac nie mam na mysli na sile tkwic w malzenstwie bez milosci zakladajac jak sugeruje Lilianna ze lepszy taki zdroworozsadkowy uklad  tylko powiedziec zonie prawde i rozstac sie dajac jej tym samym szanse na ulozenie sobie zycia i urodzenie dzieci komus kto ja pokocha naprawde. Zapewne bedzie cierpiala teraz gdy sie dowie ale lepsze to niz zycie w klamstwie.

7

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Plus za to , ze nie zdradziłeś.
Czytając Twój post mialam wrażenie, że na końcu przeczytam o kochance....z którą chemia jest niesamowita.
Minus-nigdy nie wsłuchałeś się w siebie i w swoje potrzeby.A efekt tego jest jaki jest.Widmo rozwodu i Wasze lata spisane na marne

8

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Teraz się wydaje ze to były lata na marne, ale jest szansa ze oboje was czegoś nauczyły.  Ona też nie jest bez winy, musiała czuć ze to nie była miłość z twojej  strony. Moze weszła w małżeństwo z rozsądku a moze w ogóle nie odczuwa milosci. Jedno jest pewne - wiedziała na czym stoi.
Także rozwód i do przodu!
PS.  Nigdy ale to nigdy nie jesteś odpowiedzialny za decyzje innych dorosłych  ludzi!  To że było jej łatwiej wziąć ślub z facetem który jej  nie kocha niż zerwać i być samodzielną nie sprawia, że masz świadczyć usługi do końca życia.  Co innego gdybyście mieli dzieci.

9

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
feniks35 napisał/a:
lilianna90 napisał/a:

Tyś się chłopie nie wyszalał i o to Ci chodzi. Chcesz zobaczyć jak to jest być z inną. Czy seks inaczej smakuje, czy można czuć te przysłowiowe motylki, czy da się ponieść namiętności itd. Ale gdzieś tam jakaś moralność nie pozwala Ci tego smakować, gdy jesteś w małżeństwie, oczywiście kwestia czasu bo prędzej czy później moralność zanika. Rozejdziecie się i tak więc lepiej chyba teraz niż jak już będziesz ją regularnie zdradzał. Wbrew temu co piszesz Twoja historia wcale nie różni się od niektórych opisywanych na forum- poszperaj to znajdziesz. Był związek z rozsądku, a chcesz z miłości. Dostaniesz po zadku od takiej co Ci zawróci w głowie to zatęsknisz za tą z rozsądku. Niestety takie życie.

Lilianna skad Ty bierzesz te madrosci? Serio wierzysz w to ze mozna stworzyc szczesliwy zwiazek kalkulujac a nie czujac? Autor nie wyszalal sie to fakt ale nie w tym rzecz ze znudzila mu sie malzenska stagnacja i szuka na nowo motylkow. On tych motylkow nigdy nie czul i tu wlasnie popelnil blad.... zakladajac ze tak to widocznie ma wygladac. Jako ze zona byla jego pierwsza kobieta nie mial porownania jak wyglada prawdziwe zauroczenie /zakochanie a jak taka "wychodzona" relacja z przyzwyczajenia. Mleko sie juz rozlalo bo jak sam zapewne wie nalezalo nie dopuscic wogole do slubu ale skoro juz sie stalo to teraz nalezy ratowac co sie da. Piszac ratowac nie mam na mysli na sile tkwic w malzenstwie bez milosci zakladajac jak sugeruje Lilianna ze lepszy taki zdroworozsadkowy uklad  tylko powiedziec zonie prawde i rozstac sie dajac jej tym samym szanse na ulozenie sobie zycia i urodzenie dzieci komus kto ja pokocha naprawde. Zapewne bedzie cierpiala teraz gdy sie dowie ale lepsze to niz zycie w klamstwie.

Absolutnie nie jestem za związkami z rozsądku, źle mnie zrozumiałeś:) Jestem za szczerą miłością, partnerską relacją itd. Ale ciężko mi uwierzyć, że autor bez żadnego innego powodu po 8 latach bycia razem i X latach w małżeństwie (nie wiem ile jesteście po ślubie) nagle od tak uznał, że żony nie kocha, a ślub to był błąd wyżebrany przez żonę. W 90% za takim myśleniem stoi ktoś. Sam autor wspomniał, że boi się, że nie dotrzyma wierności i woli odejść za wczas. Czyli bardziej jestem skłonna uwierzyć, że nowa koleżanka z pracy jest wyjątkowo atrakcyjna, albo sąsiadka z trzeciej klatki zaczęła się uśmiechać. I również jestem za rozstaniem żeby nie było.

10

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
lilianna90 napisał/a:

Ale ciężko mi uwierzyć, że autor bez żadnego innego powodu po 8 latach bycia razem i X latach w małżeństwie (nie wiem ile jesteście po ślubie) nagle od tak uznał, że żony nie kocha, a ślub to był błąd wyżebrany przez żonę. W 90% za takim myśleniem stoi ktoś. Sam autor wspomniał, że boi się, że nie dotrzyma wierności i woli odejść za wczas. Czyli bardziej jestem skłonna uwierzyć, że nowa koleżanka z pracy jest wyjątkowo atrakcyjna, albo sąsiadka z trzeciej klatki zaczęła się uśmiechać. I również jestem za rozstaniem żeby nie było.

Bardzo mi miło że mogłem trafić do tej zaszczytnej grupy 10% mężczyzn którzy do podobnych wniosków doszli bez udziału osoby trzeciej. U mnie problem pojawił się razem z tematem dziecka - osoby której nie da się od tak wymazać z życia i zapomnieć o nim. Zbyt ważna to dla mnie kwestia żeby taką decyzję podejmować bez 100% pewności czy ten związek jest tym czym powinien być dla mnie aby z mojej strony była gotowość na przyjęcie dzieci. Z tym trafiliśmy do psychologa. Jak się później okazało problem był bardziej złożony o czym napisałem już wcześniej w pierwszej wiadomości. Dziękuje za wszystkie uwagi i sugestie (zwłaszcza te od  pannapanna dotyczące odpowiedzialności za decyzje innych) są dla mnie istotne - pomagają spojrzeć z innej strony na to co się stało i ułatwią mi pracę z terapeutką.

11

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

W temacie związków już sam siebie przekreśliłem - na tą chwilę zwyczajnie bałbym się powtórki tej historii. Najtrudniej było pogodzić się z tym że prawdopodobnie oznacza to że dzieci już miał nie będę (a jednak bardzo mi na tym zależy). Nie chcę jednak żyć z kobietą z którą łączą mnie jedynie obowiązki rodzicielskie. Jeśli oznacza to samotność do końca życia - pogodziłem się z tym i zaakceptowałem taką kolej rzeczy. Psycholog twierdzi co prawda że bije ode mnie niesamowita energia i przyciągam ludzi jak magnes do siebie ale obawa o to czy oby znów nie popełniałbym błędu bierze górę. Żona już wie praktycznie o wszystkim więc cały temat nie jest dla niej czymś nowym.

12

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

oj Energy, Energy napiszę Ci szczerzę jesteś typem faceta, którego naprawdę nie znoszę- nie masz swojego zdania
nie chciałeś się ożenieć ze swoją żoną, ale to zrobiłeś
nie pociągała cię fizycznie, mimo,że to jest dla cibie ważne i ty o tym wiesz- cóż wolałeś o tym nie myśleć
wiele rzeczy, które ci się nie podobały i których nie chciałeś zepchnąłeś w głąb psychiki i nie zaglądałeś do tego miejsca i dopiero sprawa dziecka to odblokowała- dlaczego? nie gadaliście przedtem o dzieciach? jeżu
przez x-lat byłeś bierny a żona zbyt naciskała- dla ciebie najlepszym wyjściem jest rozwód, ale co z twoją zoną, pamiętaj, że przez twój brak własnego zdania wplątałeś ją w to wszystko (czy ona wiedziała o twoich wątpliwościach dot. ślubu?) - jesteś za nią odpowiedzialny

13 Ostatnio edytowany przez energy (2016-05-12 20:37:56)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:

oj Energy, Energy napiszę Ci szczerzę jesteś typem faceta, którego naprawdę nie znoszę- nie masz swojego zdania

Czy ja nie mam swojego zdania? Aż tak źle nie jest - temat mam już przepracowany z psychoterapeutą. Wręcz przeciwnie - mam silną osobowość, nie podlegającą wpływom z zewnątrz. Swoje zdanie mam, ba nie podlega ono zazwyczaj negocjacji i zawsze robię tak jak chce (przykłady pominę ale jest ich całkiem dużo, również w sytuacjach konfliktowych na linii ja - żona ostatecznie stawało na moim) W ostateczności temat przemilczę a i tak zrobię to co sobie wymyśliłem.  Problem pojawia się z  wypowiedzeniem tego co myślę lub czuję prosto w oczy w delikatnych kwestiach i w sytuacji gdy wiem, że to co powiem w jakiś sposób zrani osobę na której mi zależy a jest dla mnie kimś niezwykle ważnym. Tak doszło do ślubu, do tego kalkulacja na chłodno że ten nasz związek ma jednak sens i będzie bezpiecznym rozwiązaniem dla nas obojga. Nie sądziłem wówczas że to co dzisiaj jest problemem stanie się nim kiedykolwiek.

14

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Czytam i przecieram oczy ze zdumienia. Facet wszedł w związek z kobietą, której nie pożąda i nie kocha, bo ONA chciała.
Potem wziął z nią ślub, bo ONA chciała.

Teraz nie wie jak to wszystko zakończyć żeby jej nie zranić (no, ok to ostatnie ma jakiś sens).

I na to wszystko gość twierdzi, że  ma "zajebiście silną osobowość".
big_smile <---


A ten psycholog, co ci to powiedział to był po jakimś kursie tygodniowym na 'psychologów' czy też nie chciał cię zranić prawdą?

Kurde, co wątek to fantasta.

15

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:

dopiero sprawa dziecka to odblokowała- dlaczego? nie gadaliście przedtem o dzieciach? jeżu
przez x-lat byłeś bierny a żona zbyt naciskała- dla ciebie najlepszym wyjściem jest rozwód, ale co z twoją zoną, pamiętaj, że przez twój brak własnego zdania wplątałeś ją w to wszystko (czy ona wiedziała o twoich wątpliwościach dot. ślubu?) - jesteś za nią odpowiedzialny

Sprawa dziecka zapoczątkowała myślenie o nas od nowa, tym razem doszedłem do innych wniosków niż przed dwoma laty. O dzieciach gadaliśmy - chyba jak każda para. Ja ich chciałem kiedyś tam, ona też i temat poszedł w odstawkę. Właściwie dalej chcę zostać ojcem gdzieś tam głęboko w głowie mam taką myśl i potrzebę ale w tej relacji nie widzę takiej możliwości. Na inną relację również aktualnie możliwości nie widzę i sytuacja wygląda nieciekawie.

Co z moją żoną? to jest temat który spędza mi sen z powiek. Pozwoliłem jej uzależnić się od siebie i wyplątanie się z tego wszystkiego co nas łączy będzie syzyfową pracą. O wątpliwościach wiedziała, rozmawialiśmy o tym. Dałem się jednak ugłaskać zapewnieniami że będzie nam dobrze. Argumenty były przekonujące więc czemu miałem w to wszystko nie uwierzyć. Tuż przed ślubem chciałem go i nikt mnie nie musiał siłą do ołtarza ciągnąć. Życie zweryfikowało jednak dość boleśnie to czego każde z nas oczekiwało od tego związku.

16

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Elle88 napisał/a:

Czytam i przecieram oczy ze zdumienia. Facet wszedł w związek z kobietą, której nie pożąda i nie kocha, bo ONA chciała.
Potem wziął z nią ślub, bo ONA chciała.

Teraz nie wie jak to wszystko zakończyć żeby jej nie zranić (no, ok to ostatnie ma jakiś sens).

I na to wszystko gość twierdzi, że  ma "zajebiście silną osobowość".
big_smile <---


A ten psycholog, co ci to powiedział to był po jakimś kursie tygodniowym na 'psychologów' czy też nie chciał cię zranić prawdą?

Kurde, co wątek to fantasta.

Pewne skróty myślowe które się tutaj pojawiają faktycznie sprawiają że możesz odnieść takie wrażenie. Jeśli przeczytasz dokładnie pierwszy wpis - zrozumiesz że swoje uczucia do niej poznałem dopiero na psychoterapii. Wcześniej sądziłem że to tak wygląda - żadnego innego doświadczenia w tym temacie nie miałem więc niby na jakiej podstawie miałem wysnuć takie wnioski?

17

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

żadnego innego doświadczenia w tym temacie nie miałem więc niby na jakiej podstawie miałem wysnuć takie wnioski?

fair inaf

Co jednak nie zmienia faktu, że brak znajomości siebie i swoich potrzeb gryzie się z posiadaniem silnej osobowości.

18

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
energy napisał/a:
NiobeXXX napisał/a:

oj Energy, Energy napiszę Ci szczerzę jesteś typem faceta, którego naprawdę nie znoszę- nie masz swojego zdania

Czy ja nie mam swojego zdania? Aż tak źle nie jest - temat mam już przepracowany z psychoterapeutą. Wręcz przeciwnie - mam silną osobowość, nie podlegającą wpływom z zewnątrz. Swoje zdanie mam.......
Problem pojawia się z  wypowiedzeniem tego co myślę lub czuję prosto w oczy w delikatnych kwestiach i w sytuacji gdy wiem, że to co powiem w jakiś sposób zrani osobę na której mi zależy a jest dla mnie kimś niezwykle ważnym. Tak doszło do ślubu, do tego kalkulacja na chłodno że ten nasz związek ma jednak sens i będzie bezpiecznym rozwiązaniem dla nas obojga. Nie sądziłem wówczas że to co dzisiaj jest problemem stanie się nim kiedykolwiek.

jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem, który nie ma swojego zdania w danym temacie a człowiekiem, który je ma, ale nie wypowie się i pozwoli "by się działo" będąc biernym???
zmień terapeutę bo ten chyba mówi ci to co chcesz usłyszeć

a tak na serio, skrzywdziłeś żonę bo osoba z jajami nie daje się w coś wciągnąć jeśli jej to "nie pasi",  MÓWI WPROST " przykro mi, ale nie",  NIE DAJE SIĘ UGŁASKAĆ by mieć św spokój- i tak go nie masz

namotałeś tej kobiecie w życiu- ja dałabym ci rozwód i pozwała o odszkodowanie i alimenty

19

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:
energy napisał/a:
NiobeXXX napisał/a:

oj Energy, Energy napiszę Ci szczerzę jesteś typem faceta, którego naprawdę nie znoszę- nie masz swojego zdania

Czy ja nie mam swojego zdania? Aż tak źle nie jest - temat mam już przepracowany z psychoterapeutą. Wręcz przeciwnie - mam silną osobowość, nie podlegającą wpływom z zewnątrz. Swoje zdanie mam.......
Problem pojawia się z  wypowiedzeniem tego co myślę lub czuję prosto w oczy w delikatnych kwestiach i w sytuacji gdy wiem, że to co powiem w jakiś sposób zrani osobę na której mi zależy a jest dla mnie kimś niezwykle ważnym. Tak doszło do ślubu, do tego kalkulacja na chłodno że ten nasz związek ma jednak sens i będzie bezpiecznym rozwiązaniem dla nas obojga. Nie sądziłem wówczas że to co dzisiaj jest problemem stanie się nim kiedykolwiek.

jaka jest różnica pomiędzy człowiekiem, który nie ma swojego zdania w danym temacie a człowiekiem, który je ma, ale nie wypowie się i pozwoli "by się działo" będąc biernym???
zmień terapeutę bo ten chyba mówi ci to co chcesz usłyszeć

a tak na serio, skrzywdziłeś żonę bo osoba z jajami nie daje się w coś wciągnąć jeśli jej to "nie pasi",  MÓWI WPROST " przykro mi, ale nie",  NIE DAJE SIĘ UGŁASKAĆ by mieć św spokój- i tak go nie masz

namotałeś tej kobiecie w życiu- ja dałabym ci rozwód i pozwała o odszkodowanie i alimenty

Tak jak wspomniałem wyżej niestety bez opisania całej sytuacji macie jedynie szkic tego co się wydarzyło i wyciągacie błędne wnioski. Na odszkodowanie nie miała by co liczyć również ze względów tutaj pominiętych. Myślę że argumentacja jednej i drugiej strony nie przechyliłaby sprawy w tą stronę. Nie chce tutaj jednak oczerniać mojej żony więc temat przemilczę. Przed alimentami nie będę się wzbraniał jednak żona należy do tej grupy osób które takie rozwiązania nie interesują. Nasze sprawy załatwimy między sobą tak aby obie strony nie czuły się pokrzywdzone. Taką mieliśmy umowę przed ślubem i to pozostaje w mocy o czym już zdążyliśmy sobie nawzajem przypomnieć na terapii poruszając wątek rozstania.

20

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:

przez x-lat byłeś bierny a żona zbyt naciskała- dla ciebie najlepszym wyjściem jest rozwód, ale co z twoją zoną, pamiętaj, że przez twój brak własnego zdania wplątałeś ją w to wszystko (czy ona wiedziała o twoich wątpliwościach dot. ślubu?) - jesteś za nią odpowiedzialny

Tu ja przecieram oczy!
A ta zona to malutkie, zupelnie niezdolne do przejmowania za siebie odpowiedzialnosci dziecko?
Widzialy galy co braly. Tego chciala, choc wiedziala o watpliwosciach. Jest za siebie sama odpowiedzialna.
To nalezy do rownouprawnienia.

Autor bierze za siebie odpowiedzialnosc, a przede wszystkim zapobiega dalszym bledom, jak na przyklad dziecku. Za to bylby rzeczywiscie odpowiedzialny.
A zona mimo tego, ze wie jaka jest sytuacja, nadal nie mialaby nic przeciwko, z tego co zrozumialam...to sie niby ma nazywac odpowiedzialnoscia? Kto tu jest ofiara?

Kto nie popelnil zadnych zyciowych bledow i ZAWSZE robil TYLKO to, co jedynie sluszne, ZAWSZE szedl za swoim nieomylnym wewnetrznym glosem, niech pierwszy rzuci kamieniem...wyglada na to, ze sa tu tacy, ktorzy przynajmniej sie za takich bezblednych uwazaja. big_smile

21

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Bez wzgledu na to co Autorowi dolega, bo byc moze nigdy do tego nie dojdzie on sam nalezy stwierdzic, ze ma jakues zaburzenia. Funkcjonalny, dojrzaly czlowiek nie uklada sobie tak relacji z drugim czliwiekiem jak Autor. Trudno tu obarczac Autora wina prawdopodobnie nie mial rozeznania co do siebie, bo widac, ze nie ma go takze teraz.
Podam tylko co przychodzi mi do glowy... Moze boi sie bluskosci, a moze uczucie w nim rozpalic moze tylko kobieta, ktora Go nie chce, totalnie niedostepna, to w sumie jest zrezta objaw tego pierwszego. Przewidywalna, lojalna i bezpieczna nie moze wywolac w Nim namietnosci. Moze potrzebuje bluskosci tylko do prwnej granicy, ktorej przekroczenie oznacza znalezienie sie w potrzasku.
Polecam artykul http://www.malinowa.tv/2013/05/gdy-przy … hanie.html
Oraz ksiazke "mezczyzni, ktorzy nie potrafia kochac"

22

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:

jesteś za nią odpowiedzialny

Da what????
On odpowiedzialny za starą babę?
Odpowiedzialny to by był za dziecko, niepełnosprawnego brata albo chorą matkę.
A kobieta niech się sama zatroszczy o siebie. Do ołtarza jej podstępem nie zaciągnął,  wiedziała w co się  pakuje, teraz ma konsekwencje.
On też nota bene, bo widać ze to przeżywa.
Elle - znam gościa,  normalny facet z własnym zdaniem który tak samo jak autor dał się wmanipulować w ślub z rozsądku. Też nie był zbyt happy, no ale - rodzina, lata itp itd. A głównie - bo tak trzeba, wypada.
Też się już rozwiódł. Ludzie potrafią sobie nieźle wmówić potrzebę kogoś innego tak że wydaje im się że to ich potrzeba. Sama pamietam jako całe ciało krzyczało żebym się nie wiązała z moim ex ale mózg co innego - tyle lat razem, stara juz jestem, nikogo innego nie znajdę,  wspólne raty na pralkę itd. Skutkiem tego jestem rozwódką z 2 dzieci.
Zawsze powtarzam - związek zawarty z niewłaściwych powodów NIE MA PRAWA się udać. I prędzej czy później bańka pęknie.  Dobrze ze autorowi pękła tak szybko,  bo jakby miał dzieci to albo by je unieszczesliwił rozwodem albo by został i znienawidził tę kobietę. Albo jeszce gorzej - by się stał szują.
Autorze - szybkie cięcie to jedyna metoda. Oszczędzi wam łez. A żona żyła bez Ciebie wczrsniej to i po tobie będzie żyła.

23

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Widzisz energy, doskonale Cię rozumiem. Byłam w identycznej sytuacji. Rozstalismy bo nasz związek zakrawal na kpine.
Teraz jesteśmy w nowych, szczęśliwych związkach.
Nie oklamuj siebie i jej.

24

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

W młodym wieku wszystko wydaje się inne .Zauroczenie bierze się za miłość
Można być silną osobowością i popełniać błędy .Autor bierze całą winę za zaistniałą sytuacje na siebie nie zrzuca tego na żonę.
Może myślał że z czasem to się zmieni w uczucie nie skrzywdził świadomie swojej żony nie o to mu chodziło i nie tego chciał, nie wyszło i raczej nie miało prawa wyjść.
Znam to z autopsji.
Tyle że u mnie było odwrotnie to on nalegał a Ja wyraziłam zgodę .
Niestety cud nie nastąpił.
Małżeństwo zakończyło się rozwodem.
Czy były to zmarnowane lata nie ,dały szersze spojrzenie i wnioski na przyszłość.
Nie da się przejść przez życie nie wyrządzając po drodze nikomu krzywdy(świadomie bądź nie) to nie realne.
Zakończ to małżeństwo zanim poranicie się bardziej .

25 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-13 12:14:29)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
energy napisał/a:

Witajcie drodzy forumowicze.
Chciałbym podzielić się z wami pewną historią z mojego życia wziętą. Za mieszanie z błotem z góry dziękuje - nie jest mi to potrzebne.
Od dobrych 2 miesięcy przeglądam forum zapoznając się z Waszymi historiami i problemami w związkach. To interesuje mnie najbardziej z racji tego że również doszedłem w swoim życiu do rozdroża.
Większość historii ma zbliżony przebieg - było idealnie, później coraz gorzej ( powody różne, od braku czasu dla siebie, przez różnice charakterów, na zdradach kończąc). U nas jest nieco inaczej.
Poznaliśmy się na drugim roku studiów, 8 lat temu. (Małżeństwem jesteśmy od października 2014). Moja żona była koleżanką dziewczyny która w tamtym czasie dość skutecznie zawróciła mi w głowie. Nic z tego nie wyszło ale w międzyczasie poznałem jej znajomych w tym właśnie moją dzisiejszą małżonkę. Na początku spotykaliśmy się od tak, na przerwach między zajęciami. Żadnego zauroczenia czy motyli nie było ale miło było spędzać z nią czas. (Dodam od razu że jesteśmy dla siebie pierwszymi partnerami właściwie we wszystkim, co ze związkami związane). Fizycznie to nie było "to", ale wtedy nie zwracałem na to uwagi - spotkanie za spotkaniem zbliżaliśmy się do siebie. Trzymanie się za ręce, pierwsze pocałunki, to fascynowało i to bardzo. Tyle że tej przysłowiowej "chemii" nie było. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może nie potrafię tak kochać jakbym tego chciał? Tak wtedy o tym myślałem. Zbliżyliśmy się do siebie bardziej na poziomie emocjonalnym niż fizycznym. Czas mijał, zaczęliśmy funkcjonować jako para. I tak do końca studiów. Ona w międzyczasie zmieniła uczelnie, ja poszedłem do pracy, później już na własny rachunek. Spotykaliśmy się przez te kilka lat co kilka dni. Na początku 3x w tygodniu, później 2, a przez ostatnie 2 lata przed ślubem raz na tydzień. Jedynie wakacje to był czas gdy przebywaliśmy ze sobą dłużej (tydzień). Taki układ nawet mi odpowiadał, czułem się w nim dobrze pochłonięty własnymi sprawami. Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość. Widząc chyba mój brak zdecydowania zaczęła nalegać na zaręczyny. Nie spieszyłem się do tego, miałem sporo wątpliwości czy dobrze robie ale w końcu doczekała się ich po roku. Dla mnie był to jakby kolejny etap, próba zacieśnienia relacji, ona postanowiła jednak nie czekać i jak najszybciej ustalić termin ślubu. Pierwsza trudna rozmowa, prośba o wolniejsze tempo zakończona sprzeczką. Odpuściłem wtedy (o ja głupi dzisiaj żałuje tego chyba najbardziej), uwierzyłem w to że będzie dobrze. Wątpliwości przed ślubem sam od siebie odpychałem, przecież świetnie się dogadujemy na codzień, dobrze się nam razem pracuje, dziewczyna lojalna i uczciwa. Można by powiedzieć pewny strzał. Komu jak komu ale nam się nie może nie udać - tak o tym myślałem.
Rok do ślubu zleciał szybko (kto ma to już za sobą wie o czym mówię), przygotowania do wesela, urządzanie domu i rozpoczęliśmy wspólne życie. Chciałbym tu napisać że się rozczarowałem nim - ale nie, wszystko było właściwie tak jak to sobie wyobrażałem, żadnych kłótni, nieporozumień. Uzupełniamy się w życiu codziennym. Tylko mi w tym wszystkim jakby coraz gorzej się funkcjonowało. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może się dotrzemy a chemia przyjdzie z biegiem czasu. No i czas biegł, rok minął i żona zaczęła wspominać o dziecku. Niespecjalnie mnie to cieszyło ale nie chciałem sprawiać jej przykrości. Może ja już taki jestem? Trochę zimny i "niezainteresowany" życiem rodzinnym, seksem? - tak sobie o tym myślałem.  Pojawiło się między nami napięcie - temat dziecka stał się tematem "trudnym". W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem jej co o tym myśle. Trafiliśmy do psychologa - z żoną było tak źle że nie widziałem innego wyjścia.
Kilkumiesięczna terapia po której dochodzę do wniosku że zapomniałem w tym wszystkim o ważnym aspekcie - o własnej fizyczności. O tym że bez tego fizycznego "przyciągania" uczucia są właściwie czysto platoniczne. Żona jest dla mnie bardziej przyjacielem niż kobietą którą chcę dotykać, przytulać czy sypiać z nią. I w tym wszystkim dziecko staje się przeszkodą nie do przeskoczenia. Nie złamie się w tej kwestii, nie odpuszczę kolejny raz siebie samego tylko po to żeby ją uszczęśliwić. Za dużo wymaga ode mnie. Tak na to dzisiaj patrzę. Czeka nas wiele trudnych rozmów ale jedyną opcją jaką dzisiaj widzę jest rozstanie - puki się nie nienawidzimy i puki nie wmieszaliśmy w to wszystko niewinnych dzieci.
Czyja to wina? Myślę że nie ma tutaj winnych. Ona chciała mieć męża, rodzinę, nie mogę jej winić za to że nalegała. Może jedynie siebie że nie zaprotestowałem wcześniej, nie chciałem jej ranić. Była dla mnie zbyt ważna aby ją krzywdzić. Tylko czy ja już jej największej krzywdy nie wyrządziłem? Z tym będę musiał żyć. Wpis ku przestrodze - wszystkim z wątpliwościami radzę przeczytać  i przyjąć że takie  po ślubie nie znikają. Jest tylko gorzej bo zamiast spotkań jesteście ze sobą cały czas. I mimo iż dom mamy duży to już nie mam pomysłów jak i gdzie przed nią uciekać i jak wodzić za nos. Mimo wszystko jest jeden pozytyw - mogę spokojnie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć że nigdy jej mimo wszystko nie zdradziłem. Ale czuje że długo tak nie wytrzymam. Gdzieś te potrzeby we mnie są i coraz częściej dają o sobie znać. Czy ta historia może liczyć na happy end? Na dzień dzisiejszy głęboko wierzę że NIE. Mam jednak nadzieję że ułoży sobie jeszcze życie i doczeka się tego czego tak bardzo potrzebuje - zasługuje na to. Na swój sposób jest wyjątkową i naprawdę wartościową osobą. Chwilami żałuje że nie udało mi się jej pokochać tak jak mężczyzna powinien kochać kobietę. Przyznaje się tutaj przed wami do tego że spieprzyłem jej najlepsze lata życia. I przyjdzie mi niedługo zmierzyć się z czymś co kładzie się cieniem na moim postrzeganiu świata. Rozwód?! i to przed 30tką?! Jak to się dziwnie w życiu plecie. Przecież to się nie mogło nie udać! Komu jak komu ale nam?!

Czy możecie mi coś sensownego doradzić? Pewnie nie - może jednak ktoś przerabiał podobny temat w swoim życiu. Takie osoby proszę o wpisy. Może czegoś nie dostrzegam.


Energy, jakbym o sobie czytała! Oczywiście pewne fakty się różnią, ale problem ten sam.
Polubiłam mojego męża, nie chciałam już być sama (to był mój pierwszy mężczyzna "na poważnie"), zbliżyły nas podobne doświadczenia, bo oboje jesteśmy niepełnosprawni, wielekroć w życiu odrzucani, często nietolerowani.
Jednak czegoś mi brakowało - właśnie tego dreszczyku, tych niby przereklamowanych motyli. Nie było przyspieszonego bicia serca i radości. Przekonywałam sama siebie, że uniesienia i motyle to tylko w tanich romansach. Mąż też mnie przekonywał. Gdy podjęłam decyzję o zakończeniu naszej znajomości, posunął się do szantażu, a ja - całe życie niedokochana, spragniona tego wszystkiego, co dane innnym jak coś najnormalniejszego w świecie - ustąpiłam.
To małżeństwo wytrzymało 8 lat. Przestaliśmy się szanować, dochodziło do przemocy psychicznej. Z męża wychodziło coraz więcej nieakceptowalnych dla mnie zachowań, a i ja nie byłam jedynie ofiarą, dawałam się prowokowac. Seks nigdy nie był z nim zbyt ekscytujący, pewnie z powodu braku "tego czegoś". Z czasem stał się uciążliwym uprzykrzaczem spokojnego snu. Byłam potwornie zmęczona, rozżalona, wściekła, bo mąż zupełnie nie wyczuwał moich potrzeb, choć niejednokrotnie mu je sygnalizowalam, za to oczekiwał wiele ode mnie. Czułam się jak przedmiot manewrów, a nie kochana kobieta. Nabrałam obrzydzenia nawet do pocałunków z nim.
Dziś przed seksem mam wiele, wiele obaw. Na łeb, na szyję spadło moje poczucie wartości w tej sprawie. Obawiam się niekiedy, czy jeszcze byłabym zdolna przeżyć go z kimś pozytywnie i szczęśliwie. Nie wiem, czy jeszcze będzie mi dany dobry związek, bo spotykani przeze mnie panowie raczej nie grzeszą wyrozumiałością, cierpliwością i gotowością poznania mnie bliżej - oswojenia mnie.
Rozgadałam się, ale i ja czasem potrzebuję coś z siebie wyrzucić.
Wiesz, Energy, zdobyłam się w końcu na odwagę i szczerość wobec samej siebie. Przyznam, że "pomógł" mi mąż, który traktował mnie coraz gorzej, a w końcu wyrzucił z domu.
Powiem Ci jedno: spójrz odważnie w oczy sobie i prawdzie. Odpowiedz sobie uczciwie, bez oszukiwania samego siebie, co jest dla Ciebie najważniejsze i czego potrzebujesz. I odważ się na to.
Rozwody nie są niczym przyjemnym, ale czasem trzeba przegrać bitwę, by wygrać wojnę.
Ja też jestem rozwódką. Sporo chwil przepłakałam, ale czuję, że postąpiłam słusznie.

26 Ostatnio edytowany przez Excop (2016-05-13 14:37:32)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Piegowata'76 napisał/a:
energy napisał/a:

Witajcie drodzy forumowicze.
Chciałbym podzielić się z wami pewną historią z mojego życia wziętą. Za mieszanie z błotem z góry dziękuje - nie jest mi to potrzebne.
Od dobrych 2 miesięcy przeglądam forum zapoznając się z Waszymi historiami i problemami w związkach. To interesuje mnie najbardziej z racji tego że również doszedłem w swoim życiu do rozdroża.
Większość historii ma zbliżony przebieg - było idealnie, później coraz gorzej ( powody różne, od braku czasu dla siebie, przez różnice charakterów, na zdradach kończąc). U nas jest nieco inaczej.
Poznaliśmy się na drugim roku studiów, 8 lat temu. (Małżeństwem jesteśmy od października 2014). Moja żona była koleżanką dziewczyny która w tamtym czasie dość skutecznie zawróciła mi w głowie. Nic z tego nie wyszło ale w międzyczasie poznałem jej znajomych w tym właśnie moją dzisiejszą małżonkę. Na początku spotykaliśmy się od tak, na przerwach między zajęciami. Żadnego zauroczenia czy motyli nie było ale miło było spędzać z nią czas. (Dodam od razu że jesteśmy dla siebie pierwszymi partnerami właściwie we wszystkim, co ze związkami związane). Fizycznie to nie było "to", ale wtedy nie zwracałem na to uwagi - spotkanie za spotkaniem zbliżaliśmy się do siebie. Trzymanie się za ręce, pierwsze pocałunki, to fascynowało i to bardzo. Tyle że tej przysłowiowej "chemii" nie było. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może nie potrafię tak kochać jakbym tego chciał? Tak wtedy o tym myślałem. Zbliżyliśmy się do siebie bardziej na poziomie emocjonalnym niż fizycznym. Czas mijał, zaczęliśmy funkcjonować jako para. I tak do końca studiów. Ona w międzyczasie zmieniła uczelnie, ja poszedłem do pracy, później już na własny rachunek. Spotykaliśmy się przez te kilka lat co kilka dni. Na początku 3x w tygodniu, później 2, a przez ostatnie 2 lata przed ślubem raz na tydzień. Jedynie wakacje to był czas gdy przebywaliśmy ze sobą dłużej (tydzień). Taki układ nawet mi odpowiadał, czułem się w nim dobrze pochłonięty własnymi sprawami. Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość. Widząc chyba mój brak zdecydowania zaczęła nalegać na zaręczyny. Nie spieszyłem się do tego, miałem sporo wątpliwości czy dobrze robie ale w końcu doczekała się ich po roku. Dla mnie był to jakby kolejny etap, próba zacieśnienia relacji, ona postanowiła jednak nie czekać i jak najszybciej ustalić termin ślubu. Pierwsza trudna rozmowa, prośba o wolniejsze tempo zakończona sprzeczką. Odpuściłem wtedy (o ja głupi dzisiaj żałuje tego chyba najbardziej), uwierzyłem w to że będzie dobrze. Wątpliwości przed ślubem sam od siebie odpychałem, przecież świetnie się dogadujemy na codzień, dobrze się nam razem pracuje, dziewczyna lojalna i uczciwa. Można by powiedzieć pewny strzał. Komu jak komu ale nam się nie może nie udać - tak o tym myślałem.
Rok do ślubu zleciał szybko (kto ma to już za sobą wie o czym mówię), przygotowania do wesela, urządzanie domu i rozpoczęliśmy wspólne życie. Chciałbym tu napisać że się rozczarowałem nim - ale nie, wszystko było właściwie tak jak to sobie wyobrażałem, żadnych kłótni, nieporozumień. Uzupełniamy się w życiu codziennym. Tylko mi w tym wszystkim jakby coraz gorzej się funkcjonowało. Nie mogłem zrozumieć w czym rzecz. Może ja już taki jestem? Może się dotrzemy a chemia przyjdzie z biegiem czasu. No i czas biegł, rok minął i żona zaczęła wspominać o dziecku. Niespecjalnie mnie to cieszyło ale nie chciałem sprawiać jej przykrości. Może ja już taki jestem? Trochę zimny i "niezainteresowany" życiem rodzinnym, seksem? - tak sobie o tym myślałem.  Pojawiło się między nami napięcie - temat dziecka stał się tematem "trudnym". W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem jej co o tym myśle. Trafiliśmy do psychologa - z żoną było tak źle że nie widziałem innego wyjścia.
Kilkumiesięczna terapia po której dochodzę do wniosku że zapomniałem w tym wszystkim o ważnym aspekcie - o własnej fizyczności. O tym że bez tego fizycznego "przyciągania" uczucia są właściwie czysto platoniczne. Żona jest dla mnie bardziej przyjacielem niż kobietą którą chcę dotykać, przytulać czy sypiać z nią. I w tym wszystkim dziecko staje się przeszkodą nie do przeskoczenia. Nie złamie się w tej kwestii, nie odpuszczę kolejny raz siebie samego tylko po to żeby ją uszczęśliwić. Za dużo wymaga ode mnie. Tak na to dzisiaj patrzę. Czeka nas wiele trudnych rozmów ale jedyną opcją jaką dzisiaj widzę jest rozstanie - puki się nie nienawidzimy i puki nie wmieszaliśmy w to wszystko niewinnych dzieci.
Czyja to wina? Myślę że nie ma tutaj winnych. Ona chciała mieć męża, rodzinę, nie mogę jej winić za to że nalegała. Może jedynie siebie że nie zaprotestowałem wcześniej, nie chciałem jej ranić. Była dla mnie zbyt ważna aby ją krzywdzić. Tylko czy ja już jej największej krzywdy nie wyrządziłem? Z tym będę musiał żyć. Wpis ku przestrodze - wszystkim z wątpliwościami radzę przeczytać  i przyjąć że takie  po ślubie nie znikają. Jest tylko gorzej bo zamiast spotkań jesteście ze sobą cały czas. I mimo iż dom mamy duży to już nie mam pomysłów jak i gdzie przed nią uciekać i jak wodzić za nos. Mimo wszystko jest jeden pozytyw - mogę spokojnie spojrzeć jej w oczy i powiedzieć że nigdy jej mimo wszystko nie zdradziłem. Ale czuje że długo tak nie wytrzymam. Gdzieś te potrzeby we mnie są i coraz częściej dają o sobie znać. Czy ta historia może liczyć na happy end? Na dzień dzisiejszy głęboko wierzę że NIE. Mam jednak nadzieję że ułoży sobie jeszcze życie i doczeka się tego czego tak bardzo potrzebuje - zasługuje na to. Na swój sposób jest wyjątkową i naprawdę wartościową osobą. Chwilami żałuje że nie udało mi się jej pokochać tak jak mężczyzna powinien kochać kobietę. Przyznaje się tutaj przed wami do tego że spieprzyłem jej najlepsze lata życia. I przyjdzie mi niedługo zmierzyć się z czymś co kładzie się cieniem na moim postrzeganiu świata. Rozwód?! i to przed 30tką?! Jak to się dziwnie w życiu plecie. Przecież to się nie mogło nie udać! Komu jak komu ale nam?!

Czy możecie mi coś sensownego doradzić? Pewnie nie - może jednak ktoś przerabiał podobny temat w swoim życiu. Takie osoby proszę o wpisy. Może czegoś nie dostrzegam.


Energy, jakbym o sobie czytała! Oczywiście pewne fakty się różnią, ale problem ten sam.
Polubiłam mojego męża, nie chciałam już być sama (to był mój pierwszy mężczyzna "na poważnie"), zbliżyły nas podobne doświadczenia, bo oboje jesteśmy niepełnosprawni, wielekroć w życiu odrzucani, często nietolerowani.
Jednak czegoś mi brakowało - właśnie tego dreszczyku, tych niby przereklamowanych motyli. Nie było przyspieszonego bicia serca i radości. Przekonywałam sama siebie, że uniesienia i motyle to tylko w tanich romansach. Mąż też mnie przekonywał. Gdy podjęłam decyzję o zakończeniu naszej znajomości, posunął się do szantażu, a ja - całe życie niedokochana, spragniona tego wszystkiego, co dane innnym jak coś najnormalniejszego w świecie - ustąpiłam.
To małżeństwo wytrzymało 8 lat. Przestaliśmy się szanować, dochodziło do przemocy psychicznej. Z męża wychodziło coraz więcej nieakceptowalnych dla mnie zachowań, a i ja nie byłam jedynie ofiarą, dawałam się prowokowac. Seks nigdy nie był z nim zbyt ekscytujący, pewnie z powodu braku "tego czegoś". Z czasem stał się uciążliwym uprzykrzaczem spokojnego snu. Byłam potwornie zmęczona, rozżalona, wściekła, bo mąż zupełnie nie wyczuwał moich potrzeb, choć niejednokrotnie mu je sygnalizowalam, za to oczekiwał wiele ode mnie. Czułam się jak przedmiot manewrów, a nie kochana kobieta. Nabrałam obrzydzenia nawet do pocałunków z nim.
Dziś przed seksem mam wiele, wiele obaw. Na łeb, na szyję spadło moje poczucie wartości w tej sprawie. Obawiam się niekiedy, czy jeszcze byłabym zdolna przeżyć go z kimś pozytywnie i szczęśliwie. Nie wiem, czy jeszcze będzie mi dany dobry związek, bo spotykani przeze mnie panowie raczej nie grzeszą wyrozumiałością, cierpliwością i gotowością poznania mnie bliżej - oswojenia mnie.
Rozgadałam się, ale i ja czasem potrzebuję coś z siebie wyrzucić.
Wiesz, Energy, zdobyłam się w końcu na odwagę i szczerość wobec samej siebie. Przyznam, że "pomógł" mi mąż, który traktował mnie coraz gorzej, a w końcu wyrzucił z domu.
Powiem Ci jedno: spójrz odważnie w oczy sobie i prawdzie. Odpowiedz sobie uczciwie, bez oszukiwania samego siebie, co jest dla Ciebie najważniejsze i czego potrzebujesz. I odważ się na to.
Rozwody nie są niczym przyjemnym, ale czasem trzeba przegrać bitwę, by wygrać wojnę.
Ja też jestem rozwódką. Sporo chwil przepłakałam, ale czuję, że postąpiłam słusznie.

Wiązanie się z powodów innych, niż zakochanie, to błąd i jeszcze raz, błąd!
Bez tych rzekomo "przereklamowanych" motylków, na dłuższą metę nie da się żyć później, gdy proza życia zacznie brać górę.
Byłem na miejscu żony Energy'ego, więc wiem, jak to jest poczuć się oszukanym.
Miałem jednak szczęście, bo żona pokochała mnie właśnie tak, "jak trzeba".Przyznała się do oszustwa przed i zdrady fizycznej tuż po ślubie.
Wtedy właśnie, gdy to sobie uświadomiła.
Przeżyliśmy kilkanaście lat. W moim przekonaniu, szczęśliwie. smile

U Autora, końcowego scenariusza tego typu nie przewiduję, niestety.
Co więc pozostaje?

27 Ostatnio edytowany przez NiobeXXX (2016-05-13 14:41:08)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

@Marajka i @Pannapanna
odpowiem zbiorczo

podejmujemy decyzje, które wiążą nas z drugim człowiekiem, moje czyny mają wpływ na pewne dziedziny życia tego drugiego człowieka, wiec ja decydując o czymś biorę odpowiedzialność za tą osobę w tym obszarze życia- nie biorę odpowiedzialności za całej jej życie, tylko za ten kawałek, którego bieg zależy od moich działań

w przypadku Energy to jest małżeństwo
macie racje on je nie zaciągnął, bo to ona nalegała, on nie chciał, niezbyt chciał, w końcu wziął kalkulator w dłoń/ albo arkusz w excelu i chłodną kalkulacją przeliczył, ze mu się opłaci
1 raz wypłynęła kwestia dzieci- nie chciał, ale dał się ugłaskać, że będzie fajnie i temat odpłynął
facet totalnie bierny, istna ameba
ta bierność skrzywdziła jego żonę- nie łatwiej byłoby już na samym początku zamiast kalkulacji powiedzieć zwyczajnie sorry, ale nie?? i przede wszystkim UCZCIWIEJ

oczywiście, że powinni się rozstać i żona sobie radę da, ale tych lat już jej się nie wróci, a mogła poznać kogoś komu by na niej zależało- a nie skrzyżowania kalkulatora z amebą?
a przez amebę wylądowała na terapii u psychologa


a ja alergię na ściemniaczy

28 Ostatnio edytowany przez energy (2016-05-13 15:42:52)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Dziękuję każdemu za wyrażenie opinii. Prawda jest taka że podjęcie decyzji jest dla mnie bardzo trudne - z jednej strony prawdziwie bliska mi osoba, z drugiej braki których nie da się od tak naprawić czy wyczarować na nowo. Wkur...a mnie już własne niezdecydowanie w tej kwestii i skoro nie mogę sam określić jednoznacznie czego ja chcę, podejdę do tej sprawy z drugiej strony. Skoro jest dla mnie kimś ważnym to chce jej szczęścia. Szczęścia którego nie mogę jej w pełni zagwarantować bo jak skoro nie ma we mnie tej iskry która popycha dwoje bliskich sobie ludzi ku sobie. A skoro na tym polu zawodzę to lepiej będzie gdy się rozejdziemy. Mam tylko nadzieje, że jeszcze zdąży ułożyć sobie życie i że mnie wyrzuty sumienia nie zjedzą do reszty.

29

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Kurczę jak to czytam, to mam wrażenie, ze czytam o osobie aseksualnej - nie jest to w żadnym wypadku obelga!
Potrafisz kochać, ale kompletnie nie odczuwasz potrzeby bliskości? dobrze rozumiem? Jeżeli tak, to niestety powinniście się rozstać, bo dla niej (szczególnie, jeśli naciska na dziecko) to może być problem nie do przeskoczenia...ale i tak zaczęłabym od wizyty u psychologa lub seksuologa, może on byłby w stanie coś Ci sensownie doradzić.

30

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
krysiolewka napisał/a:

Kurczę jak to czytam, to mam wrażenie, ze czytam o osobie aseksualnej - nie jest to w żadnym wypadku obelga!
Potrafisz kochać, ale kompletnie nie odczuwasz potrzeby bliskości? dobrze rozumiem? Jeżeli tak, to niestety powinniście się rozstać, bo dla niej (szczególnie, jeśli naciska na dziecko) to może być problem nie do przeskoczenia...ale i tak zaczęłabym od wizyty u psychologa lub seksuologa, może on byłby w stanie coś Ci sensownie doradzić.


Fizyczny pociąg do kobiet zdecydowanie odczuwam. Czasem aż za dobrze. Niestety do niej tego nie czuję. Nie mam problemów z erekcją czy dojściem do finału.
Seks z nią jest jednak od pewnego czasu męczący psychicznie - po nim zawsze pojawia się potrzeba ucieczki i myśli typu "co ja tutaj robię".

31

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Postaw sprawę uczciwie nie będzie łatwo.
Będzie wściekła i rozżalona z czasem doceni że dałeś jej szanse na szczęście z kimś innym.
A sumienie będzie długo boleć.
Może wyciągniesz z tego wnioski na przyszłość by nie dopuścić do powtórki bo wtedy będzie to czysta głupota.

32 Ostatnio edytowany przez madoja (2016-05-13 17:15:08)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Jestem przekonana, że więcej niż połowa małżeństw ma ten problem co autor związku.
Piękno jest uniwersalne, pięknych ludzi jest niewielu i nie starczy ich dla wszystkich. Brzydale (lub nie aż tacy brzydale, ale ludzie niepociągający seksualnie) też chcą być z kimś. I nie uwierzę, więc nie piszcie głupot, że ci nieatrakcyjni ludzie wzbudzają w kimś ogień między nogami. Tak, są pewnie wyjątki, ale zazwyczaj nieatrakcyjni seksualnie ludzie po prostu są nieaktrakcyjni i nikt nie marzy o seksie z nimi.
Sami na pewno znacie takie małżeństwa gdzie np. facet jest taki że nawet kijem byście go nie tknęły, a jednak jego żona jakoś się z nim całuje, przytula go i patrzy w te oczy podczas bzykania. Nie dlatego że uważa go za najpiękniejszego, ale dlatego że ujął ją innymi rzeczami, a wygląd jakoś zaakceptowała. Ale ogień między nogami wzbudza w niej taki Chris Evans, Johnny Depp czy inny Chaning Tatuum.
Zazwyczaj ludzie biorą ślub bo dobrze im ze sobą. Gigantyczne pożądanie zdarza się rzadko. I z doświadczenia wiem, że związki oparte na takim pożądaniu nie należą do udanych.

Dochodzi też druga kwestia - pożądanie i tak mija po paru latach. To tylko bajki albo przypadki jeden na milion, że po paru latach małżeństwa ona nadal ma mokro na sam jego widok, a on onanizuje się myśląc o niej (hahaha).
Prawdopodobnie więc autorze, z kolejną kobietą skończysz dokładnie w tym samym miejscu w którym jesteś teraz z żoną.

Ja nie namawiam do pozostania z nią.
Ja tylko piszę że życie to nie bajka, to nie film romantyczny ani pornos.
Miałeś tylko ją jedyną przez całe życie więc trochę idealizujesz te sprawy.

33

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Madoja widzialam wiele par, gdzie brzydki chlopak ma nieatrakcyjna dziewczyna. To co nam sie nie podoba, nie musi sie nie podobac innym. Wydaje mi sie, ze dobra gadka i "to cos"" jest czasami wazniejsze;)

34

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

To twoja pierwsza dziewczyna, nawet nie miłość bo "motylków" nie było. Tkwicie w tym z przyzwyczajenia i zaczęło ci to przeszkadzać.

Masz "jaja"? To zakończ to. Dołącz do grona rozwodników szukających nowego początku. Tkwienie w tym dalej i tak cie nie uszczęśliwi bo to już jest od dawna równia pochyła.

madoja - piękno jest subiektywne. Jak jest chemia i wspólne przyciąganie to i "pasztet" jest pociągający.

35 Ostatnio edytowany przez madoja (2016-05-13 20:21:04)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Ech, Wasze myślenie jest bardzo życzeniowe. smile
Pewni faceci mają dziewczyn na pęczki, pewni nie mają wcale powodzenia. Nie jest rozłożone po równo. Piękno JEST uniwersalne i nie zmienicie tego. Np. Monica Bellucci może nie jest w typie każdego, ale bez wątpienia każdy przyzna, że jest atrakcyjna. Dorota Wellman może i jest fajna i inteligentna, ale na pewno nikt nie przyzna że sobie wali myśląc o niej.
To wspaniałe że jesteście tacy idealistyczni. I... zupełnie nieżyciowe. smile

Anielka, a wiesz dlaczego się ze sobą związali? Gdyby każdemu dać numerek od 1 do 10 określający atrakcyjność, to tak naprawdę każdy pragnie posiąść 10-tkę płci przeciwnej. Przykładowo facet 4-ka pragnie 10-tki. Może nawet do niej wystartuje, ale ona woli 10-tkę faceta. Facet więc obniża wymagania do 9-tki, potem 8-ki, 7-ki... aż w końcu trafi na niezbyt atrakcyjną 4-kę która go nie odrzuci (ewentualnie 5-tkę lub 3-kę, osoby poza tą numeracją mogą się związać z 4-ką, ale związek nie przetrwa długo). Facet ma powiedzmy jeszcze inne sposoby by podnieść swoją numerację - np. może dużo zarabiać, jego numeracja wtedy wzrasta. Polecam Wam film Przepis na seksapil, gdzie dokładnie, na przykładach jest to udowodnione (np. pytano przypadkowe kobiety na ulicy na ile oceniają faceta na zdjęciu, obok była informacja o zarobkach - oczywiście ocena była wyższa gdy zarobki były wyższe, obojętnie obok którego zdjęcia były )
Tu fragment
https://www.youtube.com/watch?v=7ldxl-nS5Fo
Dlatego naprawdę nie warto pytać swojego faceta na ile w skali od 1 do 10 Cie ocenia. W ten sposób wymuszasz na nim kłamstwo. Owszem, on pewnie widzi Twoje zalety i np. piękne oczy czy fajny tyłek, ale gdyby nie czuł do Ciebie nic, a postawionoby przed nim Ciebie i powiedzmy Charlize Theron, prawdopodobnie wskazałby Theron jako piękniejszą (bez urazy, nie wiem jak wyglądasz, zakłądam jednak że my, przeciętni smiertelnicy nie jesteśmy tak idealni jak gwiazdy Hollywood smile ).

36

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
madoja napisał/a:

Dorota Wellman może i jest fajna i inteligentna, ale na pewno nikt nie przyzna że sobie wali myśląc o niej.

Piątka, Madi big_smile hihihih

37

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
NiobeXXX napisał/a:

@Marajka i @Pannapanna
odpowiem zbiorczo

podejmujemy decyzje, które wiążą nas z drugim człowiekiem, moje czyny mają wpływ na pewne dziedziny życia tego drugiego człowieka, wiec ja decydując o czymś biorę odpowiedzialność za tą osobę w tym obszarze życia- nie biorę odpowiedzialności za całej jej życie, tylko za ten kawałek, którego bieg zależy od moich działań

w przypadku Energy to jest małżeństwo
macie racje on je nie zaciągnął, bo to ona nalegała, on nie chciał, niezbyt chciał, w końcu wziął kalkulator w dłoń/ albo arkusz w excelu i chłodną kalkulacją przeliczył, ze mu się opłaci
1 raz wypłynęła kwestia dzieci- nie chciał, ale dał się ugłaskać, że będzie fajnie i temat odpłynął
facet totalnie bierny, istna ameba
ta bierność skrzywdziła jego żonę- nie łatwiej byłoby już na samym początku zamiast kalkulacji powiedzieć zwyczajnie sorry, ale nie?? i przede wszystkim UCZCIWIEJ

oczywiście, że powinni się rozstać i żona sobie radę da, ale tych lat już jej się nie wróci, a mogła poznać kogoś komu by na niej zależało- a nie skrzyżowania kalkulatora z amebą?
a przez amebę wylądowała na terapii u psychologa


a ja alergię na ściemniaczy


A ja mam alergie na taki uproszczony schematyczny sposob myslenia i na taka pogardliwa klasyfikacje ludzi.
A ta, ktora sobie wziela taka "amebe", widocznie juz wtedy potrzebowala psychologa, bo inaczej by sie w taki uklad nie pakowala, wiec i tu nic jej nie zaszkodzilo.
Zdrowa i silna osobowosc nie musialaby chodzic w takich przypadkach do psychologa, ba, wogole by sie w takiej sytuacji nie znalazla.
Nikt tu nikogo nie krzywdzil!
Tak wiec dzieki "amebie" moze nareszcie zacznie byc bardziej swiadoma tego, co robi ze swoim zyciem.

Poza tym nie wiemy, komu tak naprawde bardziej sie ten zwiazek "oplacil" i kto ten kalkulator wzial do reki....

Energy nie wypowiada sie na ten temat, ale pisze, ze ma skonczone studia i pracuje na wlasny rachunek. Byc moze powodzi mu sie na tyle dobrze, ze zapowiadalo sie to na dobry interes, zawlec go do oltarza.
Nie wiem czy tak bylo i nie chce tu nic insynuowac, to tylko gdybanie, ale to jest przeciez jeden z mozliwych scenariuszow! I jakie byloby twoje zdanie na ten temat, gdyby tak bylo?
On pisal o tym, ze "Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość.", ze maja duzy dom, a ona jest od niego zalezna (materialnie? nie wiemy, ale byc moze). W kazdym badz razie nie wyglada na to, zeby jej czegos brakowalo pod tym wzgledem, lecz raczej na to, ze z tym czlowiekiem zyje w niezlych warunkach bytowych.
Energy wypowiada sie o niej z szacunkiem i ceni ja. Tyle, ze nie jest to dla niego odpowiednia partnerka jesli chodzi o fizycznosc, co jest przeciez bardzo wazne w zwiazku. Przyjaciol mozna miec bez malzenstwa.
Ale o tym ona wie nie od dzis i jakos jej to nie przeszkadzalo nalegac na slub i zyc z nim! Jak dotad, ja nie widze tu zadnej krzywdy, ktora on by jej zrobil.


Jak mozna tak pogardzac czlowiekiem, o ktorym sie praktycznie nic nie wie, jak Ty to robisz NiobeXXX? Skad te pewniackie oceny? Masz krysztalowa kule?

Ja widze w autorze czlowieka, ktory de facto poswiecil przynajmniej czesc swoich wlasnych potrzeb dla tej kobiety, bo to ona chciala, a on nie chcial jej ranic.
Kto wie dlaczego? Moze tak go uksztaltowalo jego dziecinstwo? Moze mial matke, ktora wymagala od dzieci, zeby zaspokajaly jej potrzeby i dlatego taki wybor partnerki wedlug przyswojonego schematu? Albo byli to inni ludzie i inne sytuacje, ktore go tak ukszataltowaly? Nie wiemy nic na ten temat, wiec trudno tu gdybac, ale z cala pewnoscia energy nie nauczyl sie w dziecinstwie realizowac odpowiednio swoich potrzeb, musial je raczej odstawiac na bok i nie uwazac za takie wazne.
Teraz uczy sie innych mozliwosci i musi tez nauczyc sie tego, ze odmowa spelniania zyczen i zaspokajania potrzeb innych ludzi nie oznacza wcale ranienia ich, tylko postawienie granicy.

Calkiem przypadkiem rozumiem to bardzo dobrze. Tez zylam kiedys jakis czas w takim malzenstwie.
Nie bylo wlasciwie na pierwszy rzut oka zadnego powodu, dla ktorego mialabym za niego wychodzic.
Nigdy nie narzekalam na brak kandydatow, nie bylam zalezna finansowo, wrecz przeciwnie, ja go po slubie utrzymywalam. Tez bylismy przyjaciolmi, dobrze sie rozumielismy. Tez nie bylo z mojej strony chemii i to stalo sie dla mnie taka meka, ze w koncu to zakonczylam, tez w momencie, gdy on zaczal mowic o dziecku. Tyle, ze ja czulam, ze mial to byc srodek na utrzymanie mnie przy nim.

Dlaczego wogole wyszlam wtedy za tego czlowieka? Bo nie chcialam go ranic, hahaha i dlatego, ze otoczenie tego ode mnie oczekiwalo. Bo moje otoczenie nie akceptowalo moich wyborow, wiec ja zaakceptowalam wybory otoczenia. Bo bylam wtedy bardzo nieswiadoma osoba. Bo uczylam sie dopiero zycia, poniewaz wczesniej nikt mnie tego nie nauczyl.  Bo nie znalam innej mozliwosci, niz podporzadkowac swoje potrzeby, gdy ktos tego ode mnie chcial. Bo moje granice w dziecinstwie byly skutecznie stratowane, nikt ich nie przestrzegal i wogole nie znalam mozliwosci, jak mozna zyc swoje wlasne zycie. Do tego potrzebowalam lat bolesnych doswiadczen, zeby sie tego nauczyc.


Tak jak napisala Madoja - na tym swiecie egzystuje mnostwo takich par, ktorzy tak przezywaja cale swoje zycie, bo mimo wszystko nie maja odwagi na zmiane lub sa za wygodni. Ja tez mysle, ze te 50% przez nia oszacowane to bardzo optymistyczne zalozenie.
Autor jest tu inny i moim zdaniem nalezy mu sie za to szacunek.

38 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-13 21:17:53)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Marajka, lubię Cię smile
Silni ludzie jak wszyscy, nie są nieomylni ani wolni od błędów. Ja też uważana jestem za silną kobietę, a jednak...
A co do atrakcyjności - sprawa jest względna. Wprawdzie jestem kobietą najzupełniej heteroseksualną, ale sto razy wolę pełną życia Dorotę Wellman niż jakąś mdłą, choć niekazitelnej urody lalkę.
Zdecydowanie w nosie mam też podobanie się wszystkim dookoła. Najzupełniej mnie uszczęśliwi, jeśli z wzajemnością (!!!) spodobam się jednej, właściwej osobie
Nie znam zbyt dobrze męskiej psychiki, ale na litość boską, facet też człowiek, a nie jakaś tępa, myśląca wyłącznie k...sem maszyna! A wartościowy człowiek potrafi dostrzegać również mniej oczywiste piękno.

39

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Ja, niestety, zdążyłam "dorobić się" dziecka. Kocham je bardzo i przedłużałam swoją mękę ze strachu o syna, przed zadaniem mu cierpienia. Ale nie można całe życie oszukiwać siebie. A jeśli jeszcze ten, którego jednak chciało się kochać, mówi: "Wypier...j, to nie twój dom!", to jakie wyjście? Mam wiele szacunku do siebie, za siłę właśnie, którą w sobie znalazłam.

Mam też nadzieję, że to doświadczenie nie pójdzie w moim życiu na marne.

40

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Marajka napisał/a:
NiobeXXX napisał/a:

@Marajka i @Pannapanna
odpowiem zbiorczo

podejmujemy decyzje, które wiążą nas z drugim człowiekiem, moje czyny mają wpływ na pewne dziedziny życia tego drugiego człowieka, wiec ja decydując o czymś biorę odpowiedzialność za tą osobę w tym obszarze życia- nie biorę odpowiedzialności za całej jej życie, tylko za ten kawałek, którego bieg zależy od moich działań

w przypadku Energy to jest małżeństwo
macie racje on je nie zaciągnął, bo to ona nalegała, on nie chciał, niezbyt chciał, w końcu wziął kalkulator w dłoń/ albo arkusz w excelu i chłodną kalkulacją przeliczył, ze mu się opłaci
1 raz wypłynęła kwestia dzieci- nie chciał, ale dał się ugłaskać, że będzie fajnie i temat odpłynął
facet totalnie bierny, istna ameba
ta bierność skrzywdziła jego żonę- nie łatwiej byłoby już na samym początku zamiast kalkulacji powiedzieć zwyczajnie sorry, ale nie?? i przede wszystkim UCZCIWIEJ

oczywiście, że powinni się rozstać i żona sobie radę da, ale tych lat już jej się nie wróci, a mogła poznać kogoś komu by na niej zależało- a nie skrzyżowania kalkulatora z amebą?
a przez amebę wylądowała na terapii u psychologa


a ja alergię na ściemniaczy


A ja mam alergie na taki uproszczony schematyczny sposob myslenia i na taka pogardliwa klasyfikacje ludzi.
A ta, ktora sobie wziela taka "amebe", widocznie juz wtedy potrzebowala psychologa, bo inaczej by sie w taki uklad nie pakowala, wiec i tu nic jej nie zaszkodzilo.
Zdrowa i silna osobowosc nie musialaby chodzic w takich przypadkach do psychologa, ba, wogole by sie w takiej sytuacji nie znalazla.
Nikt tu nikogo nie krzywdzil!
Tak wiec dzieki "amebie" moze nareszcie zacznie byc bardziej swiadoma tego, co robi ze swoim zyciem.

Poza tym nie wiemy, komu tak naprawde bardziej sie ten zwiazek "oplacil" i kto ten kalkulator wzial do reki....

Energy nie wypowiada sie na ten temat, ale pisze, ze ma skonczone studia i pracuje na wlasny rachunek. Byc moze powodzi mu sie na tyle dobrze, ze zapowiadalo sie to na dobry interes, zawlec go do oltarza.
Nie wiem czy tak bylo i nie chce tu nic insynuowac, to tylko gdybanie, ale to jest przeciez jeden z mozliwych scenariuszow! I jakie byloby twoje zdanie na ten temat, gdyby tak bylo?
On pisal o tym, ze "Ona zaspokajała potrzebę "bycia w związku", pomagała w pracy i snuła plany na przyszłość.", ze maja duzy dom, a ona jest od niego zalezna (materialnie? nie wiemy, ale byc moze). W kazdym badz razie nie wyglada na to, zeby jej czegos brakowalo pod tym wzgledem, lecz raczej na to, ze z tym czlowiekiem zyje w niezlych warunkach bytowych.
Energy wypowiada sie o niej z szacunkiem i ceni ja. Tyle, ze nie jest to dla niego odpowiednia partnerka jesli chodzi o fizycznosc, co jest przeciez bardzo wazne w zwiazku. Przyjaciol mozna miec bez malzenstwa.
Ale o tym ona wie nie od dzis i jakos jej to nie przeszkadzalo nalegac na slub i zyc z nim! Jak dotad, ja nie widze tu zadnej krzywdy, ktora on by jej zrobil.


Jak mozna tak pogardzac czlowiekiem, o ktorym sie praktycznie nic nie wie, jak Ty to robisz NiobeXXX? Skad te pewniackie oceny? Masz krysztalowa kule?

Ja widze w autorze czlowieka, ktory de facto poswiecil przynajmniej czesc swoich wlasnych potrzeb dla tej kobiety, bo to ona chciala, a on nie chcial jej ranic.
Kto wie dlaczego? Moze tak go uksztaltowalo jego dziecinstwo? Moze mial matke, ktora wymagala od dzieci, zeby zaspokajaly jej potrzeby i dlatego taki wybor partnerki wedlug przyswojonego schematu? Albo byli to inni ludzie i inne sytuacje, ktore go tak ukszataltowaly? Nie wiemy nic na ten temat, wiec trudno tu gdybac, ale z cala pewnoscia energy nie nauczyl sie w dziecinstwie realizowac odpowiednio swoich potrzeb, musial je raczej odstawiac na bok i nie uwazac za takie wazne.
Teraz uczy sie innych mozliwosci i musi tez nauczyc sie tego, ze odmowa spelniania zyczen i zaspokajania potrzeb innych ludzi nie oznacza wcale ranienia ich, tylko postawienie granicy.

Calkiem przypadkiem rozumiem to bardzo dobrze. Tez zylam kiedys jakis czas w takim malzenstwie.
Nie bylo wlasciwie na pierwszy rzut oka zadnego powodu, dla ktorego mialabym za niego wychodzic.
Nigdy nie narzekalam na brak kandydatow, nie bylam zalezna finansowo, wrecz przeciwnie, ja go po slubie utrzymywalam. Tez bylismy przyjaciolmi, dobrze sie rozumielismy. Tez nie bylo z mojej strony chemii i to stalo sie dla mnie taka meka, ze w koncu to zakonczylam, tez w momencie, gdy on zaczal mowic o dziecku. Tyle, ze ja czulam, ze mial to byc srodek na utrzymanie mnie przy nim.

Dlaczego wogole wyszlam wtedy za tego czlowieka? Bo nie chcialam go ranic, hahaha i dlatego, ze otoczenie tego ode mnie oczekiwalo. Bo moje otoczenie nie akceptowalo moich wyborow, wiec ja zaakceptowalam wybory otoczenia. Bo bylam wtedy bardzo nieswiadoma osoba. Bo uczylam sie dopiero zycia, poniewaz wczesniej nikt mnie tego nie nauczyl.  Bo nie znalam innej mozliwosci, niz podporzadkowac swoje potrzeby, gdy ktos tego ode mnie chcial. Bo moje granice w dziecinstwie byly skutecznie stratowane, nikt ich nie przestrzegal i wogole nie znalam mozliwosci, jak mozna zyc swoje wlasne zycie. Do tego potrzebowalam lat bolesnych doswiadczen, zeby sie tego nauczyc.


Tak jak napisala Madoja - na tym swiecie egzystuje mnostwo takich par, ktorzy tak przezywaja cale swoje zycie, bo mimo wszystko nie maja odwagi na zmiane lub sa za wygodni. Ja tez mysle, ze te 50% przez nia oszacowane to bardzo optymistyczne zalozenie.
Autor jest tu inny i moim zdaniem nalezy mu sie za to szacunek.

Marajko, fragment, w którym opisujesz swoje dzieciństwo jest żywcem wycięty z mojego dzieciństwa, babka tak mnie tresowała: albo posłuszeństwo albo odrzucenie (rodzice byli dość bierni) i bardzo często czułam się odrzucona a to niestety procentuje do tej pory, pracuje nad tym, byłam na terapii, ale to inna bajka
ale odnoście własnych wyborów i decyzji  to wszystko wywarło wręcz odwrotny skutek: otoczenie mnie nie akceptuje to problem otoczenia i ja też mogę go nie zaakceptować ( choć przez długi czas; liceum, studia i czasem nawet teraz żyjąc tak mam poczucie, ze nie robiąc tego czego się ode mnie oczekuje, robię coś zlego i to głupie poczucie winy)
może nie zawsze wiem czego chce, ale wiem czego nie chce

i ty i energy weszliście w małżeństwa by nie ranić tej 2 osoby, energy napisał, ze jego żona to fajna babka, ale nie dla niego i czy on jej tym nie rani?? albo tym, że nie chce mieć z nią dzieci ( ale dzieci  w swoim życiu nie wyklucza, tylko nie z nią), że nie lubi seksu z nią- ona o tym wie, no i gdzie tu to "nie ranianie" - poszło w proso i pisząc prosto (mega) dobrymi chęciami to wiesz co jest wybrukowane
znali się 8 lat, poznali na 2 roku -ok 21 lat, podobała mu się inna- żona miała być środkiem zastępczym, wrósł w ten związek z wygody, bo jak napisał był pochłonięty własnymi sprawami, odpychał watpliwości ale biernie dał się wciagnąć,
nie wiemy nic o jego dzieciństwie, wiec nie nad interpretujmy
a w poprzednim poście napisałam upraszczajaco, bo upraszczająco energy to podał, to wejście i wyjście z małżeństwa ma kilka 2 den

41

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

A ja uważam ze Energy żadnej odpowiedzialności nie ponosi. Owszem zle sie stało ze do ślubu wogole doszło ale Autor poniekąd wyjaśnił z czego to wynikało. Zona przed ślubem wiedziała o jego watpliwościach co do związku i tego czy tak powinno wyglądać "love" ale przekonywała go usilnie ze jakoś to będzie. Pomijając to czy Autor miał jaja by sie przeciwstawić jej perswazji czy tez był bezwolna ameba malzonka doskonale wiedziała jaka jest sytuacja wiec naciskając mimo to na  ślub podjela świadome ryzyko ze moze sie ono okazać niewypałem. Nie była 15 latka który stary satyr uwiódł a teraz porzuca. Zagrała va banque i przegrała ...oboje przegrali.

42

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Żyje nam się całkiem wygodnie. Żonie pracę zorganizowałem, przeszkoliłem tak aby mogła zarobić na swoje potrzeby. Pracuje bardzo rzetelnie więc tutaj żadnych zastrzeżeń do niej mieć nie mogę. Rachunki opłacam ja, jedzenie również. Żona w domu gotować nie musi, robi to raczej wtedy kiedy chce, nie należę do ludzi oczekujących obiadków codziennie. W skrócie to co zarobi ma dla siebie. Obowiązki domowe - tutaj się dzielimy. Ona pierze i zmywa, ja sprzątam. Dla mnie jest to akceptowalny układ, sprzątać lubię więc problemu w tym nie widzę. Po zakupy zazwyczaj wybieramy się wspólnie. Do tego żona ma do dyspozycji zatankowane auto i czas wolny wtedy gdy go potrzebuje (pracę ma dość elastyczną). Kolega jak o tym usłyszał stwierdził że " k... chłopie, ona ma lepiej jak pączek w maśle i się nie dziw że takim pączkiem się powoli staje, baby się tak nie trzyma". Ot koleżeńska rada:)

Chciałem nad tą jej atrakcyjnością nieco popracować (ma ok 20kg nadwagi) i nawet coś się w tej kwestii ruszyło. Przy okazji sam zacząłem ćwiczyć żeby ją zainspirować, trochę inaczej też się ubieram. Efekt tego taki że żona stwierdziła że mi to nie pasuje głównie to że ja się zmieniłem, ona nie i już do mnie nie pasuje. Ja ładnie ubrany, wysportowany a ona taka jak dawniej. Tylko że ten problem to nie powstał teraz tylko się za nami ciągnie od początku i raczej już w tej kwestii nic nie wymyślę.

43

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Temat dzieciństwa mam już przepracowany w dużym stopniu na terapii - psycholog stwierdził że przejmuję na siebie rolę opiekuna rodziny z racji wycofania ojca z tej roli. Jestem najstarszy i zawsze miałem obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem. Również mam problem z odczuciem, ze nie robiąc tego czego się ode mnie oczekuje, robię coś zlego i również pojawia się poczucie winy.

44

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Nie uważam się za jakiegoś boga czy erosa ale wyraźnie widać różnicę w atrakcyjności i otwartości między nami (jest to opinia osoby z zewnątrz która dobrze nas zna). Żonie ciężko jest nawiązać kontakt z kimś nowo poznanym, ja raczej szybko nawiązuje nowe znajomości. Trochę mnie to martwi na przyszłość bo może mieć z tego powodu później trudności z ułożeniem sobie życia samodzielnie. Te porównania liczbowe zaburzają jak dla mnie nieco rzeczywistość - nie mówią nic o osobowości człowieka ani o jego charakterze. Mój błąd polega na tym że skupiłem się jedynie na tych cechach zapominając o tej fizycznej stronie związku. Żona jest bowiem naprawdę wartościową osobą, ma wiele cech które są dzisiaj rzadko spotykane.
Raczej z kalkulatorem niczego nie wyliczałem. Zależało i zależy mi na niej, niestety to nie wszystko aby w związku czuć się zwyczajnie dobrze.

45

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
energy napisał/a:

Żyje nam się całkiem wygodnie. Żonie pracę zorganizowałem, przeszkoliłem tak aby mogła zarobić na swoje potrzeby. Pracuje bardzo rzetelnie więc tutaj żadnych zastrzeżeń do niej mieć nie mogę. Rachunki opłacam ja, jedzenie również. Żona w domu gotować nie musi, robi to raczej wtedy kiedy chce, nie należę do ludzi oczekujących obiadków codziennie. W skrócie to co zarobi ma dla siebie. Obowiązki domowe - tutaj się dzielimy. Ona pierze i zmywa, ja sprzątam. Dla mnie jest to akceptowalny układ, sprzątać lubię więc problemu w tym nie widzę. Po zakupy zazwyczaj wybieramy się wspólnie. Do tego żona ma do dyspozycji zatankowane auto i czas wolny wtedy gdy go potrzebuje (pracę ma dość elastyczną). Kolega jak o tym usłyszał stwierdził że " k... chłopie, ona ma lepiej jak pączek w maśle i się nie dziw że takim pączkiem się powoli staje, baby się tak nie trzyma". Ot koleżeńska rada:)

Chciałem nad tą jej atrakcyjnością nieco popracować (ma ok 20kg nadwagi) i nawet coś się w tej kwestii ruszyło. Przy okazji sam zacząłem ćwiczyć żeby ją zainspirować, trochę inaczej też się ubieram. Efekt tego taki że żona stwierdziła że mi to nie pasuje głównie to że ja się zmieniłem, ona nie i już do mnie nie pasuje. Ja ładnie ubrany, wysportowany a ona taka jak dawniej. Tylko że ten problem to nie powstał teraz tylko się za nami ciągnie od początku i raczej już w tej kwestii nic nie wymyślę.

Poważnie?? Co za głupi kolega udzielił Ci tej rady? Twój psycholog? Nie wiem z jakimi ludźmi obcujesz, ale jak takich kolegów masz to się nie dziwię, że myślisz o rozwodzie. No i tutaj się wszystko dalej rozchodzi o wygląd i pociąg do innych babeczek, żadne mrzonki o niedopasowaniu, braku motylków itd. On zaczął uprawiać sport, stał się sexi flexi, a żonka pozostała taka jaka była. No i różnica w wglądzie, może zainteresowanie innych kobiet wyzwoliły w autorze myśli "nie pożądam jej, nie kocham jej, jest nieatrakcyjna etc". Generalnie dyskusja i tak opiera się tylko na jednej radzie, którą autor chciał usłyszeć- rozwód:) Nie rób z siebie takiego dobrego człowieka, który nie chce nikogo krzywdzić tylko podejmij w końcu męską decyzję.

46

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Energy, wkładasz chyba mnóstwo energii (nomen omen! smile) w ten związek. Szacunek za to.
Czasami jednak dobra wola nie wystarcza, musi być zresztą obopólna. Natury, myślę, też nie oszukasz. Choć bywały związki, gdzie miłość pojawiała się z czasem - ale to wymaga motywacji.
Przypomina mi się opowieść Małgorzaty Musierowicz o jej babci, która nie miała powodzenia u chłopaków, więc wyswatano jej męża z podobnym problemem. Nie podobał jej się, ale z czasem go polubiła, bo był pogodnym, dobrym człowiekiem i bardzo dbał o wspólne dzieci. Przywiązali się do siebie, pokochali i przeszli przez życie do końca.
Zdarza się wink

47

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
lilianna90 napisał/a:
energy napisał/a:

Żyje nam się całkiem wygodnie. Żonie pracę zorganizowałem, przeszkoliłem tak aby mogła zarobić na swoje potrzeby. Pracuje bardzo rzetelnie więc tutaj żadnych zastrzeżeń do niej mieć nie mogę. Rachunki opłacam ja, jedzenie również. Żona w domu gotować nie musi, robi to raczej wtedy kiedy chce, nie należę do ludzi oczekujących obiadków codziennie. W skrócie to co zarobi ma dla siebie. Obowiązki domowe - tutaj się dzielimy. Ona pierze i zmywa, ja sprzątam. Dla mnie jest to akceptowalny układ, sprzątać lubię więc problemu w tym nie widzę. Po zakupy zazwyczaj wybieramy się wspólnie. Do tego żona ma do dyspozycji zatankowane auto i czas wolny wtedy gdy go potrzebuje (pracę ma dość elastyczną). Kolega jak o tym usłyszał stwierdził że " k... chłopie, ona ma lepiej jak pączek w maśle i się nie dziw że takim pączkiem się powoli staje, baby się tak nie trzyma". Ot koleżeńska rada:)

Chciałem nad tą jej atrakcyjnością nieco popracować (ma ok 20kg nadwagi) i nawet coś się w tej kwestii ruszyło. Przy okazji sam zacząłem ćwiczyć żeby ją zainspirować, trochę inaczej też się ubieram. Efekt tego taki że żona stwierdziła że mi to nie pasuje głównie to że ja się zmieniłem, ona nie i już do mnie nie pasuje. Ja ładnie ubrany, wysportowany a ona taka jak dawniej. Tylko że ten problem to nie powstał teraz tylko się za nami ciągnie od początku i raczej już w tej kwestii nic nie wymyślę.

Poważnie?? Co za głupi kolega udzielił Ci tej rady? Twój psycholog? Nie wiem z jakimi ludźmi obcujesz, ale jak takich kolegów masz to się nie dziwię, że myślisz o rozwodzie. No i tutaj się wszystko dalej rozchodzi o wygląd i pociąg do innych babeczek, żadne mrzonki o niedopasowaniu, braku motylków itd. On zaczął uprawiać sport, stał się sexi flexi, a żonka pozostała taka jaka była. No i różnica w wglądzie, może zainteresowanie innych kobiet wyzwoliły w autorze myśli "nie pożądam jej, nie kocham jej, jest nieatrakcyjna etc". Generalnie dyskusja i tak opiera się tylko na jednej radzie, którą autor chciał usłyszeć- rozwód:) Nie rób z siebie takiego dobrego człowieka, który nie chce nikogo krzywdzić tylko podejmij w końcu męską decyzję.


też słyszę fałszywe nuty w melodii energy- 8 lat związku, w tym 2 lata małżeństwa sprowadzone do tylko i wyłącznie do fizyczności, wiem, ze jest ważna ale nie najważniejsza
Bogini strzeż mnie przed takimi okazami

48 Ostatnio edytowany przez energy (2016-05-14 16:55:04)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Dodajecie sobie do tego co mówię swoją własną historię myląc nieco pojęcia. Dla mnie atrakcyjność niewiele ma wspólnego z ładną sylwetką. Atrakcyjność to coś co zaczyna się i kończy w umyśle, w sposobie bycia, ekspresji, rozmowy. To jest atrakcyjne dla mnie. Oczywiście gdy połączymy to z kobiecymi kształtami powstaje coś obok czego ciężko przejść jest obojętnie. Dla tego żonie znalazłem pracę, by mogła przebywać z innymi ludźmi, miała swój własny świat. Fitness miał jej podnieść samoocenę i zachęcić do pracy nad sobą, nie tylko nad kilogramami. Miał jej dać szansę poznawania nowych ludzi, nawiązania nowych znajomości . Jeśli w waszym świecie liczą się tylko ładne cycki i płaski brzuch i do tego sprowadzamy obraz partnerki to szczerze współczuje wam i waszym najbliższym. W takim świecie zapewne żyje się wam bardzo ciężko.
Co innego fizyczność - tutaj chodzi ewidentnie o zwierzęcy instynkt który każdy posiada a ja go przez wiele lat lekceważyłem. To przyciąganie, to chęć obcowania z drugą osobą.
Nie wyobrażam sobie szczęśliwego związku w którym nie odczuwam potrzeby przytulenia się do partnerki wieczorem, do dotykania jej ciała rano, do podziwiania jej kształtów - to czysta fizyczność która dla mnie jest ważna. Możecie mnie za to szkalować i mieszać z błotem ale wyrzeczenie się siebie na dłuższą metę nie uszczęśliwi ani jej ani mnie.

49

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
lilianna90 napisał/a:

Generalnie dyskusja i tak opiera się tylko na jednej radzie, którą autor chciał usłyszeć- rozwód:) Nie rób z siebie takiego dobrego człowieka, który nie chce nikogo krzywdzić tylko podejmij w końcu męską decyzję.


Właśnie o to chciałem was prosić - o udzielenie rad i podsunięcie pomysłów co mogę jeszcze zrobić by tego rozwodu uniknąć i gdzieś odnaleźć w żonie to czego na dzień dzisiejszy nie dostrzegam. Jeśli nie ma na to szans - wówczas nie pozostanie nic innego jak tylko poddać się.

50 Ostatnio edytowany przez lilianna90 (2016-05-14 17:01:22)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Co Ty bredzisz? Sam wysłałeś swoją żonę na fitness bo ma "20kg nadwagi". Zawsze tak było, ale teraz nagle chcesz coś dla niej zrobić i tak się poświęciłeś, że sam zacząłeś ćwiczyć żeby ją zmotywować. Dla mnie to jedno wielkie wybielanie bo żona stała się nuda. A Ty w końcu taki towarzyski, atrakcyjny i otwarty. No to trzeba jakoś ułożyć historię, żeby nie wyjść na tego najgorszego co chce się rozstać. Nie kochasz żony to bądź mężczyzną i odejdź, a nie opowiadaj historyjek jak to Cię zagłaskała i dlatego poszedłeś przed ołtarz.

P.s. Fizyczność jest bardzo ważna i nie wierzę, że przez 8 czy tam 10 lat swoją potrzebę bliskości chowałeś do kieszonki.

51 Ostatnio edytowany przez Marajka (2016-05-14 17:12:18)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Jesli chodzi o seks, to bez niego zwiazek dwojga mlodych i zdrowych ludzi (Autor pisal, ze jest przed 30-tka) jest prawie na pewno skazany na fiasko.
Wystarczy poczytac tu na forum, o co kreca sie te wszystkie historie, a przynajmniej zdecydowana wiekszosc.
Za malo seksu, za duzo, zdrady i zazdrosc. Widac jednak jest to temat tak wazny, ze inne rzeczy/cechy/zalety zazwyczaj nie potrafia tak naprawde utrzymac zwiazkow na dluzej.
Natomiast malo kto zrezygnuje ze zwiazku, jesli ma zaj...ty seks z partnerem i nie ma innych czynnikow, ktore taki zwiazek czynia niemozliwym.
Bo po co wlasciwie wiazemy sie z partnerem? Zazwyczaj po to, zeby miec intymna bliskosc cielesna. Bo bliskosc bez kontaktu cial mozna miec z wieloma innymi ludzmi i nie potrzeba do tego zwiazku.
Zwiazek bez cielesnosci nie jest intymnym zwiazkiem i dlatego nawet jesli uzna sie fizycznosc nie za to cos najwazniejszego, to jednak bez niej zwiazek w sensie, jak sobie to zyczymy, nie ma zazwyczaj podstawy istnienia.

Autorze, napisales na poczatku, ze wolisz sie rozstac, zanim zaczniecie sie nienawidziec. I to jest bardzo dobre podejscie.
W swietle ostatnich informacji, ktore tu podales, pewne aspekty staja sie jasniejsze.
W tej wypowiedzi o tym koledze zaczyna przebijac szukanie w zonie przyczyn, dlaczego chcesz odejsc. Dlatego te powyzsze wypowiedzi Liliany i Niobe.
To jest dzwonek alarmowy, lepiej go posluchaj, nie rozwijaj tego lepiej dalej, jesli chcesz sie pokojowo rozstac, na tyle, ile to mozliwe.

A jesli chodzi o Twoja historie przejmowania roli ojca, to mnie zawsze interesuje stosowanie analogii, ktore pokutuja zazwyczaj nieswiadomie w naszych glowach jako schematy zachowan.
Zle sumienie przy niespelnianiu oczekiwan innych moze i zazwyczaj jest wynikiem mniej lub bardziej subtelnej emocjonalnej manipulacji i emocjonalnego wykorzystywania w dziecinstwie.

Dlaczego przejales ta role opiekuna rodziny? Przeciez byla chyba jeszcze matka? Byla ona niezdolna do przejmowania odpowiedzialnosci i oczekiwala tego od Ciebie?
Mozna pomagac w domu i mimo to nie przejmowac ojcowskiej roli i jego odpowiedzialnosci. To nie jest rola dzieci.
Ty zrobiles wiecej, niz powinienes, nie byles na wlasciwym miejscu.
Ja wiem, ze to wszystko nie jest swiadomym dzialaniem, znam to, tak robia dzieci z pewnymi predyspozycjami.
Ale mimo to jest to uzurpowaniem sobie roli, ktora sie im nie nalezy. I to nie jest dla nikogo dobre.
Jesli zajales miejsce ojca, to znaczy, ze byles partnerem matki. To nie jest Twoje miejsce. Z matka oczywiscie nie ma sie zazwyczaj erotycznego kontaktu, wiec zeby byc na tej pozycji, musiales przeprowadzic niejako samokastracje.
Teraz zyjesz w podobnym zwiazku, jestescie partnerami, ale nic wiecej. Dolozyles do tego jeszcze odpowiedzialnosc za dobro partnerki, jak za rodzenstwo.
I dziwisz sie, ze masz aseksualny zwiazek?

Teraz martwisz sie jeszcze, ze jak Ty ja rzucisz, to ona sobie sama juz zycia nie ulozy.
Robisz nadal to samo, co zawsze robiles. Przejmujesz odpowiedzialnosc za cos, co nie lezy w zakresie Twojej odpowiedzialnosci.
To nie jest dobra dynamika, nie uwazasz jej za rownorzedna partnerke, tylko za ograniczona w mozliwosciach osobe, nad ktora Ty masz przewage i ktora Ty musisz sie opiekowac. Nastepny gwozdz do trumny w zakresie seksu.
Ograniczasz jej samoodpowiedzialnosc. Ty nie jestes jej tatusiem, pomijajac juz fakt, ze jest ona dorosla osoba, ktora jest w stanie i powinna przejmowac sama za siebie odpowiedzialnosc. To nie Twoja sprawa, co ona zrobi ze swoim zyciem bez Ciebie w nim!
Ty powinienes teraz przejac odpowiedzialnosc za siebie i swoje potrzeby, swoje zycie i za to, jak najlepiej rozwiazac ta historie, zeby byla ona faktorem popychajacym was oboje do dalszego dobrego rozwoju, kazdego na jego wlasnej niezaleznej drodze.

ps. ja tez kiedys bardzo sie martwilam, jak sobie moj biedny ex-maz, o ktorego troszczylam sie jak o dziecko, beze mnie poradzi.....przezyl! Znalazl nastepna, ktora sie o niego troszczyla  big_smile

52

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
lilianna90 napisał/a:

Co Ty bredzisz? Sam wysłałeś swoją żonę na fitness bo ma "20kg nadwagi". Zawsze tak było, ale teraz nagle chcesz coś dla niej zrobić i tak się poświęciłeś, że sam zacząłeś ćwiczyć żeby ją zmotywować. Dla mnie to jedno wielkie wybielanie bo żona stała się nuda. A Ty w końcu taki towarzyski, atrakcyjny i otwarty. No to trzeba jakoś ułożyć historię, żeby nie wyjść na tego najgorszego co chce się rozstać. Nie kochasz żony to bądź mężczyzną i odejdź, a nie opowiadaj historyjek jak to Cię zagłaskała i dlatego poszedłeś przed ołtarz.

P.s. Fizyczność jest bardzo ważna i nie wierzę, że przez 8 czy tam 10 lat swoją potrzebę bliskości chowałeś do kieszonki.


Opisuję wam tutaj własny, subiektywny punkt widzenia - jeśli dla was jest to wybielanie, wasz problem. Kontynuując zatem proces "wybielenia" wspomnę jeszcze że uważam że wykazałem się naprawdę dużą cierpliwością, starałem się wspierać ją w osiągnięciu wszystkich celów i planów jakie sobie przed ślubem ustaliła a jak się później okazało niewiele z tego zostało wcielone w życie. Nagle jedynym istotnym elementem stało się dziecko a cała reszta jest tylko utrudnieniem dla tego celu. Na tą chwilę stwierdzam że taka dyskusja nie ma większego sensu.

53 Ostatnio edytowany przez energy (2016-05-14 17:16:22)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Marajka napisał/a:

A jesli chodzi o Twoja historie przejmowania roli ojca, to mnie zawsze interesuje stosowanie analogii, ktore pokutuja zazwyczaj nieswiadomie w naszych glowach jako schematy zachowan.
Zle sumienie przy niespelnianiu oczekiwan innych moze i zazwyczaj jest wynikiem mniej lub bardziej subtelnej emocjonalnej manipulacji i emocjonalnego wykorzystywania w dziecinstwie.

Dlaczego przejales ta role opiekuna rodziny? Przeciez byla chyba jeszcze matka? Byla ona niezdolna do przejmowania odpowiedzialnosci i oczekiwala tego od Ciebie?
Mozna pomagac w domu i mimo to nie przejmowac ojcowskiej roli i jego odpowiedzialnosci. To nie jest rola dzieci.
Ty zrobiles wiecej, niz powinienes, nie byles na wlasciwym miejscu.
Ja wiem, ze to wszystko nie jest swiadomym dzialaniem, znam to, tak robia dzieci z pewnymi predyspozycjami.
Ale mimo to jest to uzurpowaniem sobie roli, ktora sie im nie nalezy. I to nie jest dla nikogo dobre.
Jesli zajales miejsce ojca, to znaczy, ze byles partnerem matki. To nie jest Twoje miejsce. Z matka oczywiscie nie ma sie zazwyczaj erotycznego kontaktu, wiec zeby byc na tej pozycji, musiales przeprowadzic niejako samokastracje.
Teraz zyjesz w podobnym zwiazku, jestescie partnerami, ale nic wiecej. Dolozyles do tego jeszcze odpowiedzialnosc za dobro partnerki, jak za rodzenstwo.
I dziwisz sie, ze masz aseksualny zwiazek?

Teraz martwisz sie jeszcze, ze jak Ty ja rzucisz, to ona sobie sama juz zycia nie ulozy.
Robisz nadal to samo, co zawsze robiles. Przejmujesz odpowiedzialnosc za cos, co nie lezy w zakresie Twojej odpowiedzialnosci.
To nie jest dobra dynamika, nie uwazasz jej za rownorzedna partnerke, tylko za ograniczona w mozliwosciach osobe, nad ktora Ty masz przewage i ktora Ty musisz sie opiekowac. Nastepny gwozdz do trumny w zakresie seksu.
Ograniczasz jej samoodpowiedzialnosc. Ty nie jestes jej tatusiem, pomijajac juz fakt, ze jest ona dorosla osoba, ktora jest w stanie i powinna przejmowac sama za siebie odpowiedzialnosc. To nie Twoja sprawa, co ona zrobi ze swoim zyciem bez Ciebie w nim!
Ty powinienes teraz przejac odpowiedzialnosc za siebie i swoje potrzeby, swoje zycie i za to, jak najlepiej rozwiazac ta historie, zeby byla ona faktorem popychajacym was oboje do dalszego dobrego rozwoju, kazdego na jego wlasnej niezaleznej drodze.

Ten temat to aktualnie główna część mojej psychoterapii, psycholog stwierdził bowiem że bez przepracowania tej kwestii dalej nic się nie ruszy do przodu.
Tak wyszło że moją rolą w domu była opieka nad rodzeństwem z racji tego że rodzice pracowali. Matka zdecydowanie więcej niż ojciec, do tego gdy coś trzeba było w domu zrobić było to zadanie dla mnie. Dla mnie stało się zatem czymś naturalnym opiekowanie się najbliższymi. Masz rację że to co teraz robie to powielenie tego schematu - dalej rozpatruję relację z żoną głównie w kontekście opieki nad nią, jej to chyba również odpowiada. I tak to się nam kręciło przez parę lat.

54 Ostatnio edytowany przez energy (2016-05-14 17:22:48)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Marajka napisał/a:

ps. ja tez kiedys bardzo sie martwilam, jak sobie moj biedny ex-maz, o ktorego troszczylam sie jak o dziecko, beze mnie poradzi.....przezyl! Znalazl nastepna, ktora sie o niego troszczyla  big_smile

Gdyby mi dzisiaj żona przyszła i powiedziała że sobie kogoś znalazła i odchodzi to bym ją chyba na rękach zaniósł temu Panu i najserdeczniejsze życzenia szczęścia złożył big_smile

55

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Energy, mimo życzliwości i zrozumienia odnoszę wrażenie, że próbujesz tę swoją żonę "wychowywać", urabiać na swoją modłę, nie do końca ją akceptujesz. Nie czułabym się dobrze, gdyby mnie mąż wyganiał na siłownię, dyktował, jak mam wyglądać itp. Oczywiście nie znaczy to, że mam robić z siebie zapuszczonego kocmołucha, ale nie zamierzam być poddaną mojego faceta.

56 Ostatnio edytowany przez Excop (2016-05-14 18:23:54)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
energy napisał/a:
Marajka napisał/a:

ps. ja tez kiedys bardzo sie martwilam, jak sobie moj biedny ex-maz, o ktorego troszczylam sie jak o dziecko, beze mnie poradzi.....przezyl! Znalazl nastepna, ktora sie o niego troszczyla  big_smile

Gdyby mi dzisiaj żona przyszła i powiedziała że sobie kogoś znalazła i odchodzi to bym ją chyba na rękach zaniósł temu Panu i najserdeczniejsze życzenia szczęścia złożył big_smile

No, to na co czekasz, Energy?
Znajdź jej kogoś, a potem udaj rozpacz zawiedzionego zaufania i po sprawie.
Takie gadanie, które zaserwowałeś, to zwykłe unikanie wzięcia na siebie odpowiedzialności. I tchórzostwo, niestety.

57

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

energy, ja to wszystko rozumiem.
Mialam podobne aspekty w dziecinstwie.
Niby brzmi to pozytywnie, gdy starsze rodzenstwo opiekuje sie mlodszym. I nie uwazam tego za calkiem zle, to ksztalci socjalne cechy, dzis wiem, ze mi to tez i w zyciu pomaga, ludzie widza, ze umiem przejac odpowiedzialnosc, odpowiednio do tego jestem ceniona w pracy i w domu.
Jednak jesli takie dziecko zacznie przejmowac ta wewnetrzna odpowiedzialnosc za rodzenstwo, to znaczy, ze rodzice zawiedli, bo to jest za duzo. Robienie czegos w domu, czy nawet opieka nad rodzenstwem to jedno, a przejmowanie odpowiedzialnosci przez dzieci za wychowywanie innych dzieci to inna sprawa. Mi chodzi o to wewnetrzne poczucie odpowiedzialnosci, ktore nalezy w sumie do kogos innego. To psuje na dluzsza mete wiele.
Ja bylam pociagana do odpowiedzialnosci, gdy na przyklad moja siostra cos zmalowala, bo jej nie dopilnowalam! To jest karygodny blad rodzicow! Do dzis nie mam z nia naprawde siostrzanego stosunku, bo ja bylam osoba de facto wychowujaca, to bardzo nierowne pozycje miedzy dziecmi.
Kompensacja za to bywa u takich ludzi poczucie pewnej wladzy i wewnetrznej sily, ale takie nie do konca zdrowe.
A potem przenosi sie to na zwiazki.
Ja swoim ex, ktorego rzucilam, przejmowalam sie nawet jeszcze wtedy, gdy juz sobie kogos znalazl, bo dzwonil do mnie z roznymi problemami. Taka bylam chora, a on to oczywiscie podsycal, to moje zle sumienie. Na szczescie jego nowa zrobila sie zazdrosna i wtedy nareszcie mnie to wyzwolilo, bo z poczucia odpowiedzialnosci za jego szczescie(!!!) doszlam do wniosku, ze nie moze do mnie wydzwaniac, zeby nie zniszczyl tego nowego zwiazku big_smile
Ogolnie walczylam potem przez wiele lat z poczuciem przeciazenia i ogromnym stresem, ktory sobie robilam sama, zwiazki sie nie ukladaly, a ja nie wiedzialam, co robie zle i probowalam jeszcze lepiej, czyli wiecej tego samego, az w koncu kiedys cos zaczelam rozumiec.

To musi do Ciebie tak naprawde dotrzec, musisz tu znalezc odpowiednia granice, badac kazda sytuacje, zwlaszcza w bliskich kontaktach. A tam, gdzie jeszcze tej granicy nie wyczuwasz, musisz po prostu zdac sie na rozum i rade psychologa i wedlug tego postepowac.
Mozesz sie tylko przygotowac na to, ze wiaze sie to zazwyczaj z przynajmniej czesciowa utrata poczucia kontroli. Ale jesli cos takiego poczujesz, to jestes na dobrej drodze wink

58

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
energy napisał/a:

Gdyby mi dzisiaj żona przyszła i powiedziała że sobie kogoś znalazła i odchodzi to bym ją chyba na rękach zaniósł temu Panu i najserdeczniejsze życzenia szczęścia złożył big_smile

Chłopie, przecież Ty już wiesz, czego chcesz. Po co pytasz? Oszukujesz się, że pragniesz uniknąć rozstania.
Weź odpowiedzialność za siebie i swoje decyzje.

59 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-14 18:26:00)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Tu nie pomoże przerabianie żony, bo problem jest w Tobie.
Jeśli nie chcesz rozwodu - popracuj nad sobą, nie nad nią. Tylko Twoja motywacja musi być prawdziwa, inaczej nic z tego nie będzie.
Boisz się, jest Ci trudno i wcale się temu nie dziwię. Ale fakty są faktami.

60

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Piegowata'76 napisał/a:

Tu nie pomoże przerabianie żony, bo problem jest w Tobie.
Jeśli nie chcesz rozwodu - popracuj nad sobą, nie nad nią. Tylko Twoja motywacja musi być prawdziwa, inaczej nic z tego nie będzie.
Boisz się, jest Ci trudno i wcale się temu nie dziwię. Ale fakty są faktami.

ależ on chce rozwodu, przecież o tym wątek, nie chce brać za rozwód odpowiedzialności- znowu, najlepiej gdyby ktoś go ugłaskał i rozwiódł sie z nim
niech żona zdobędzie się na akt miłosierdzia i rozwiedzie się z nim

61 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-14 18:38:06)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Niobe, no, tak to, niestety, wygląda.
Współczuję Autorowi, bo jestem po podobnych przejściach i też długo się wahałam, bo potwornie bałam się krzywdy syna.
Myśmy raz, zdesperowani udali się do terapeuty rodzinnego, który po przysłuchaniu się naszej wymianie zdań, stwierdził: "Wy wcale nie chcecie być razem. To jest ściema!". Oczywiście nie chcieliśmy się do tego przyznać i gorąco zaprzeczyliśmy.
A jednak... Autor też strasznie rozkminia, kombinuje, a za chwilę czyni takie wyznania jak powyższe.
Dobrze wie, czego chce, ale boi się tej piekielnie trudnej decyzji.

62 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-14 18:43:04)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Energy, dzieci nie macie, to jest w tym przypadku duży atut.
Dajcie sobie szansę na ułożenie sobie życia od nowa i nie męczcie się ze sobą.

Czy ten psycholog to nie wygodna wymówka, żeby nic nie robić? Grzebię w sobie i grzebię, i jestem usprawiedliwiony, bo przecież pracuję na sobą.

63

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie
Piegowata'76 napisał/a:

A jednak... Autor też strasznie rozkminia, kombinuje, a za chwilę czyni takie wyznania jak powyższe.
Dobrze wie, czego chce, ale boi się tej piekielnie trudnej decyzji.

no, to jest duże prawdopodobieństwo, że będzie tkwił w tym małżeństwie, żona doczeka się dziecka (ugłaska, znowu) tak jak doczekała się zaręczyn, ślubu itp...

64

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Niobe, pełno jest takich związków, gdzie jedno wmawiało sobie, że obowiązek, że przysięga i robiło dobrą minę do złej gry. Niejedna osoba (bez względu na płeć) anicznie boi się samotności i odpowiedzialności za siebie.
Moja niezbyt wesoła konkluzja brzmi wręcz, że niewielu osobom dana jest dobra miłość i udany związek. Bo spieszymy się, boimy się samych siebie (czyli samotności) i ładujemy się w coś, co nas nie satysfakcjonuje, wybieramy pochopnie.
Znam takie kobiety, które na pozór radosne, zawsze uśmiechnięte, pitraszące najpyszniejsze obiady świata dla mężow i dzieci, po latach małżeństwa stwierdzają z goryczą, że gdyby były młodsze, nie zawahałyby się odejść.

65 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-05-14 18:53:53)

Odp: O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Tak, Niobe. Pojawią się dzieci, poczucie uwięzienia w małżeńskiej pułapce, a potem skoki w bok i potajemne romanse. Można i tak przeżyć swój czas sad

Nie należy doradzać i się wymądrzać, ale aż mnie korci napisać Energy'emu: rozwiedź się w diabły i nie dziel włosa na czworo!

Posty [ 1 do 65 z 191 ]

Strony 1 2 3 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » O przyszłości małżeństwa gdy błąd popełniło się już na starcie

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024